Jesteś tu: Strona główna Artykuły Głód zmian w służb...

Głód zmian w służbie zdrowia

Natalia Pazio 12/11/2017

Głodówka rezydentów rozpoczęła się 2 października rozprzestrzeniając się szybko na wiele miast, w tym na Szczecin, Gdańsk, Włocławek i Łódź. Strajk aktywnie poparło Porozumienie Zawodów Medycznych, a także pacjenci. W niektórych częściach kraju: np. w Małopolsce, młodzi medycy postanowili zastrajkować nie przychodząc 25 października do pracy.

30 października rezydenci zmienili formę swojego protestu, masowo wypowiadając tzw. klauzulę opt-out. Jest ona dobrowolnym zobowiązaniem do pracy w wymiarze ponad 48 godzin tygodniowo w danym okresie rozliczeniowym. Wypowiadając klauzulę, rezydenci postanowili pracować zgodnie z kodeksem pracy - na jeden etat - ponieważ, jak zadecydowali, „przestajemy łatać dziury systemowe, przestajemy traktować pacjentów jako cyfry, tak jak każe nam NFZ”.

31 października udało się rezydentom wywalczyć podwyżki. Jak informuje TVP Info, minister zdrowia Konstanty Radziwiłł wydał rozporządzenie, zgodnie z którym stawki w „dziedzinach zwykłych” wzrosnąć mają o 400 zł do dwóch lat w okresie odbywania specjalizacji (z 3170 zł do 3570 zł brutto) zaś po dwóch latach wzrosną o 433 zł do kwoty 3891 zł brutto. W dziedzinach priorytetowych (m. in. onkologia i radioterapia onkologiczna, anestezjologia i intensywna terapia, medycyna ratunkowa i rodzinna, pediatria) podwyżki wynoszą odpowiednio 468 zł (do 4070 zł) i 501 zł (do 4391 zł brutto).

Podstawowym postulatem medyków nie były jednak podwyżki, ale gruntowna reforma służby zdrowia i większy zakres jej finansowania (z 4,7% w 2017 do 6,8% PKB w 2021). Specjalizująca się w chorobach wewnętrznych Oktawia z Płońska komentuje: „Nie podobało mi się, że media skupiają się tylko na naszych postulatach dotyczących podwyżek. Ale kiedy do protestu włączyło się Porozumienie Zawodów Medycznych i skupiliśmy się głównie na postulacie zwiększenia nakładów finansowych, to poczułam, że to jest mój protest. Bo nie chodzi o nasze pensje, ale o cały sposób funkcjonowania służby zdrowia.

Jednakże aby zrozumieć przyczyny całej fali niezadowolenia wśród pracowników służby zdrowia i pacjentów warto prześledzić reformy rynkowe wprowadzane skokowo przez kolejne neoliberalne rządy w ramach tzw. terapii szokowej, która odcisnęła swe głębokie piętno na polskim systemie zdrowia. Wiele osób podkreśla nasze zapóźnienie względem krajów Unii Europejskiej, jednak to właśnie neoliberalna polityka fiskalna i dyrektywy akcesyjne tej ostatniej względem polskiego rządu drastycznie zmniejszyły dotacje budżetowe na świadczenia zdrowotne. W efekcie prawie 23 procent wydatków na ochronę zdrowia (wynoszących w 2014 łącznie 108,7 mld złotych, co stanowi 6,33 % PKB, w 2017 spadając do 4,7 %) pochodzi z domowego budżetu świadczeniobiorców (dla porównania w sąsiednich Czechach wynosiły one zaledwie 13 procent z 7,6 % PKB), natomiast 62 procent pokrywają obowiązkowe składki społeczne na ubezpieczenie zdrowotne, a tylko 9 procent kosztów (około 10 mld zł w roku 2014) poniosły instytucje rządowe i samorządowe (GUS, 2014).

 

Kiedy służba zdrowia staje się prywatną usługą

Przed 1989 rokiem istniała powszechna, oparta na pracy polityka ochrony socjalnej. Po dojściu do władzy, postsolidarnościowy rząd, dostosowując się do neoliberalnych zaleceń Banku Światowego i Unii Europejskiej, niezwykle szybko przystąpił do prorynkowej restrukturyzacji systemu opieki, prywatyzując koszty służby zdrowia i eliminując przepisy i koncepcje ochrony publicznej z poprzedniego ustroju. Zastąpiono je nowym paradygmatem „odpowiedzialności osobistej”. Doszło do urynkowienia i decentralizacji instytucji publicznych, a także do utowarowienia usług społecznych.

Zaczęto masowo prywatyzować apteki, czemu towarzyszyło wkroczenie wielkich zachodnich spółek farmaceutycznych na rynek. Oznaczało to oczywiście wzrost cen lekarstw i sprzętu medycznego. Aby dostosować się do wymogów anglosaskich i europejskich instytucji finansowych przystąpiono następnie do drastycznych cięć wydatków publicznych, w tym także na ochronę zdrowia, co odbiło się także na wynagrodzeniach i warunkach zatrudnienia pracowników sektora publicznego.

Najdrastyczniejsze reformy w sektorze zdrowia przeprowadzono w latach 1995-2003: masowo zamykano wówczas szpitale i zwolniono blisko 30% zatrudnionych w nich osób.

W 1999 roku Akcja Wyborcza Solidarność (AWS) wprowadziła druzgocącą w skutkach reformę: oddzieliła administrację służby zdrowia od państwowych finansów i wprowadziła obowiązkowe ubezpieczenia w formie podatku dochodowego, z przeznaczeniem na nowe regionalne kasy chorych. Innymi słowy przeniesiono koszty ochrony zdrowia na klasę robotniczą i pracowniczą, dopiero co dotkliwie osłabioną w wyniku szokowej restrukturyzacji gospodarczej. Coraz niższe, nieregularne i niepewne wynagrodzenia obłożono regresywnym podatkiem ZUS, proporcjonalnie najwyższym dla najniższych wynagrodzeń (w Polsce Ludowej istniał progresywny, prospołeczny podatek); jednocześnie ustalono także górną jego granicę w wysokości 120 tysięcy zł rocznie, co oznacza że najbogatsi nie płacą, a wszelkie obciążenia z kapitału przeniesiono na wynagrodzenia pracownicze. Jest to jawne podporządkowanie ludzi pracy i ich zdrowia kapitałowi i nieskrępowanym siłom rynku.

AWS wprowadziła również w odniesieniu do szpitali, klinik i lekarzy zasadę konkurencji w dostępie do finansowania nowym funduszem zdrowia, co wywołało obniżenie wartości owych usług. Zarządzenie i finansowanie ochrony zdrowia podporządkowano tym samym mechanizmom rynkowym, przekształcając ją w komercyjną, prywatną usługę. Efekty były katastrofalne: w wyniku zadłużeń zamykano wiele szpitali, część z nich sprzedano prywatnym spółkom. Oznaczało to masowe zwolnienia albo regres w warunkach zatrudnienia personelu medycznego. Pielęgniarka Barbara Rosołowska opisuje swoją pracę po prywatyzacji szpitala w Kostrzynie nad Odrą następująco: Praca okazała się niewolnicza, w nadgodzinach, na własnym rozrachunku, na własnej odpowiedzialności za popełnione błędy, bez urlopu i bez jakichkolwiek praw pracowniczych. (…) Na każdym oddziale w szpitalu było kilka pielęgniarek na śmieciówce, to one pracowały, kiedy te zatrudnione na umowie o pracę szły na urlop albo zwolnienie lekarskie i łatały wszelkie niedobory kadrowe. Nie było nadgodzin dla tych na normalnej umowie. Nie byłam pracownikiem, czułam się jak osoba drugiej kategorii. Moja szefowa w rozmowie ze mną powiedziała, że umowa o pracę to luksus i szpital nie chce wiązać się z pracownikami. Była to typowo liberalna mowa, taki też pogląd miała dyrekcja szpitala, który stał się placówką kierującą się prawem handlowym”.

W 2001 SLD zastąpił 17 kas chorych jednym Narodowym Funduszem Zdrowia. Przywiązanie kolejnych rządów do neoliberalnych reform i dyscypliny podatkowej EU spowodowało chaos i pogłębiający się deficyt w instytucjach zdrowia. W 2007 roku sąd upoważnił wierzycieli do zaskarżania zadłużonych szpitali w celu wyegzekwowania długów. W 2007 roku szpital onkologiczny we Wrocławiu utracił źródło finansowania, gdy wierzyciele zajęli pieniądze z NFZ, stawiając tym samym przebywające w nim cierpiące na raka dzieci i ich rodziców przed widmem powolnej śmierci w męczarniach.

Polityka zdrowotna opierała się na sadystycznym schemacie: odpowiedzią na spiralę zadłużeń i upadłość placówek zdrowia było postępujące zaciskanie pasa i zaangażowanie rządu w obniżanie wydatków publicznych. Ucierpieli pracownicy i wszyscy pacjenci. W wyniku zróżnicowania wpływów do kas w zależności od regionu dostęp i jakość opieki zdrowotnej przybrały kształt loterii. Np. w województwach lubuskim i świętokrzyskim łączna liczba szpitali wynosi jedynie 51, natomiast według danych Eurostatu na 1000 pacjentów przypada około 2 lekarzy i 5 pielęgniarek. Dla porównania średnia europejska to  około 4 lekarzy i 7 pielęgniarek na 1000 mieszkańców, przy czym w wielu państwach (m. in. w Grecji, Chorwacji, Serbii, Turcji czy w Rumunii) pielęgniarek jest o wiele mniej niż w Polsce (w Rumunii na 10 000 osób przypada około 5 pielęgniarek wg danych Eurostatu). Polska dogania Europę w kategorii  utrudnionego dostępu do diagnostyki i leczenia. Pod względem najdłuższego czasu oczekiwania na wizytę i zabiegi dorównujemy już Wielkiej Brytanii, Irlandii, Hiszpanii i Szwecji (według danych Europejskiego Konsumenckiego Indeksu Zdrowia z 2016 roku).

Od 1995 spada w kraju liczba publicznych zakładów opieki zdrowotnej, czemu towarzyszy też gwałtowny rozwój prywatnego lecznictwa. W latach 1995-2000 o 20% spadła liczba publicznie finansowanych łóżek szpitalnych, natomiast w lecznictwie prywatnym wzrosła z 143 do 8200. Tendencja ta stale się nasila. W szpitalach brakuje ponadto podstawowych rzeczy: sprzętu diagnostycznego i medycznego, bez którego nie sposób uratować ludzi w zaawansowanym stadium choroby; pacjenci są również zmuszeni przynosić własne pieluchy i środki higieniczne. Część wkładu finansowego i pracy opiekuńczej spada na rodzinę, a w szczególności na kobiety.

W wyniku tych reform ujawniły się ogromne dysproporcje w zarobkach: dyrektor kasy regionalnej zarabiał w 2006 roku 10 tysięcy, a pielęgniarka 1200 zł brutto (przy średniej dla całego sektora wynoszącej w 2006 roku 1886 złotych). Jest to odbiciem pogłębiającej się generalnej polaryzacji płac: pracownicy finansów i biznesu otrzymują pensje na światowym poziomie, natomiast wykonujący rzeczywisty wysiłek pracownicy usługowi, w tym służba zdrowia, balansują na granicy ubóstwa. Na nasilenie tej tendencji wpływ miało również blokowanie podwyżek w sektorze publicznym, przy dopuszczeniu ich w sektorze prywatnym. To oznacza celowe niszczenie publicznej ochrony i instytucji dobra publicznego na rzecz prywatyzacji i urynkowienia kolejnych obszarów życia społecznego. Ponadto konsekwencją utrzymywania niskich płac są także niskie emerytury, dlatego wiele emerytek poszukuje obecnie pracy w szarej strefie lub np. w supermarketach.

Znaczące różnice ekonomiczne występują również pomiędzy dużymi ośrodkami miejskimi i gminami uzależnionymi od przemysłu jednego typu, np. od dużego zakładu (gdzie bezrobocie sięga 32 procent). O polaryzacji płac decyduje również kryterium wieku: młodzi ludzie są zmuszeni polegać na rodzinach lub pracy nieformalnej. W systemie rynkowym wynagrodzenia obcina się nie tylko personelowi znajdującemu się niżej w hierarchii od kapitalistycznych wybrańców, czyli ratownikom medycznym, pielęgniarkom i położnym, czy salowym, ale również po prostu młodszemu - w tym absolwentom medycyny w trakcie specjalizacji.

Oczywiście taki stan rzeczy wywoływał masowe protesty pracowników medycznych. Szczególną walecznością odznaczały się pielęgniarki, które organizowały szereg strajków i protestów, domagając się podwyżek. Z powodu poczucia marginalizacji przez Solidarność i lekarzy, i innych pracowników służby zdrowia, założyły w 1996 roku OZZPiP (Ogólnopolski Związek Zawodowy Pielęgniarek i Położnych). W ciągu pięciu lat liczba członkiń sięgnęła 100 tysięcy. Od 2000 roku pielęgniarki kilkukrotnie okupowały już ministerstwo zdrowia, ponadto pikietowały także przed biurami administracji miejskiej, sprzeciwiając się bankructwom lub zamykaniu szpitali. Podejmowały ponadto strajki absencyjne i blokady granic międzynarodowych oraz tras kolejowych. Na poziomie krajowym pielęgniarki domagały się wypłacenia zaległych wynagrodzeń i realizacji obiecanych podwyżek, a także ukrócenia destrukcyjnych reform. Odpowiedzią rządzących były najczęściej puste gesty.  Wywalczone przez pielęgniarki podwyżki (np. ustawa 203 z 1999 roku – podwyżka o 203 zł) nie były realizowane, ponieważ szpitale tonęły w długach. Latem 2007 roku protesty pielęgniarek i innych pracowników służby zdrowia eskalowały, kończąc się ośmiodniową okupacją biur w kancelarii premiera, gdzie pielęgniarki próbowały przedstawić swoją sytuację bez pośredników. W odpowiedzi na użycie przemocy przez policjantów pokaźna demonstracja pielęgniarek przybrała formę regularnego obozowiska, tzw. białego miasteczka, rozbitego wzdłuż parku Łazienki w Warszawie. Jak spostrzegła Julia Kubisa, autorka „Buntu białych czepków”, politycy zauważają pielęgniarki tylko wtedy gdy wychodzą na ulicę, blokują czy okupują ministerstwa. Badaczka podnosi również kwestię niższych w stosunku do innych pracowników medycznych pensji pielęgniarek, a także podrzędnego traktowania ich przez lekarzy, techników czy laborantów: „Do nich, dorosłych kobiet, częściej się mówi po imieniu. Do lekarzy - panie doktorze”.

Reformy rynkowe rządu AWS i SLD sprowadziły życie pielęgniarek do nieustannej walki o byt. Oznaczało to zazwyczaj postępujące uzależnienie ekonomiczne od mężów lub rodziców. Jane Hardy przytacza słowa pewnej pielęgniarki: „nie można się rozwieść i trzeba mieć nadzieję, że mąż nie umrze, bo jeśli tak się stanie, trudno będzie przeżyć”. Kilka lat temu częstą wśród pielęgniarek praktyką było dorabianie sprzątaniem po 2-4 godzinny dziennie. Dzisiaj pielęgniarki wykonują dodatkowe prace porządkowe i administracyjne w ramach dyżurów: „kiedyś mogły dorabiać jako sprzątaczki, teraz dorabiają w zawodzie, w szpitalu. W szpitalu, przychodni, prywatnej klinice, w kilku miejscach naraz i na różnych umowach”, mówi Kubisa. Jest to odbiciem coraz częstszej tendencji do nawarstwiania obowiązków pracowników, zatrudnionych najczęściej na umowach cywilnych, czemu towarzyszy przymus nieustannego podnoszenia kwalifikacji. 

Z danych Naczelnej Izby Pielęgniarek i Położnych wynika ponadto, że jedna pielęgniarka obsługuje niekiedy 40-osobowy oddział dla dorosłych albo dwie przyjmują kilkudziesięciu pacjentów podczas nocnych dyżurów. W równie ciężkiej sytuacji są obecnie lekarze o specjalizacjach deficytowych: znany jest przypadek anestezjologa z Głubczyc, który w 2011 zmarł po pięciu dobach dyżurowania bez przerwy. Praca po kilkaset godzin miesięcznie jest powracającym motywem w wypowiedziach ratowników medycznych, pielęgniarek i lekarzy.

W 2010 roku pielęgniarki zarabiały w niektórych miejscach ok. 1,7 tysięcy zł brutto pensji zasadniczej, pracując na kontraktach często nawet po 15 godzin dziennie. Pułapem do którego dążą od tego czasu są 4 tysiące zł brutto. Rokowania dotyczące sytuacji ekonomicznej pracowników sektora zdrowia zaczęły wyraźnie się poprawiać przed wyborami w 2015 roku, kiedy minister zdrowia Marian Zembala (jeszcze za czasów koalicji PO-PSL) podpisał z pielęgniarkami porozumienie, gwarantując po 400 zł podwyżki przez kolejne cztery lata, płacone z NFZ. Takie rozwiązanie ma wejść w życie z 1 stycznia 2018 roku również w odniesieniu do strajkujących niedawno ratowników medycznych. W tym roku podwyżka pielęgniarek sięgać miała 1,2 tys zł. Sytuacja przybrała jednak inny obrót w czerwcu, gdy Sejm przyjął rządową ustawę o minimalnych płacach w zdrowiu, wynoszących około 4 tys. złotych brutto dla pielęgniarki z dyplomem magistra i 2,5 tys. zł  dla pielęgniarki. Pułap ów ma jednak zostać osiągnięty stopniowo w ciągu 10 lat, co oznacza w zależności od kwalifikacji podwyżkę w wysokości od kilkudziesięciu do 100 zł rocznie. Dyrektorzy uzyskali jednak od ministra wolną rękę w decydowaniu o tym, czy podwyżki zasilą podstawę wynagrodzenia, czy też zostaną wypłacone w formie dodatku. Oczywiście w większości przypadków zatrudniający stosują formę dodatku, ponieważ wyższa podstawa oznacza wyższe pochodne: w tym stawki za pracę w nadgodzinach lub w święta, wysługę lat, czy wysokość emerytury etc.

 

Co proponują rezydenci?

Na październikowej pikiecie przed kancelarią premiera jeden z rezydentów zauważył: „U nas w kraju jest najwięcej osób na zwolnieniach i rentach – gdyby te pieniądze zainwestować to poprawiłaby się sytuacja służby zdrowia”. Powyższe stanowisko w sprawie rent i zasiłków dla ludzi niezdolnych do pracy słusznie kojarzy się z najtwardszą wersją neoliberalizmu, która za sprawą tragicznych dla sektora publicznego reform rynkowych, armii konsultantów i menedżerów najwyraźniej głęboko zakorzeniła się w świadomości wielu pracowników w Polsce, a już z pewnością wśród właścicieli prywatnych gabinetów lekarskich w rodzaju przewodniczącego Porozumienia Rezydentów Krzysztofa Hałabuza czy współorganizującego protest Jarosława Bukiela, przewodniczącego OZZL.

Młodzi lekarze i wspierające ich pielęgniarki czy ratownicy medyczni toczą słuszny bój o konieczną reformę zdrowia, ale współorganizujący i zabierający głos w mediach lekarze stwarzają ryzyko utrzymania reform w kleszczach neoliberalnego paradygmatu.

Dlatego w wypowiedziach prasowych lekarzy napotkać można często rynkową retorykę: słyszymy o konieczności inwestowania w rynek medyczny w oparciu o otrzymywany zysk, o innowacjach, o walce z „centralnym sterowaniem” (!), czy raczej jego pozostałościami w służbie zdrowia, co pozostawia niewiele miejsca na postulaty prosocjalne i propracownicze. Niepokoi również zamieszanie w protest rezydentów typowo rynkowych i komercyjnych podmiotów medialnych, jak TVN, rynekzdrowia.pl lub czasopisma Menedżer Zdrowia, które adresowane jest do „szerokiego grona menedżerów związanych z rynkiem medycznym”. Na stronie pisma, oprócz błędów merytorycznych (podano np. błędną średnią 3,7 lekarzy i 8 pielęgniarek na 10 tysięcy potencjalnych pacjentów w Europie, tymczasem Eurostat podaje 3,7 lekarzy na 1000 osób), mieści się następujący fragment wypowiedzi rzecznika prasowego i wiceprzewodniczącego Porozumienia Rezydentów, Jarosława Bilińskiego: „W moim odczuciu rezydentura była pomysłem na centralne sterowanie kształcącymi się lekarzami. System od zawsze jest biedny i szpitale nie miały pieniędzy, by zatrudniać lekarzy i godzić się, że realizując program specjalizacji, na pewien czas będą poza jednostką pracy. Dlatego zdecydowano, że państwo będzie płacić za tych lekarzy, a szpital na tym skorzysta, bo nie będzie obciążony kosztami i dostanie darmowego pracownika.” Jak zdążyliśmy się zorientować szpitale są wyjątkowo przeciążone kosztami i długami w wyniku wymienionych wyżej potransformacyjnych reform, poprzedzonych jednak pewną stabilnością w publicznym, czyli szeroko zakrojonym dostępie do usług publicznych, w tym ochrony zdrowia. Z kolei kontrola państwa pozwala jakkolwiek hamować postępującą prywatyzację i pauperyzację pracowników zdrowia.

Obywatelski projekt ustawy rezydentów zakłada, że 6,8% PKB na ochronę zdrowia obejmie: „wydatki budżetowe w części budżetu państwa >zdrowie< oraz wydatki budżetowe w dziale >ochrona zdrowia< w innych częściach budżetu państwa, z wyłączeniem składki na ubezpieczenia zdrowotne, koszty Funduszu z wyłączeniem środków z budżetu państwa ujęte w planie finansowym Funduszu oraz koszty związane z realizacją staży podyplomowych lekarzy i lekarzy dentystów oraz specjalizacji lekarzy, lekarzy dentystów, pielęgniarek i położnych, ujęte w planie finansowym Funduszu Pracy”. Miejmy nadzieję, że postulowana reforma nie będzie oznaczać dalszego utowarowienia i prywatyzacji służby zdrowia, lecz powiększy zakres jej uspołecznienia.                                                                                                                      

Aby zahamować tą dominującą dzisiaj tendencję, osoby i organizacje deklarujące się jako lewicowe powinny podejmować dziś aktywne próby dotarcia z prosocjalnymi i pracowniczymi postulatami do protestującego obecnie personelu medycznego, tym samym nie zostawiając całego pola oddziaływania neoliberalnej czy konserwatywnej retoryce i polityce.[1]

Chcemy przecież aby służba zdrowia była ogólnodostępnym dobrem publicznym, nie zaś towarem.



[1] Poza bezpośrednim oddziaływaniem, możemy wyrazić swoją opinię również interaktywnie, przez formularz na stronie razemdlazdrowia.pl (razemdlazdrowia.pl/konsultacje/11-finansowanie-ochrony-zdrowia-w-polsce).

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia