Jesteś tu: Strona główna Artykuły Święto Pracy, czyli ...

Święto Pracy, czyli przebudzenie mocy

Kamil Zachert 05/05/2016

Fajne były pochody pierwszomajowe w latach osiemdziesiątych. Kojarzę je zwłaszcza z drugiej połowy dziesięciolecia, kiedy byłem już na tyle duży, żeby dobrze zapamiętać szczegóły. 1 maja był ważnym dniem dla wszystkich ludzi pracy. W PRL-u każdy zaliczał się do tej grupy społecznej. Banksterów, czyścicieli kamienic, lichwiarzy od tzw. chwilówek, komorników, biznesmenów, skorumpowanych prawników oraz innych podobnie zaradnych i przedsiębiorczych drani jeszcze wtedy nie było.

Nikt nawet nie podejrzewał, że wkrótce z kukułczego jaja wykluje się potwór Balcerowicz i jego wspólnicy. Zło miało nadjeść dopiero kilka lat później. Do tego czasu ludzie sypiali szczęśliwie, nie bojąc się, że nie będą mieli za co wykarmić i wykształcić swoje dzieci. Jedynym zmartwieniem (dla niektórych) był brak wolności prasy, to znaczy możliwości swobodnego plucia na PRL i Związek Radziecki. Poważne lęki egzystencjalne nie istniały.

Za strasznego PRL-u normalny człowiek, o ile nie był upartym mącicielem politycznym, który w każdym systemie ma przechlapane (w wolnej Ameryce również, tak, tak...) nie miał na co narzekać. W kuluarach systemu działy się rzeczy straszne (tak jakby w III RP nie było tajemniczych morderstw politycznych dokonanych techniką „samobójstwa”), ale jeśli chodzi o zabezpieczenie socjalne, to dla zwykłego Polaka niemającego ambicji zaistnienia w dziejach świata PRL była krainą mlekiem i miodem płynącą, którą dodatkowo chronił potężny atomowy Układ Warszawski. Ale chwaląc osiągnięcia PRL-u, wcale nie mam zamiaru sięgać do modnego tematu elektryfikacji wsi, ani nawet edukacji naszych dziadków i rodziców, którzy gdyby nie ta okropna władza ludowa, nadal pasaliby bydło należące do jaśnie pana. Podam niżej tylko kilka znaczących przykładów, żeby zanadto się nie rozpisywać.

Za tej znienawidzonej „komuny” robotnik zawsze miał pracę zgodną z kwalifikacjami i terminowo wypłacaną pensję (sic!). Nie istniały umowy śmieciowe służące przerzucaniu ryzyka biznesowego z właściciela kapitału na pracownika.

Działała nieskomercjalizowana służba zdrowia, więc karetki pogotowia jeździły na każde wezwanie, a lekarze składali – bezpłatnie! – wizyty w domach pacjentów (sic!). Każdy był ubezpieczony. Polską koleją można było pojechać tanio i wszędzie, nie likwidowało się masowo dworców i połączeń kolejowych (sic!). Bez auta można się było obyć. Studenci mieli darmowe stołówki, dach nad głową i hojne stypendia, a nierzadko otrzymywali gwarancję zatrudnienia w wybranym przez siebie miejscu pracy. Żaden łobuz nie mógł nikogo wyrzucić z jego własnego domu w ramach gestapowskich nalotów eksmisyjnych. Mieszkanie nie było towarem rynkowym, więc dostawało się je od państwa za darmo (sic!). Trudno w to uwierzyć, prawda?

Nie było żadnych minusów? Były, ale jakie to są minusy wobec obecnej rzeczywistości… Na przykład możliwość wyjazdu na Zachód była ograniczona, chociaż wcale nie niemożliwa, jak kłamliwie głosi propaganda tzw. wolnej III RP. Za to teraz można wyjechać na zmywak bez żadnych „ale”. Nie było, z pewnością, konsumpcji takiej jak na Zachodzie. Nike'ów, gitanesów, ani coca-coli nie kupilibyście w Domach Centrum, w kiosku Ruchu czy w sklepiku u pana Kazia, ale za to mielibyście szeroki wybór dobrych polskich produktów, w tym samochodów (sic!), motocykli (sic!), telewizorów (sic!) itd. W podróż morską wybralibyście się statkiem zbudowanym w polskiej stoczni. Dom ogrzewalibyście węglem wydobytym z polskiej kopalni. Herbatę posłodzilibyście polskim cukrem. Chleb jedlibyście ze świeżej mąki bez „polepszaczy”, a jabłka bez pestycydów. Słyszeliście legendę o potędze polskiego przemysłu sprzed transformacji? Nie wierzycie w nią, bo liberałowie was okłamują.

Mnie najbardziej podobało się to, że w pipidówie na końcu świata mogłem znaleźć dom kultury i bibliotekę, jeśli nie całą księgarnię. Bo książki były bardzo tanie, a ludzie mieli czas i ochotę je czytać. Mile wspominam wakacje nad wspaniałym Morzem Bałtyckim – oczywiście zorganizowane i sfinansowane przez zakład pracy rodziców – kiedy wylegując się na plaży, każdy z naszej czwórki zatopił nos w swojej książce wypożyczonej w miejscowej bibliotece. Obecnie biblioteki likwiduje się, gdyż kultura wyższa kłóci się z mentalnością homo oeconomicus. Za PRL-u kultura nie była zepchnięta na margines ramówki nadawcy publicznego. Wręcz odwrotnie – była inwestowaniem w naród. Nie było setek kanałów w TV, tylko dwa (lub aż dwa), ale nikt nie był tak jak dzisiaj walony po łbie niekończącymi się reklamami przerywanymi – i to niezbyt często! – debilnym teleturniejem i wygłupami celebrytów. To już lepiej zażyć mądrych treści w maśle propagandy, niż być programowo otępianym – i to za własne niemałe pieniądze! – płytką rozrywką dla idiotów.

Pochód pierwszomajowy w Polsce był hołdem składanym nie tylko ludziom pracy, ale osiągnięciom socjalizmu w ogóle.

Same obchody 1 maja mają jednak dłuższą metrykę niż okres istnienia PRL-u, bo sięgają końca XIX wieku. Międzynarodowy Dzień Solidarności Ludzi Pracy zainaugurowano na pamiątkę walki amerykańskich robotników o 8-godzinny dzień pracy. Świętowanie w moim rodzinnym mieście – w Starachowicach – zaczynało się od samego rana, tj. szykowanie lepszych ubrań, nadmuchiwanie czerwonych baloników, odkurzanie patriotycznych proporców z ubiegłego roku. Ok. godz. 9 całą rodziną wychodziliśmy na miasto, kierując się w stronę miejsca zboru. Pochód pierwszomajowy zaczynał się bowiem w samym centrum miasta. Klimat jak z festynu: stragany z biało-czerwonymi gadżetami, budki z piwem, lodami i oranżadą, pełno zabawek dla dzieciaków. Wydawało się, że na ulice wylega całe miasto. W pochodzie brali udział włodarze miasta, emeryci kombatanci, urzędnicy, milicjanci, nauczyciele, ochotnicze hufce pracy, strażacy, harcerze, uczniowie, oraz tysiące zwykłych robotników z Fabryki Samochodów Ciężarowych im. Feliksa Dzierżyńskiego. Wszyscy odświętnie ubrani. Mundurowi zawsze na galowo. Maszerującym ludziom towarzyszyły produkowane w miejscowej fabryce legendarne stary. Nie brakowało również wielkich tirów. Orkiestra z zapałem rżnęła podniosłe melodie. Godła i sztandary narodowe, czerwone flagi, ogromne transparenty – niech żyje PZPR! I do tego zapach wiosny. Tak to wszystko zapamiętałem.

W 2016 roku pochód pierwszomajowy w Starachowicach nie odbył się. W latach poprzednich jakieś podrygi w kierunku obchodów Święta Pracy wykonywał lokalny aktyw Sojuszu Lewicy Demokratycznej, ale nic poważnego z tego nie wychodziło. Może to i lepiej. SLD nie jest bowiem autentyczną partią lewicową, lecz ubrudzoną neoliberalizmem sitwą wzbogaconych na początku transformacji ustrojowej postkomunistycznych aferzystów pogardzających prawdziwymi ludźmi pracy. Dowodem choćby celowe zniszczenie Fabryki Samochodów Ciężarowych „Star” dającej zatrudnienie tylko w samym mieście 18 tysiącom mężczyzn i kobiet. Inaczej mówiąc, tak skompromitowany jak SLD w Starachowicach organizator Święta 1 Maja nie wzbudza niczyjego zaufania. Miarą rzeczywistej wiarygodności są sondaże i wyniki wyborcze tego środowiska w kontekście całego kraju. Nic dziwnego, że SLD świadome nastrojów społecznych zaniechało w końcu obłudnej gry, pozostawiając Święto Pracy głównie związkowcom i nielicznej uczciwej lewicy. Szkoda tylko, że w tradycyjnie robotniczych Starachowicach nie ma komu podjąć piłki.

Dwa dni po Święcie Pracy odbywa się kolejna uroczystość: Święto Narodowe Trzeciego Maja ustanowione w okresie II RP (w 1919 r.). W dniach 3–5 maja 1791 r. w następstwie obrad tzw. Sejmu Czteroletniego za króla Stanisława Augusta Poniatowskiego uchwalono tzw. Konstytucję 3 Maja. Uważa się ją za drugą po amerykańskiej konstytucję w historii. W następstwie tego wydarzenia dokonał się II, a szybko po nim III rozbiór Polski, który na ponad 120 lat usunął nasz kraj z mamy świata. Zatem nie bardzo rozumiem, co tu świętować. Chyba że jak zwykle chodzi o polską martyrologię – znowu nakręcanie się żałosną politycznie i militarnie, ale szlachetną moralnie (tylko w naszych oczach) porażką narodu. Konstytucja uchwalona – zresztą w atmosferze spisku pod przewodnictwem doradców chwiejnego emocjonalnie króla – w dn. 3 maja 1791 r. była w tamtych czasach dokumentem nowoczesnym. Podjęto próbę aukcji wojska polskiego do 100 tys. żołnierzy i zniesiono wolne elekcje. Rozprawiono się także z nieszczęsnym liberum veto, choć i tak od ponad dwóch dziesiątek lat nie było ono stosowane. Uzdrawianie Rzeczypospolitej odbywało się jednak w chwili, gdy na granicach kraju zbierały się wojska pruskie i rosyjskie. Toteż przedsięwzięcie z konstytucją majową wyglądało jak debata o wolności podjęta przez szczury zamknięte w tonącej beczce.

Z dwojga świąt państwowych wolę to, które nigdy się nie zestarzeje – robotnicze Święto Pracy. Nie jestem trupojadem, nie pożywiam się przeszłością, aby usprawiedliwić moje teraźniejsze istnienie. Co było dwieście czy sto lat temu, to już minęło. Została jedynie smutna księga historii. Dlatego Święto Narodowe Trzeciego Maja w praktyce mało dla mnie znaczy. Tegoroczny pochód pierwszomajowy w Warszawie szedł pod aktualnymi hasłami antyliberalnymi skrojonymi na miarę XXI wieku. Maszerowano w imię godności pracownika i przestrzegania jego praw, a co za tym idzie: likwidacji śmieciówek, skasowania pożyczek parabankowych, zakazu eksmisji na bruk, oraz wiele innych postulatów. To są problemy, które codzienne dotyczą (lub będą dotyczyć w miarę rozszerzania się dobrodziejstw kapitalizmu) bezpośrednio każdego z nas.

Nie popadajmy w rycerską dumę, siedząc wygodnie przed telewizorem i wyobrażając sobie, jak to machamy szablą „za wolność, całość i niepodległość”, gdy nic to nas realnie nie kosztuje. Nie, statystyczny Polaku, twój przodek raczej nie nosił karabeli i kontusza. Wywodził się z pańskiego folwarku, gdzie odrabiał pańszczyznę nieraz po 8 dni (sic!) w tygodniu. O ludzkich prawach twojego chłopskiego przodka Konstytucja 3 Maja nawet się nie zająknęła. Pamiętaj o tym, dokonując wyboru najlepszego momentu na piwko i grilla między pierwszym a trzecim dniem maja.

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia