Jesteś tu: Strona główna Artykuły REFORMA - dekonstrukcj...

REFORMA - dekonstrukcja uniwersytetów

Jerzy Kochan 20/10/2017

Szkolnictwo wyższe jest po 1989 roku w Polsce traktowane jak bezpodmiotowe narzędzie do dowolnego używania przez aktualną władzę. Rzuca mu się finansowe ochłapy, demoralizuje się je i prostytuuje na wszelkie możliwe sposoby.

Na początku potraktowano szkolnictwo wyższe niczym bezwolny przedmiot manipulacji. W imię koniecznych oszczędności zlikwidowano płacenie podwójne za zajęcia dydaktyczne prowadzone w soboty i niedziele, odebrano dodatki za egzaminy, czy promotorstwo prac magisterskich, podniesiono pensa dydaktyczne, zlikwidowano honoraria autorskie za publikowane prace naukowe, książki, artykuły, skrypty. Maksymalnie ograniczono ilość przedmiotów, godzin wykładów i ćwiczeń, naukę języków obcych, wychowania fizycznego…

Władze państwowe były poza tym w stanie potraktować szkolnictwo wyższe jak tani śmietnik, w który bez ładu i składu, bez dodatkowych nakładów i powiększenia kadry naukowej można wrzucać masy bezrobotnych młodych ludzi mamiąc ich „wyższym wykształceniem” i dobrą pracą, dobrymi zarobkami „po studiach”.

Obrabowano także i studentów z ich dotychczasowych praw i zdobyczy. Od tanich stołówek, bufetów, tanich akademików, klubów studenckich po drastyczne obniżenie nakładów na studencki ruch kulturalny, turystyczny, sportowy, naukowy. Stypendia, w tym stypendia dla doktorantów, ustabilizowały się na poziomie, który zakłada, że można dziś studiować tylko jednocześnie dorabiając jako dorywczo zatrudniana i szczególnie wyzyskiwana tania siła robocza pozbawiona wszelkich praw pracowniczych i najczęściej w szarej strefie przestępczej.

Otwarto szeroko drzwi dla wszelkich prywatnych firm edukacyjnych, które oszustwo ”wyższego wykształcenia” zaczęły uprawiać już na masową, przemysłową skalę. Jednocześnie tym samym  „środowisko naukowe” sprostytuowano dając mu możliwość zarabiania sporych pieniędzy na drodze pracowania w tzw. szkołach prywatnych i na płatnych studiach podyplomowych.

Władze państwowe trąbiły przy tym o wielkim sukcesie edukacyjnym, przełomie w upowszechnianiu „wyższego wykształcenia” i o nowym wykształconym pokoleniu Polaków. Trąbiły, choć dla każdego jako tako zorientowanego w sprawie było oczywiste, że poziom owego „wyższego wykształcenia” był często znacznie niższy niż dawnych szkół pomaturalnych, że  kształcenie to było cynicznym produkowaniem bezrobotnych magistrów od byleczego za najniższe koszty, a najczęściej za ich pieniądze. Mieliśmy - i w dużym stopniu mamy do dziś - do czynienia z cynicznym instrumentalnym potraktowaniem akademii jako miejsca wieloletniej kwarantanny dla milionów bezrobotnych, póki nie uda się ich wypchnąć poza granice kraju na przymusową emigracje zarobkową.

Zdemolowano przy tym bezpowrotnie wypracowaną w Polsce Ludowej politykę planowego kształcenia i zatrudnienia kadr z wyższym wykształceniem. Neoliberalny wolny rynek zwyciężał razem z hasłem, że uniwersytet to takie samo przedsiębiorstwo jak każde inne. Zakrólowała logika maksymalizacji: nabierania studentów na płatne studia i otwierania nowych kierunków bez patrzenia na ich jakość, sensowność programów, na perspektywy zatrudnienia. 

Uniwersytet stracił rangę świątyni prawdy i nauki, stał się bazarem bezwstydu i wyprzedaży godności, likwidacji tradycji universitas i rajem dla oszustów i karierowiczów.

W wymiarze politycznym skutkowało to kompletnym zneutralizowaniem środowiska akademickiego. Powiązane głęboko z władzami Polski Ludowej środowisko akademickie, ale także to powiązane z demokratyczno-opozycyjną Unią Wolności, zostało w krótkim czasie spacyfikowane i  zastraszone. Przez dziesiątki lat nie było na wyższych uczelniach żadnych protestów, strajków, sporów. Królował marazm i demoralizacja. Dawały one jednak w rezultacie pewien stan koegzystencji. Wyrzucanie z pracy za lewicowe poglądy polityczne zostało rozłożone na lata i przebiegało, poza krótkim początkowym etapem, ewolucyjnie. Miało ono zresztą dość ograniczony charakter wobec zdumiewająco mobilnej spontanicznej dyspozycyjności „socjalistycznej inteligencji” wobec nowej kapitalistycznej władzy i hegemonii kościoła katolickiego. W tym też sensie… na uczelniach panował spokój.

Pogoń za godzinami i etatami pochłonęła środowisko bez reszty. Dorabianie się „wreszcie we własnym domu” uśmierzyło wszelką krytykę, wszelkie rozterki, jakiekolwiek wyrzuty sumienia. Tym bardziej, że programy stypendialne i korzyści z rozwijającej się współpracy w ramach UE nadawały powstającej rzeczywistości znamiona światowości i nowoczesności.

Inaczej sytuacja przedstawia się obecnie. Aktualnie jest ona określana przez trzy główne czynniki:

po pierwsze, niż demograficzny, do wieku uniwersyteckiego doszło pokolenie lat dziewięćdziesiątych, czasów kataklizmu Balcerowicza, z lat, w których decydowanie się na posiadanie dzieci graniczyło często z szaleństwem;

po drugie, uświadomienie sobie przez młodzież, że studia są dla niej zazwyczaj stratą pięciu lat na płatne studiowanie, które nic nie daje, bowiem studia nie zapewniają miejsca pracy, a kosztują; są przy tym stratą czasu w wyścigu szczurów i marnowaniem młodych lat na pozorowaną, kosztowną i niezbyt atrakcyjną działalność o niejasnym sensie. Brak miejsc pracy do wykorzystania zdobytych umiejętności doprowadził do inflacji znaczenia wykształcenia. Doktoranci cieszą się ze zdobycia uprawnień operatora wózka widłowego, doktorzy z uprawnień operatora dźwigu czy pracy w KFC.

Brakuję więc studentów. W ciągu kilku lat drastycznie spadła ilość studentów. Zamyka się więc kierunki, rozpaczliwie broni pracowników przed zwolnieniami, łata i klei dziury powoływaniem coraz bardziej obscenicznych kierunków studiów. W wielu miejscach politologia, socjologia, prawo, a nawet psychologia stają się nieatrakcyjne i brak im kandydatów do studiowania. Czasem cudem daje się przyjąć kilka, kilkanaście osób. Nadrabia się więc kształceniem uniwersyteckim ochroniarzy, otwiera kierunki takie jak  „stosunki międzynarodowe”, „wojna i wojskowość” czy "coaching". Ćwiczy strzelanie i napady na bank.

Wiedza, powaga uniwersytecka przegrywają z demoralizacją i kupczeniem.

I pewnie by tak było przez lata, gdyby nie zdobycie władzy w Polsce przez Prawo Sprawiedliwość.

A więc,

po trzecie, na scharakteryzowane tendencje nakłada się zdobycie w Polsce władzy przez Prawo i Sprawiedliwość, która to partia nie ma rozstrzygających wpływów w środowisku akademickim – podobnie jak na przykład w środowisku prawniczym. Liczne uchwały rad wydziałów prawa, protestujących humanistów i środowisk medycznych jasno pokazują, że światu akademickiemu bliżej do opozycji politycznej, do Komitetu Obrony Demokracji i protestów feministycznych niż bogobojnej nacjonalistycznej prawicy pisowskiej. Z perspektywy władzy mamy więc w środowisku akademickim taką sama pilną potrzebę jego odKODowania, jak wcześniej w środowisku prawniczym, oficerskim, czy oświatowym.

Sprawa jest o tyle niezwykła, że ten dziwny splot okoliczności może prowadzić w obozie władzy do chwilowego sojuszu zwolenników kontynuowania neoliberalnego szaleństwa z tymi, którzy choć przywiązani do tradycji uniwersyteckiej i wrodzy neoliberalizmowi mogą, w imię zdobycia politycznej hegemonii na uczelniach, skorzystać z neoliberalnej miotły do wyrugowania z uczelni niechętnej im kadry i zastąpienia jej ”swoimi ludźmi”.

Niestety, komentarze jakie pojawiły się po publikacji pierwszych przecieków dotyczących nowej ustawy obezwładniają swoją naiwnością i dyletantyzmem. Zwraca się uwagę, czasem trafnie, na niedoskonałości projektowanych zmian, ale nie dostrzega się ich grozy.

Tak więc, słusznie zwraca się uwagę, że ustawa zbyt wiele z ważnych spraw zastrzega dla dyskrecjonalnych decyzji niekontrolowanego ministerstwa. Trafnie wskazuje się na likwidację demokracji uniwersyteckiej, likwidację prestiżu wszelkich instytucji przedstawicielskich uczelni i oddanie ich w niewolę podejrzanemu menadżerowi i „siłom społecznym”, poddaniem kontroli radzie, w której kształtować ma się jakościowe zaangażowanie uczonych. Naukowcy pewnie sami z siebie, podobnie jak sędziowie, obciążeni są tylko lenistwem i cwaniactwem, toteż bez zewnętrznej represji do roboty się nie wezmą.

Swoją drogą skład takiej rady jest do przewidzenia. Będzie na miarę wyobraźni powiatowej elity przykościelnej: ksiądz, aptekarz, kierownik szkoły, policjant, prawnik i pewnie przedstawiciel prawdziwego i szczególnie cennego „małego polskiego biznesu”. Aptekarz pewnie z klauzulą sumienia. Reszta to opanowana przez PiS władza państwowa. Czy zacofany polski mały biznes wywrze presję na środowiska naukowe, aby te odniosły sukcesy na polu badań nowoczesnych technologii? Struktura produkcji, zatrudnienia w Polsce i struktura eksportu pokazują, że polski mały biznes takiej presji nie jest w stanie wywrzeć, zbyt jest zacofany i zbyt podporządkowany wielkiemu kapitałowi zewnętrznemu.

Taka rada to raczej kaganiec zakładany uniwersytetom i totalny nadzór zewnętrzny nad społecznością akademicką. Jak dla mnie to wieje grozą! Jest to bowiem grób uczelnianej demokracji i tradycyjnie historycznie ugruntowanej autonomii uniwersytetów.

Taka surowa ocena roli proponowanej rady znajduje swoje potwierdzenie w innych pomysłach ministerstwa. Dokładne przyjrzenie się poszczególnym punktom uświadamia nam, że mimo pozornie niewielkich zmian, w istocie przemycana jest w przepisach rewolucyjna przemiana.

Unieważnienie dotychczasowej listy czasopism punktowanych i arbitralne wyznaczenie przez ministerstwo zasad punktacji ma realnie za zadanie likwidację mnogości wydawanych czasopism. Rozproszone, nie wiadomo jakie, redakcje nie będą już źródłem punktów dla piszących pracowników naukowych. Punkty będą tylko od pisania do wyznaczonych (anonimowo) przez władzę polityczną pism. Podobnie z książkami. Tylko wybrane wydawnictwa będą mogły być źródłem punktów. A więc nie krytyka naukowa, recenzje, dyskusje merytoryczne, prestiż i uznanie środowiska, kontrowersyjność czy świeżość pomysłów będą kryterium decydującym o ocenie pracowników i punktowaniu ich dorobku. Ich miejsce zajmie urzędniczo-polityczne nadanie dokonywane za pośrednictwem scentralizowanych decyzji urzędniczych.

W projekcie pojawia się przy tym charakterystyczny moment. Ocena pracowników ma być wstrzymana i podjęta na nowo, ma dotyczyć tylko dorobku z trzech ostatnich lat. A więc książek i artykułów wydanych już w nowych warunkach, co wspaniale przekreśla dorobek dotychczasowych „fałszywych autorytetów”. Podobnie wygląda sprawa w kwestii habilitacji i nominacji na profesora. Pozornie nie znosi się ich, ale jednocześnie otwiera się ścieżkę dla otrzymania doktoratów i habilitacji w wyniku prowadzenia i rozliczenia ważnego grantu, zwłaszcza międzynarodowego. Oczywiście system grantów już teraz jest spacyfikowany przez ministerialne, pisowskie instytucje.

Polska prawica niszczy dziś naszą tradycję akademicką i jest kompletnie amatorska w zarządzaniu szkolnictwem wyższym i nauką. W imię swoich drobnych interesików politycznych jest też w stanie dokonać rzeczy naprawdę strasznych. Przekonaliśmy się już o tym nie raz.

Instytucjonalnej i scentralizowanej prawicowo-religijnej hegemonii w świecie nauki towarzyszy jednak także chorobliwy neoliberalizm i paranoiczny wręcz kosmopolityzm. W zasadzie ustawa idzie w stronę likwidacji polskiego życia naukowego i kulturalnego poprzez całkowite jego podporządkowanie polityce naukowej obszaru angielskojęzycznej dominacji. Dość powiedzieć, że już dziś za artykuł opublikowany po angielsku w czasopiśmie na poły tylko naukowym, ale posiadającym imponujący wskaźnik cytowań, można dostać więcej punktów niż za opublikowaną w polskim wydawnictwie naukową monografię, gruba książkę o kilkuset stronach, której powagi i rangi naukowej nikt nie śmie podważać. Ta darmowa wasalizacja nauki polskiej, jej sterowna przymusem państwowym intelektualna emigracja powinna być chyba przez naszych patriotów rozpatrywana w kategoriach zdrady narodowej i świadomej likwidacji języka polskiego.

Oczywiście nie uważam, że w polskim szkolnictwie wyższym jest dobrze. Wręcz przeciwnie. Gdy widzę, że byt całych wydziałów opiera się na szkoleniu ochroniarzy, albo na kształceniu tłumów studentów z Ukrainy przy braku i masowej emigracji zarobkowej studentów z Polski, to wpadam w osłupienie i pytam: kto za to odpowiada?

Podobnie jak wtedy, gdy dowiaduję się, że z kilku tysięcy studentów pewnego wydziału na wymianę zagraniczną w ramach ERAZMUSA wyjeżdża piętnaścioro studentów. Stypendia są bowiem tak niskie, że mało kogo na taki wyjazd stać, a na program wymiany w ramach uczelni polskich MOST decyduje się zresztą jeszcze mniej osób.

Jest jednak pewien fakt pocieszający. Awantura wokół przedstawianych przez ministra propozycji, w tym awantura w samym PiSie, uniemożliwi przeprowadzenie „tej reformy”. Przewiduję dalsze pięć lat zamieszania i destrukcji. Do bałaganu stworzonego przez PO dochodzi demolka szykowana przez Prawo i Sprawiedliwość. Ani jedna, ani druga partia nie podnosi nakładów na naukę. Mieszają tylko herbatę, aż się robi gorąca. Cukru, czyli nakładów finansowych na poziomie europejskim, znów (podobnie jak w służbie zdrowia), nie ma! Władze żądają od nauki wielkich odkryć i od głodzonych naukowców (patrz: pensja w Polskiej Akademii Nauk) przełomowych dzieł. Stosują jednak środki dobre dla galerników: walenie w bęben i straszenie bykowcem. Czy robią to nieświadome nieskuteczności swych działań? Czy też świadomie generują z premedytacją chaos, aby podzielić, skłócić, wystraszyć, oszołomić społeczność akademicką i w tym zamieszaniu osadzić na katedrach i instytutach „swoją elitę”?

Poważna dyskusja, którą musimy promować, na początek powinna skupić się na dwóch podstawowych problemach. Po pierwsze, planowe kształcenie i zatrudnienie na wszelkich poziomach szkolnictwa, zwłaszcza na poziomie szkolnictwa wyższego. Po drugie, wzrost nakładów na szkolnictwo wyższe do poziomu średniego w Unii Europejskiej. W roku 2015 było to w Polsce 0,72% PKB, tymczasem w Finlandii 1,8%, Czechach 1,4%, a w Wielkiej Brytanii 1,8%.

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia