Jesteś tu: Strona główna Artykuły Specjaliści od fałsz...

Specjaliści od fałszywych darów

Tymoteusz Kochan 29/11/2017

Zanik krytyki polskiego systemu gospodarczego, skandalicznie niskich płac, czy barbarzyńsko niedofinansowanego systemu praw socjalnych nie jest efektem rzeczywistej poprawy sytuacji. To wyłączny rezultat  skutecznego działania machiny propagandowej, którą od początku kadencji posługuje się rząd Prawa i Sprawiedliwości. Prawda jest przy tym zupełnie inna od tego, czego usilnie dowieść stara się panująca ideologia.

I tak wszelkie dyskusje na temat polskiego "boomu gospodarczego", czy "restauracji godności ludzi pracy" to zupełny absurd. Najnowsze dane od GUS-u dowodzą, że eksploatacja trwa w najlepsze - a nawet ulega zdecydowanej radykalizacji. Przez ostatnie dwa lata – licząc od 2014 roku - najczęściej wypłacana realna płaca (na rękę) spadła bowiem aż o 260 zł. To spadek z poziomu 1790 do 1510 zł!

Oznacza to, że wyzysk w Polsce wyłącznie przybiera na sile. Wyzysk w postaci spadających płac, ale też wyzysk w postaci rosnących cen żywności, czy kosztów utrzymania. Każda kolejna podwyżka to bowiem nic innego, jak kolejny spadek wartości twojej własnej siły roboczej (pracy)! Dalszy spadek twojej siły nabywczej i jeszcze większe obniżanie wartości życia, na które będziesz mógł sobie pozwolić.

Dzieje się tak zwłaszcza w przypadku najbardziej narażonych na wyzysk pracowników w branżach, gdzie niskie płace i rosnąca konkurencja jeszcze bardziej narażają na nadużycia i nierespektowanie praw pracowniczych ze strony klasy kapitalistycznej.Na kapitalistyczną gospodarkę nie należy bowiem patrzeć tak, jak każą nam to robić rządowi neoliberałowie i propagatorzy „sukcesów”. Sukcesy kapitalizmu nigdy nie są sukcesami klasy pracującej. Tak samo każdy "dar" dla robotnika to w istocie ostatnie resztki z kapitalistycznego stołu, które rzuca się klasie pracującej w chwili, kiedy klasa właścicieli nie ma już innego wyjścia. Im mniej kryzysowa staje się też sytuacja ekonomiczna kapitalizmu - tym rośnie bezpieczeństwo i swoboda z jaką właściciele mogą rotować pracownikami i pozbawiać ich kolejnych praw, czy minimalizować "koszty pracy", a więc po prostu - obcinać płace.

Każdy "boom" w zyskach dla kapitału to dodatkowe możliwości w przycinaniu płac.

Jeśli kapitał dobrze zarabia - tym bardziej nie będzie miał zahamowań by zaostrzać warunki konkurencji między pracownikami i wymuszać kolejne ustępstwa oraz cięcia. Zauważyć należy przy tym, jak wielkie znaczenie mają przy okazji wszelkie praktyki zmierzające do zaostrzenia konkurencji na rynku pracy. Niechętny paru tysiącom uchodźców wojennych z Bliskiego Wschodu rząd PiS-u nie ma jednocześnie żadnych zahamowań przed akceptacją największej imigracji w historii najnowszej Polski. Przeszło milion Ukraińców obecnych już na polskim rynku pracy to dodatkowe paliwo do wzrastającej konkurencji płacowej. Z perspektywy internacjonalistycznej lewicy w samej imigracji nie ma zresztą nic złego: jeśli jest ona dobrowolna, wiąże się z zachowaniem i respektowaniem praw, godnym życiem i godną pracą. W tym przypadku mamy jednak do czynienia z czymś zupełnie innym.

Ukraińcy emigrują z Ukrainy, ponieważ ich kraj pogrążony jest głębokim kryzysie gospodarczym i politycznym. A przybywając do Polski trafiają do brutalnej kapitalistycznej rzeczywistości, gdzie już na wejściu pozbawieni są szeregu możliwości, praw i zmuszeni zostają następnie do rywalizowania w oparciu o otrzymywanie jak najniższych zarobków. Nie czyni się zresztą niczego żeby w wymiarze ogólnopolskim utworzyć stosowny program, który pozwalałby zadbać o prawa pracownicze nowych pracowników, czy też walczyć o to, aby inna narodowość nie stanowiła dla polskiego kapitalisty podstawy do rasistowskiej już wręcz praktyki obcinania płac i gorszego traktowania.

Ukraiński pracownik na polskim rynku pracy to więc byt co do którego wszyscy z rządu zgadzają się, że nie istnieje. Polski pracownik otrzymuje natomiast "dary", które ani nie polepszają sytuacji przeciętnego pracownika, ani nie są uniwersalne. I tak wielu komentatorów (w tym i nawet z lewicy) zachwyca się "wolnymi niedzielami", czyli darem od "Solidarności", dla "boga i rodziny", który stanowić ma koronny dowód na to, że obecny rząd słucha i respektuje stanowisko związków zawodowych.

"Wolne niedziele" niestety ani nie są naprawdę wolne, ani nie stanowią też żadnego rzeczywistego rozwiązania. Ta "wolność" dotyczy bowiem tylko i wyłącznie wąskiej grupy pracowników zatrudnionych w części z sektora usług. Kiedy w ostatnich dniach dyskutowałem na temat "wolnych niedziel" z pracownikami z branży budowlanej, nauczycielskiej, czy ze służby zdrowia w większości przypadków na hasło o "wolne niedziele" odpowiadano mi śmiechem. Zaraz potem słuchałem też długich historii, które szczegółowo dowodziły, że sam fakt narzucania niskich płac wymusza pracę w praktycznie każdy dzień. Nie wspominając już o tym, że wbrew marzeniom "Solidarności" nie wszyscy pracownicy dzielą się na sprzedawców w galeriach handlowych lub ich niedzielnych klientów.

To jedna strona medalu. Drugą jest jednak to, że przyglądając się najświeższym informacjom dotyczącym wysokości przeciętnej płacy okazuje się, że zdecydowana większość pracowników nie zarabia w trybie, który gwarantowałby im płace umożliwiające cotygodniowe wzięcie sobie dnia wolnego. Dar w postaci dnia wolnego dla wąskiego grona i to jedynie w wybrane niedziele zakryć ma więc problem zdecydowanie większego kalibru: generalną kwestię braku rzeczywistego wolnego, czego doświadcza cała rzesza polskiego świata pracy. Tak samo, jak wakacje stały się już luksusem dla nielicznych - tak samo luksusem jest dziś praca umożliwiająca zapewnienie sobie godnego życia bez potrzeby rezygnacji z większości czasu wolnego. Ułatwia to wszystko fakt, że większość dodatkowych obowiązków dodawanych jest zresztą pracownikom w nieformalnym trybie - są to albo różnego typu "kontrakty", albo "informacje od szefa", albo "coś, o czym się nie mówi, ale jakbym tego nie zrobiła to szef zacząłby szukać sobie innych w moje miejsce".

Nieformalny, nielegalny lumpenkapitalizm nie działa w świetle dnia i jego celem nie jest też ujawnienie swojego prawdziwego oblicza. Dlatego właśnie pracownicy nie mogą wzajemnie dowiedzieć się o swoim złym położeniu - generowałoby to duże ryzyko solidaryzmu i nie tylko. W rezultacie jawna gospodarka obejmuje tylko tyle, na ile jest to konieczne: z zaznaczeniem, że państwo polskie nie jest skore ani do wzmożenia kontroli w miejscach pracy, ani do wyklarowania sytuacji związanej z formami zatrudnienia.

Dlatego właśnie zachwyty nad "wolnymi niedzielami", czy programem 500+ powinny być wyłącznie zachwytami nad sprawnością z jaką obecnie panująca ideologia indoktrynuje i reklamuje obecny stan pogarszającego się wyzysku.

Zapobieganie śmierci głodowej polskich dzieci i fikcyjne nadawanie dnia wolnego nie jest "darem", lecz zabiegiem, którego jedynym rezultatem ma być przedłużenie eksploatacji i zabezpieczenie dalszego wyzysku klasy pracującej. Kapitalistyczny "dar" nie jest niestety żadnym prezentem, ani boską nagrodą za trud i wysiłek - lecz zwykłym ustępstwem dokonywanym pod silnym naciskiem buntujących się przeciwko wyzyskowi pracowników. Ten właśnie nacisk zmiótł z powierzchni ziemi dawny obóz władzy i wyzysku, który wciąż jeszcze nie wie za co spotkała go ta kara. Uczący się na błędach poprzednika nowy rząd opanował w związku z tym niezwykle cenną sztukę pustych gestów i promowania utrwalania biedy oraz niskich płac, co sprzedaje się jako "nadawanie darów". Prawdziwie świąteczne upominki. Od boga, a nawet - Prezesa.

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia