Jesteś tu: Strona główna Artykuły Refleksje o parlamenta...

Refleksje o parlamentaryzmie

Cyprian Kraszewski 05/04/2018

„Rozważania o przemocy” Georges’a Sorela z 1906 r. są miażdżącą krytyką parlamentaryzmu i afirmacją walki klasowej. Sorel krytykował w niej „socjalizm parlamentarny”, dziś powiedzielibyśmy „socjaldemokrację”. Sprzeciwiał się także wszelkim instytucjom burżuazyjnym, w tym głównie parlamentowi.

Twierdził, że socjaliści biorący udział w mechanizmach liberalnej demokracji akceptują je i nasiąkają duchem liberalizmu, stając się oportunistami oraz nacjonalistami. Historia w dużej mierze potwierdziła słuszność jego krytyki. 

 

Sorelowska krytyka „socjalizmu parlamentarnego” 

Georges Sorel to najważniejszy przedstawiciel syndykalizmu. Sorelowski syndykalizm czerpał z marksizmu i anarchizmu Proudhona. Antypaństwowość Sorela zainspirowana była głównie pracami Marksa i Engelsa tj. „Manifestem Komunistycznym” i „Pochodzeniem rodziny, państwa i własności prywatnej”. Od nich przejął również klasowy punkt widzenia. Sorel pragną znieść państwo oraz stosunki kapitalistyczne i zastąpić je wolnymi zrzeszeniami robotniczymi zwanymi syndykatami. Dlatego też pragnął likwidacji parlamentu.

Demokracja parlamentarna budowana jest na idei suwerenności narodowej. Agitacja wyborcza kierowana jest w stronę „narodu” i „obywateli”. Partie uczestniczące w tym wyścigu zwykle starają ukryć swoje klasowe oblicze. Najchętniej opierają się zaś na klasie średniej, jako tej która według nich jest najlepszym reprezentantem narodu, i do niej kierują swój program wyborczy. Do tej spuścizny Rewolucji Francuskiej Sorel żywił obrzydzenie i mówił o sobie: „Nie jestem demokratą, więc ludem nie pogardzam[1]. Nienawiść do parlamentaryzmu u Sorela ma więc charakter antyliberalny, antynacjonalistyczny i antypopulistyczny.

W 1906 r. autor „Rozważań o przemocy” wytykał  „socjalistom parlamentarnym” odchyły nacjonalistyczne i militarystyczne, sam uważając się za „antypatriotę”. Zarzuty te potwierdziły się w okresie I wojny światowej, kiedy większość europejskich socjaldemokratów poparło militarystyczno-nacjonalistyczną politykę rodzimych rządów. Od tego czasu wielu europejskich socjalistów i socjaldemokratów poszło w kierunku bardziej prawicowym, a nawet w stronę faszyzmu, nazizmu, sanacji albo liberalizmu.

Doświadczenie „socjalizmu parlamentarnego” w Europie

Niemieccy socjaldemokraci mieli w Reichstagu od 1912 roku aż 110 mandatów [2]. Reichstag nie był instytucją konsekwentnie liberalną jak francuski parlament. Socjaldemokratyczna Partia Niemiec miała duże poparcie w społeczeństwie niemieckim, szczególnie tam, gdzie rozwijał się przemysł. Proletariat był więc naturalnym elektoratem socjaldemokratów. SPD przyjmując zasady gry pruskiego parlamentaryzmu ostatecznie nasiąknęła parlamentarnymi złudzeniami, konserwatyzmem i nacjonalizmem pruskim. Widmo Ferdynanda Lassalle’a kolaborującego z Ottonem von Bismarckiem unosiło się nad socjaldemokracją, szczególnie w okresie I wojny światowej. Działacze SPD odwołując się do Marksa wypaczali marksistowską naukę o państwie, w gruncie rzeczy przyjmując ugodową wobec sił konserwatywnych filozofię socjalizmu państwowego Lassale’a. 

Nacjonalizm Karola Kautsky’ego i jego towarzyszy z SPD w okresie I wojny światowej polegał na poparciu kredytów wojennych dla Niemiec i płomiennych nawoływań do obrony ojczyzny. Jeden z najważniejszych marksistów doby II Międzynarodówki porzucił klasowy punkt widzenia na rzecz obrony interesów niemieckiego państwa burżuazyjnego. Postawa ta została skrytykowana w licznych pismach Lenina. Dokładnie taka sama postawa została skrytykowana już niecałe 10 lat wcześniej w „Rozważaniach o przemocy” Sorela. I wojna światowa potwierdziła słuszność Sorelowskiej krytyki socjalizmu parlamentarnego. Lenin zarzucał Kautsky’emu zwulgaryzowany marksizm i niezrozumienie marksistowskiej nauki o państwie. To samo zarzucał wcześniej Sorel innym socjalistom parlamentarnym. Nie dziwi, więc fakt że Sorel stanął w obronie Lenina, gdy lwia część europejskiej lewicy i państwa imperialistyczne zaciekle Lenina potępiały. Dał wyraz swojemu poparciu w tekście „W obronie Lenina” z 1919 r.

Socjalistyczni „obrońcy parlamentaryzmu”, podobni do tych z Niemiec, znaleźli się również w Polsce w szeregach PPS-u. Ignacy Daszyński, podobnie jak Kautsky, wychwalał Marksa i z „marksistowskich” pozycji krytykował bolszewizm oraz… dyktaturę proletariatu. Sam z resztą uczestniczył w niszczeniu tej dyktatury w Polsce, broniąc demokracji burżuazyjnej i pacyfikując ruch robotniczy. Pojmowanie dyktatury przez Daszyńskiego było skrajnie burżuazyjne, pozbawione spojrzenia klasowego.

Ironią losu było to, że PPS jako „parlamentarni socjaliści” przyczynili się do zniszczenia parlamentaryzmu. Pomógł im w tym ruch robotniczy, w dużej mierze pod wspływem samego PPS-u. W maju 1926 roku aktywnie włączyli się w zamach stanu dokonany pod kierownictwem Józefa Piłsudskiego. Od tego czasu parlament polski stał się atrapą a bonapartystowska dyktatura Piłsudskiego skierowała swoje represje na socjalistów m. in. z PPS i na sam ruch robotniczy.

Różne oblicza antyparlamentaryzmu

Sorel niedługo po napisaniu „Rozważań o przemocy” zdystansował się od ruchu syndykalistycznego dostrzegając w nim zbyt wielu  reformistów. Warto zastanowić się, czy Sorel sam za ten stan rzeczy nie odpowiadał, przeceniając znaczenie żywiołowości strajku generalnego. Syndykaliści odrzucając drogę parlamentarną, zaczęli uprawiać reformizm pozaparlamentarny adoptując Bernsteinowską maksymę „ruch jest wszystkim”. Ruch syndykalistyczny był bardzo niejednorodny. Radykalni syndykaliści prowadzili agitację antymilitarystyczną, byli jednak również tacy, którzy popierali ekspansję kolonialną Włoch na Libię w 1911 roku [3]. Romans części syndykalistów z nacjonalizmem lub monarchizmem oraz kult czynu heroicznego ewoluował w stronę militaryzmu, a nawet faszyzmu.

Sam duce, Benito Mussolini, wywodził się z Włoskiej Partii Socjalistycznej, z której został usunięty za odchył nacjonalistyczno-militarystyczny. Po dojściu do władzy faszystów, Mussolini zamykał swoich byłych towarzyszy do więzienia. Można powiedzieć, że jego rola historyczna i prawicowy zwrot są bardzo podobne do działalności niemieckich socjaldemokratów w szeregach Freikorps. Mussolini hołdował jednak innej filozofii niż Karol Kautsky i jemu podobni. Mussolini był przeciwnikiem parlamentaryzmu. Choć wykorzystał parlament do zdobycia władzy, dążył więc do jego obalenia.

Głównymi inspiracjami Mussoliniego byli Sorel i Fryderyk Nietzsche. Ojciec Mussoliniego, Alessandro, był anarcho-syndykalistą. Korporacjonizm, który stał się oficjalnym prądem ekonomicznym w faszystowskich Włoszech, był swego rodzaju prawicowo-nacjonalistycznym wypaczeniem syndykalizmu. Sorel w swoich „Rozważaniach o przemocy” był stanowczym przeciwnikiem nacjonalizmu i rozwiązań inspirowanych średniowiecznymi cechami korporacyjnymi. Z tej perspektywy Sorel krytykował m. in. Saint-Simona oraz innych socjalistów i komunistów utopijnych. „Duch korporacyjny” był zdecydowanie obcy Sorelowi w okresie pisania „Rozważań o przemocy”.

Faszyści doszli do władzy w wyniku serii działań terrorystycznych, wspierani przez wielkich fabrykantów. W 1923 r. uchwalono nowe prawo wyborcze, uchwalone 15 lipca: „Nowa koordynacja wprowadzała w Izbie Poselskiej 535 miejsc i czyniła z całego kraju jeden okręg wyborczy, w którym każda partia mogła wystawić tylko jedną listę. Partia, która uzyska największą liczbę głosów (co najmniej 25%), otrzyma 2/3 miejsc w parlamencie, pozostała 1/3 miała być rozdzielona między wszystkie inne partie (…) Przeciwko projektowi głosowali tylko socjaliści i komuniści[4].

Ta koordynacja była początkiem końca parlamentaryzmu.Wybory do parlamentu 1924 dały faszystom, jako partii rządzącej, przeszło 4,6 miliona głosów, podczas gdy cała opozycja łącznie zdobyła 2 i pół miliona głosów[5]. Socjaliści uzyskali 46, a komuniści 19 mandatów [6]. Po tych wyborach parlament stał się atrapą podlegającą dyktatorskiej władzy Mussoliniego i korporacjom. Mussolini całkowicie zniósł go dopiero w 1939 roku, zastępując Izbą Związków i Korporacji [7].

Odmienny stosunek do parlamentu od Mussoliniego miał inny ważny ideolog korporacjonizmu, Antonio Salazar. Ów stanowczy przeciwnik „partiokracji” nie uważał, że parlament należy całkowicie znieść: „Jest równie pewne, że chociaż będziemy mieli parlament, nie będziemy mieli parlamentaryzmu, to jest jałowych dyskusji, grup i klik, oraz walk o uzyskanie władzy w Zgromadzeniu Narodowym[8]. Dał nawet wyraz temu, że hołduje innym rozwiązaniom niż Mussolini: „Czytałem, że Mussolini miał zamiar znieść izbę poselską i przekazać jej uprawnienia ustawodawcze najwyższej radzie korporacji. Nie wierzę w skuteczność takiego rozwiązania przede wszystkim dlatego, że jakikolwiek byłby zakres interesów, objętych organizacją korporacyjną, zawsze brak tam będzie przedstawicielstwa narodu, owych interesów całego państwa[9]. Parlament w salazarowskiej Portugalii był więc dodatkiem do autorytarnego państwa korporacyjnego.

Syndykaliści, którzy nie wyzbyli się antymilitarystycznej postawy popierali bolszewików. Bardzo przyjazny stosunek do republiki rad miał i Sorel, czemu daje wyraz we wspomnianym już przeze mnie tekście „W obronie Lenina”: „niech będą przeklęte demokracje plutokratyczne , które głodzą Rosję (…) niech będzie mi dane ujrzeć upokorzenie butnych mieszczańskich demokracji, które dziś tak cynicznie triumfują![10]. Poparcie dla republiki rad ściśle wiązało się z antynacjonalistyczną i antymilitarystyczną treścią „Rozważań o przemocy”. Parlamenty państw europejskich, zgodnie z obserwacjami Sorela, okazały się ostoją nacjonalizmu i militaryzmu.

Doświadczenie „socjalizmu parlamentarnego” w Ameryce Łacińskiej

Parlamentaryzm jest dogodną formą panowania burżuazji i kapitalizmu, jednak historia pokazała również, że liberalna ekonomia nie zawsze idzie w parze z liberalną demokracją. Przykładem są chociażby reformy ekonomiczne rozpoczęte we frankistowskiej Hiszpanii w 1959 r., zaproponowane przez Międzynarodowy Fundusz Walutowy. Najbardziej jednak dobitnym przykładem jest Ameryka Południowa i pierwsza fala neoliberalnej terapii szokowej. Demokracja parlamentarna jest mimo wszystko poważną przeszkodą, stojącą na drodze niszczenia państwa socjalnego.

Neoliberalny eksperyment rozpoczął się w Chile. Zanim zaczęto w 1973 roku wdrażanie neoliberalnych recept Miltona Friedmana, Chile było najbardziej demokratycznym krajem w Ameryce Łacińskiej i jednym z najbardziej demokratycznych na świecie: „prezydenci pochodzili w Chile z wyborów powszechnych aż do zamachu stanu w 1973 r.; jedyne wyjątki to 1891 r. i lata 1924-1931. W kraju tym utworzono parlament zanim uczyniono to w jakimkolwiek kraju europejskim poza Wielką Brytanią i Norwegią. W połowie XIX w. frekwencja wyborcza w Chile była równa frekwencji w Holandii; Wielka Brytania osiągnęła taki poziom zaledwie 20 lat wcześniej, a Włochy – dopiero 20 lat później. W Chile wprowadzono głosowanie tajne w 1874 r., zanim uczyniono to w Belgii, w Danii, w Norwegii i we Francji[11]. Biorąc pod uwagę silną tradycję parlamentaryzmu zrozumieć można stwierdzenie Ryszarda Kapuścińskiego z reportażu „Chrystus z karabinem na ramieniu”, że Allende nie mógł działać inaczej jak tylko drogą instytucjonalną.

Rządy Salvadora Allende były pierwszą na świecie próbą wprowadzenia socjalizmu na drodze parlamentarnej. Biorąc pod uwagę rozwinięty ruch robotniczy w Chile i duże poparcie narodu chilijskiego mogło się to udać. Sojusz komunistów i socjalistów - Jedność Ludowa - wygrał wybory zyskując 36,3% głosów [12]. Jedność Ludowa, krytyczna wobec państwa burżuazyjnego, była zaskoczona tym zwycięstwem.

Jedność Ludowa wstępnie planowała znacjonalizować 150 największych firm chilijskich i zagranicznych oraz ustanowić w nich rady robotnicze, odrzucając tym samym etapowe reformy kapitalizmu. Nie planowała jednak znieść parlamentu, lecz połączyć izbę niższą i senat w jednoizbowy parlament [13]. Plany pokojowego wprowadzenia socjalizmu zaprzepaściła jednak żywotność reakcyjnej burżuazji, a właściwie kliki wojskowych szkolonych przez CIA.

Zamach wojskowy przeprowadzony w 1973 r. pokazał jak bardzo instrumentalnie burżuazja traktuje demokrację parlamentarną, a także jak bardzo antypaństwowa i antynarodowa staje się broniąc swoich interesów. Pokazał również ułomność parlamentarnej demokracji, która nie była w stanie zapobiec krwawemu puczowi, a tym samym obronić jednego z najbardziej rozwiniętych systemów bezpieczeństwa socjalnego na świecie.

Ironią losu było przyjęcie ekonomii neoliberalnej przez… socjaldemokratów. Zaczęło się od François Mitteranda odrzucającego keynesizm właściwy francuskiej lewicy na rzecz rozwiązań bliższych neoliberalizmowi [14]. Potem na rzekomej lewicy nastał czas tzw. „trzeciej drogi” w wydaniu Billa Clintona, Tony’ego Blaira, Gerharda Schrödera czy Leszka Millera. Na tym jednak nie warto się rozwodzić, choć pokazuje to triumf Fukuyamowskiej idei końca historii na tzw. lewicy. Bardziej przykre jest jednak przyjęcie neoliberalnych reguł przez chilijską Partię Socjalistyczną, z której wywodził się Salvador Allende.

Za swego rodzaju kontynuatora polityki Salvadora Allende można uważać Hugo Chaveza. Chavez działał jednak w innych warunkach. Nie godząc się na reformy neoliberalne i ubóstwo nimi spowodowane, zdecydował się w 1992 r. na wojskowy zamach stanu. Był to, można powiedzieć, pierwszy poważny bunt przeciwko neoliberalizmowi. Pucz z 1992 r., mimo wieloletnich przygotowań, nie powiódł się. Chavez zdecydował się, mając poparcie szczególnie w zubożałych warstwach społeczeństwa wenezuelskiego, na udział w wyborach parlamentarnych w 1998 r. zdobywając 56,2% głosów.

Chavez łączył socjalizm z boliwariańskim nacjonalizmem. Czerpał z różnych tradycji socjalistycznych i narodowo-wyzwoleńczych, w tym m. in. z rewolucji kubańskiej i sandinistycznej. Inspirował się marksizmem-leninizmem, uważał się jednak za socjaldemokratę. Można powiedzieć, że był on socjaldemokratą „w starym stylu”, tzn. takim, który rzeczywiście zmierza do wprowadzenia socjalizmu, zamiast zadowalać się reformami kapitalizmu, jak czyni to socjaldemokracja „w nowym stylu”. 

Chavezowski nacjonalizm nie był nacjonalizmem europejskiej socjaldemokracji popierającej kredyty wojenne. To nacjonalizm kraju uciskanego, właściwy ruchom antykolonialnym, popularny w Ameryce Łacińskiej od czasów Simona Bolivara po Omara Torrijosa. To nacjonalizm republikański, opierający się na suwerenności narodowej. Burżuazja wenezuelska w dużym stopniu odrzuciła wartości republikańskie i ma charakter zdecydowanie antynarodowy. Neoliberalizm jest systemem antynarodowym, zaś oligarchia, ten system reprezentująca, kosmopolityczną arystokracją pieniądza. Nacjonalizm krajów latynoamerykańskich objawia się w postaci sprzeciwu wobec polityki USA.

Pierwsze lata rządów Chaveza były bliższe socjalliberalizmowi, z czasem coraz bardziej dążył on jednak do obalenia modelu neoliberalnego. Okres rządów Chaveza to również powszechna demokratyzacja, niespotykana dotychczas w Wenezueli. Boliwariański rewolucjonista zapoczątkował idee referendum w Wenezueli reformą konstytucyjną z 1999 roku. Noam Chomsky uważał chavezowską Wenezuelę za jak dotąd najbliższą realizację społeczeństwa socjalno-libertariańskiego.

W pierwszych latach rządów Chaveza ustanowiono powszechne prawo do mieszkań, edukacji, bezpłatnej opieki zdrowotnej. Przeprowadzono reformę rolną i zwiększono kontrolę państwową nad przemysłem naftowym, nacjonalizując wiele przedsiębiorstw naftowych. Zawarto sojusz polityczny z Kubą... Te rozwiązania oczywiście nie podobały się oligarchicznej i pro-amerykańskiej opozycji.  

Chavez napotykał na podobne trudności co Allende. W 2002 roku prawicowo-oligarchiczna opozycja, rozwścieczona ekonomicznymi i politycznymi posunięciami socjalistycznego prezydenta, pod wodzą Carlosa Ortegi, usiłowała usunąć Chaveza z urzędu prezydenta w wyniku zamachu stanu. Olbrzymie poparcie mas dla socjalistycznego prezydenta i działania wojskowych uniemożliwiły jednak zwycięstwo zwolennikom puczu. Zażegnano groźbę puczu z 2002 roku, nie udało się jednak poskromić oligarchicznej opozycji, która po dzień dzisiejszy usiłuje pogrzebać zdobycze rewolucji.

Czy ruch boliwariański nasiąknął duchem liberalizmu i oportunizmu, o którym pisał Sorel w „Rozważaniach o przemocy”? Demokracja parlamentarna wymusza pewne ustępstwa wobec biznesowej oligarchii. Z biegiem lat rozwinęła się również narodowa burżuazja, drobnomieszczaństwo i klasa nowobogackich. Krytycy chavizmu mówią nawet o boligarchii.

Rewolucja boliwariańska przeprowadzana drogą reformistyczną podważyła jednak neoliberalne status quo i w dużym stopniu podważyła też wszechwładzę kapitału. To pierwszy z prawdziwego zdarzenia ruch alterglobalistyczny, po upadku ZSRR, który postawił się korporacjom, z których część została nawet znacjonalizowana. 

Parlament jest specyficznym hamulcem na drodze do urzeczywistnienia prawdziwego socjalizmu. Największym hamulcem jest jednak biznesowa opozycja wspierana przez CIA, której wpływy przeniknęły nawet do wenezuelskiego ruchu robotniczego.

Wprowadzenie socjalizmu na drodze parlamentarnej nie powiodło się. W samej Wenezueli poczyniono wiele kroków na drodze do realizacji tego celu. Chavez i jego następca, Nicolas Maduro, dokonali wielu nacjonalizacji, wspierali tworzenie rad robotniczych i spółdzielni. Mimo wielu, niekiedy radykalnych, posunięć w stronę socjalizmu, Wenezuela nie jest jednak jeszcze socjalistyczna, ale wciąż państwowo-kapitalistyczna.

Walka trwa, zaś rewolucja boliwariańska stanowi jak dotąd najpoważniejszy projekt kontr-hegemoniczny w walce z neoliberalizmem, a Wenezuela jest najbardziej socjalistycznym państwem obok Kuby. Warto przyjrzeć się więc boliwariańskiej Wenezueli dużo bardziej szczegółowo i dokładniej.

Doświadczenie Ameryki Łacińskiej pokazuje bowiem z jakimi przeciwnościami muszą uporać się „socjaliści parlamentarni”, czy nawet umiarkowani brazylijscy socjaldemokraci lub lewica peronistyczna. Oligarchia finansowa jest bezwzględna wobec tych ruchów, a same ruchy lewicowe zwykle bezsilne. Oligarchia nie da się bowiem skutecznie przegłosować.

Perspektywy „socjalizmu parlamentarnego”

W Polsce brak „socjalisty parlamentarnego” na miarę Chaveza. Termin „socjaliści parlamentarni” wydaje się archaiczny i nieadekwatny do współczesnych, polskich realiów. Wbrew pozorom „Rozważania o przemocy” są jednak aktualne i warto przez pryzmat tego dzieła oceniać obecne wydarzenia polityczne.

Parlamentaryzm narzuca burżuazyjno-drobnomieszczańskie ograniczenia. Żywioły drobnomieszczańskie są w obecnej Polsce dominujące. Partia, która chce wygrać wybory musi się z nimi liczyć i program wyborczy kieruje głównie do klasy średniej. Wynik wyborów parlamentarnych jest więc w olbrzymiej mierze uzależniony od wpływów środowisk kapitalistycznych. Proponowane przez Pawła Kukiza zniesienie finansowania partii politycznych z budżetu państwa całkowicie wręcz uzależniłoby już wyścig wyborczy od zachcianek i woli środowisk kapitalistycznych.

Partie i ruchy chcące zmiany liberalno-konserwatywnego porządku nasiąkają liberalizmem w trakcie samego wyścigu wyborczego, rezygnując z rewolucyjnego programu (o ile wcześniej taki miały) i pragnąc przypodobać się klasie średniej. To prosta droga do bezideowości i karierowiczostwa.

Nacjonalizm - ten o którym pisał Sorel w „Rozważaniach o przemocy” - trzyma się również bardzo blisko parlamentaryzmu, wpisując się w populistyczną narrację albo realizując imperialistyczno-militarystyczne cele oligarchii finansowej. Współczesna liberalna demokracja w najdoskonalszy w sposób i niezwykle skutecznie pacyfikuje wszelki protest społeczny, czyniąc to bez uciekania się do użycia siły fizycznej. Ten fukuyamowski koniec historii zaakceptowali nie tylko zatwardziali liberałowie, ale również współcześni socjaldemokraci.



[1] J. Tomasiewicz, Zło w imię dobra. Zjawisko przemocy w polityce, Warszawa – Bielsko-Biała 2009, s. 129.

[2] J. Krasulski, Historia Rzeszy Niemieckiej 1871-1945, Poznań 1985, s. 66.

[3] J. Tomasiewicz, Zło w imię dobra. Zjawisko przemocy w polityce, Warszawa – Bielsko-Biała 2009, s. 130.

[4] M. Borucki, Mussolini, Warszawa 1977,  s. 67.

[5] Ilustrowana Encyklopedia Trzaski, Everta i Michalskiego, red. S. Lam, Tom trzeci F-H, Warszawa 1927, s. 22.

[6] M. Borucki, Mussolini, Warszawa 1977,  s. 67.

[7] Tamże,  s. 85.

[8] A. Salazar, Rewolucja pokojowa, tł. Z. Grabski, Warszawa 2013, s. 172.

[9] Tamże, s.184.

[10] G. Sorel, Rozważania o przemocy, tł. M. J. Mosakowski, Warszawa 2014, s. 300.

[11] E. Sader, Kret rewolucji. Drogi lewicy latynoamerykańskiej, tł. P. M. Bartolik, J. P. Listwan, Warszawa 2015, s. 32.

[12] Tamże, s. 31.

[13] Tamże, s. 169.

[14] Tamże, s. 35.

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia