Jesteś tu: Strona główna Artykuły Biedakapitalizm i cud ...

Biedakapitalizm i cud płacy minimalnej

Tymoteusz Kochan 16/09/2019

Polska w najbliższych latach może stanąć przed prawdziwą szansą na to, aby stać się państwem o wyższym poziomie życia. Podnoszenie płacy minimalnej to jedno z kluczowych narzędzi do osiągnięcia tego celu. Nie jest to jednak narzędzie jedyne, a naszą opartą na taniej sile roboczej gospodarkę naprawdę może czekać kryzys.

Nie będzie to jednak kryzys wynikający z rzekomego „socjalizmu” kryjącego się za postulatem podniesienia płacy minimalnej. Będzie to kryzys związany z deficytem społecznej: państwowej i spółdzielczej własności oraz brakiem odpowiednich inwestycji, które mogłyby zmienić zasady rządzące polską gospodarką.

Lewica od długiego czasu postuluje europejską płacę minimalna na poziomie 1000 euro – i należy się cieszyć, że postulat ten znajduje nowych i niespodziewanych sojuszników.

PiS niczego tu nie „wymyśla”, lecz po prostu godzi się z nieuniknionym: 4000 zł to pułap płacy minimalnej, który Polska musi osiągnąć, by życie w naszym kraju osiągnęło wreszcie ten minimalnie godny i europejski poziom. Historie o tym, że wzrost płacy minimalnej doprowadzi do jakiejś oczywistej i koniecznej katastrofy gospodarczej to szkodliwy mit. Wyższa płaca minimalna to konieczność i rezultat zmian o które walczy polska lewica. To nie – jak twierdzi kandydatka PO na premierę Kidawa-Błońska – „socjalizm”. To część zmian, które zadziałają jednak tylko w formie całego pakietu.

Krytykowanie wyższej płacy minimalnej wypływa wprost ze starej tradycji neoliberalnej. Platforma Obywatelska sprzeciwia się jej podniesieniu, ponieważ reprezentuje przedpotopowy typ nadwiślańskiego kapitalizmu, który opierał się wyłącznie na taniej pracy, niskich płacach i na byciu montownią dla bogatych państw z Zachodu. Z powodu kresu swej historycznej użyteczności rola PO będzie zresztą w Polsce maleć i to dokładnie tak samo, jak zmalała rola libertarian i neoliberałów w całej Unii Europejskiej, gdzie nie mają oni żadnych perspektyw na władzę.

Podobnie błądzi jednak również nasza niedoszła chadecja. Narzędzia, których chce użyć PiS by stworzyć w Polsce „państwo dobrobytu” są zupełnie niewystarczające. Za wszystkim stoi kult prywaty i niechęć do progresji podatkowej, społecznej własności, czy brak jakichkolwiek działań w walce z rosnącymi nierównościami. Jako socjalista czuję się wywołany do tablicy przez samego Kaczyńskiego, który raz cytuje marksistowskie tezy o zerwaniu z peryferyjnym piętnem, a zaraz potem twierdzi, że postęp to właśnie wyjście z „postkomunistycznej” gospodarki i wiara w to, że polski mikroprzedsiębiorca zatrudniający sam siebie przejdzie nagle do globalnej ofensywy, bo będzie musiał płacić wyższe płace.

Program Kaczyńskiego stoi jedną nogą w przyszłości, lecz drugą głęboko w przeszłości.

Polska gospodarka od wielu lat pozostaje gospodarką opartą na taniej pracy i to jest jej główna siła przetargowa w Europie. To jest model, który zapanował w Polsce po 1989 roku i który mógł zapanować tylko w sytuacji, kiedy sprywatyzowano i wyprzedano większość z państwowych przedsiębiorstw. Taki mamy kapitalizm i obecnie jednym z filarów gospodarczych naszego kraju są drobni oraz średni przedsiębiorcy, którzy działają i utrzymują się na rynku często tylko dlatego, że mają dostęp do naszej taniej siły roboczej.

Nie jest tak, że w ciągu dwóch lat cała kapitalistyczna gospodarka oparta na taniej pracy sama z siebie może przerzucić się na gospodarkę opartą na wiedzy i produkowaniu nowoczesnych technologii. A już na pewno nie jest to możliwe przy polityce gospodarczej, którą realizuje rząd Morawieckiego.

Zasadnicza polityka tego rządu dalej kieruje się utartymi neoliberalnymi schematami. Obniżanie podatków, brak realnej progresji podatku dochodowego, brak progresywnego CIT-u, ale przede wszystkim: przeznaczanie wszystkich publicznych środków na dotowanie wyłącznie prywatnej inicjatywy to przepis na prawdziwy i dość łatwy do przewidzenia kryzys.

Taki kryzys był już i nadal jest na Węgrzech, gdzie podnoszenie płacy minimalnej w podobnych warunkach doprowadziło do tego, że znaczną część kosztów tej operacji ponieśli przeciętni konsumenci, przez co skokowo wzrosły koszty utrzymania. Podobnie czujemy się dziś w Polsce – płace i świadczenia rosną, a jednak najmniej i przeciętnie zarabiający tracą znaczną część tych środków w obliczu inflacji i rosnących wydatków. Neoliberalny pseudokeynesizm Kaczyńskiego nie ma tu zastosowania, ponieważ na rynku peryferyjnego kapitalizmu nie ma podmiotów, które byłyby zainteresowane dużym popytem i wzrostem konsumpcji wewnętrznej. Nie ma tu także większych koncernów, korporacji i grup inwestycyjnych, które pomogłyby zmienić polską gospodarkę w gospodarkę opartą na wiedzy.

W budżecie na 2019 rok wydatki na naukę to 0,44 proc. PKB. Na wojsko? 2,05 proc. Bliżej niż do gospodarki opartej na wiedzy jest nam do bycia bazą wojskową dla amerykańskiego sprzętu.

Nauka, której nie potrafi przyswoić sobie rząd Morawieckiego została dobrze zrozumiana np. przez rząd Chin. W bliźniaczo podobnej sytuacji – i to na znacznie większą skalę – dokonano tam awansu od peryferyjnej montowni do światowego mocarstwa. Co było kluczem do tego sukcesu? Kontrola prywatnego rynku, duża aktywność gospodarcza państwa i kierowane przez budżet inwestycje.

Nie jest mrzonką to, że w systemie opartym na taniej pracy przy szybkim wzroście płacy minimalnej może dość do poważnych zawirowań. Zasada kapitalistycznego rynku jest prosta: brak zysków w jednym miejscu nadrabia się zyskami w innym.

W kapitalizmie to poszczególne firmy są głównymi podmiotami ekonomicznymi i regulacje dotyczące np. samej wysokości płacy minimalnej mogą być łatwo obchodzone przez rynkowe mechanizmy, na które państwo kapitalistyczne nie chce mieć praktycznie wpływu. Bez aktywności ze strony państwowego sektora - i stabilizacji, jaką on zapewnia - dobre planowanie gospodarcze i przejście od gospodarki biedakapitalizmu do gospodarki państwa dobrobytu jest praktycznie niemożliwe. Równie fundamentalne są strategiczne inwestycje.

Zamiast takich działań rząd Morawieckiego skupia się jednak głównie na robieniu z Polski jednej, wielkiej strefy ekonomicznej bez podatków dla zagranicznych koncernów, które – jak Amazon – przenoszą tu dziś swoje magazyny. Ale nie najważniejsze linie produkcyjne. Premier – niczym zaklęcia – powtarza też uparcie tezy, że polscy przedsiębiorcy sami dokonają innowacji i samodzielnie unowocześnieni w ciągu dwóch lat odnajdą w swych kieszeniach dodatkowe środki na płace wyższe o 40%. Drobne firmy są jednak słabe, biedne i niezdolne do większego wysiłku inwestycyjnego.

Rząd czekają dwie niespodzianki. Pierwsza i zasadnicza: rola Polski w Europie jest inna i jej funkcja (bycie montownią) uniemożliwi tak łatwą i szybką zmianę paradygmatu produkcyjnego. Druga: kapitalistyczny rynek obróci wzrost płacy minimalnej w żart, ponieważ skokowo zwiększy koszty utrzymania, a także dodatkowo obciąży pracą już pracujących i zwiększy bezrobocie… Czemu miałby to zrobić? Bo może. Kapitalistyczny rynek od zawsze opiera się na dążeniu do zysku i walce klas, nie na socjalno-narodowych wartościach popartych słabą orientacją w ekonomii. Państwo, które stale zwalnia z podatków obce korporacje wszelkiego rodzaju i rezygnuje z kolejnych wpływów do budżetu, a także narzędzi inwestycyjnych będzie w takiej sytuacji zupełnie bezradne.

Przypomnijmy też, że ten sam rząd obiecywał już wcześniej aktywność państwa w gospodarce. Wśród wielu niedotrzymanych obietnic obecnego rządu rzuca w oczy obietnica wielkich państwowych inwestycji. Skrytykowany przez FOR i neoliberałów Fundusz Inwestycji Kapitałowych stanął w miejscu i okazał się zupełnym niewypałem. A i tak jest to program, którego skala była w założeniach zbyt mała by fundamentalnie zredefiniować zasady panujące w polskiej gospodarce. Gdzie te nowe okręgi przemysłowe i powrót do produkcji?

Z głębokiego kolonializmu nie wydobywa sama wyższa płaca minimalna. Potrzebny jest konkretny plan inwestycyjny i plan gospodarczy, który przestawia gospodarkę na nowe tory.

W taki właśnie sposób oblicze Polski kompletnie zmieniła industrializacja i wielki wysiłek inwestycyjny dokonany za czasów Polski Ludowej. W taki sam sposób możemy też zmienić współczesną Polskę: przez inwestycje w naukę i nowe technologie, inwestycje w odnawialne źródła energii, a także rozwinięcie państwowej obecności w kluczowych sektorach gospodarczych. Plan PiS-u zakłada coś zupełnie odwrotnego: że postęp może nadejść przez sztuczne napompowanie polskiego biedakapitalizmu, przy stałym obniżaniu podatków, zmniejszaniu możliwości polskiego budżetu i liczeniu na to, że rynek zacznie kierować się "polskimi wartościami".

Tak – obok rozwiązań socjalistycznych drogą do bogactwa może być też droga społecznie kontrolowanej gospodarki rynkowej. Problem polega na tym, że Polska nie dysponuje żadnymi istotnymi korporacjami, czy firmami o zasięgu światowym, a jej giełda to żart utrzymujący się ze spekulowania na naszych emeryturach. Nawet drobiazgi, które mamy nie są też odpowiednio opodatkowane. Gospodarki państw takich, jak Francja, czy Anglia rozwinęły się dzięki potędze miejscowego kapitału i wysokiej progresji podatkowej, jaką pod naciskiem świata pracy wprowadziły tamtejsze rządy. W Polsce nie mamy ani jednego, ani drugiego.

Prawdziwe sposoby na zostanie państwem dobrobytu są dwa: dobrobyt w ramach silnie opodatkowanego i bogacącego się systemu kapitalistycznego z kapitalistycznego centrum lub dobrobyt w ramach gospodarki częściowo planowej, uspołecznionej i z silną funkcją inwestyującego w rozwój państwa. W przypadku Polski zanosi się na wielkie nic. PiS nie zmieni bowiem istoty polskiej gospodarki: dalej nie jesteśmy gospodarką opartą na wiedzy i dalej główną zaletą naszego kapitalizmu jest tani (w porównaniu do zachodniej Europy) pracownik, a podatki idą w dół. PiS, jako partia o charakterze silnie prokapitalistycznym, jest też oczywiście partią przeciwną zwiększaniu aktywności państwa w gospodarce – odpada więc i drugi sposób na społeczny awans.

To wszystko sprawia, że Polska znajduje się dziś w martwym punkcie. Ani PiS, ani PO nie mają recepty na postęp i nie potrafią zmienić naszego peryferyjnego przeznaczenia.

Polska - jak często przytaczana przez neoliberałów Wenezuela - może też wpaść w kryzys przez niedostateczne inwestycje w nowe technologie i naukę, przez słabość państwowej gospodarki i brak odpowiedniego planowania. Kryzys wenezuelski rozpoczął się bowiem wraz ze spadkiem cen ropy, od sprzedaży której Wenezuela była całkowicie uzależniona. To zaniedbania i brak stosownych inwestycji sprawiły, że Wenezuela była w pełni uzależniona od rynku światowego, tak jak my jesteśmy dziś gospodarką uzależnioną od sprzedaży taniej siły roboczej. W odróżnieniu od Wenezueli my nie mamy jednak zamiennika dla ropy i nie mamy nawet jak spróbować zerwać łańcuchów naszej półperyferyjnej biedy.

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia