Jesteś tu: Strona główna Artykuły Proletariat głosuje z...

Proletariat głosuje za zagładą (jak dotąd)

Tymoteusz Kochan 01/02/2020

Bardzo popularne ostatnimi czasy jest rozrysowywanie konfliktu społecznego pomiędzy "ludem" i "elitami". Abstrahując już od tego jak bardzo antymarksistowskie i antyklasowe jest to podejście podkreślić trzeba też zupełnie iluzoryczny charakter takiego konfliktu.

Rzeczywista walka klas nie odbywa się pomiędzy biologicznymi jednostkami zgrupowanymi w fizycznie istniejące klasy. Rzeczywista walka klas toczy się pomiędzy ideologią rewolucyjnego proletariatu i ideologią klas panujących, która wspierana może być też przez konserwatywne wersje ideologii proletariatu.

Natomiast poszczególne jednostki i grupy przynależą po prostu do któregoś z tych obozów i to często zupełnie niezależnie od swojej bazowej, klasowej przynależności. Doszukiwanie się jakichś cudownych, emancypacyjnych i lewicowych wartości u zastanych przedstawicieli klasy pracującej tylko dlatego, że są członkami tej klasy i utrzymują się z płacy najemnej jest naiwne i głupie.

Współczesny proletariat w zdecydowanej większości głosuje za zagładą Ziemi, nieumiarkowanym konsumpcjonizmem i wspiera globalny ustrój kapitalistyczny ze wszystkimi jego okropnościami. Jest oczywiście zakładnikiem kapitalistycznej ideologii, ale wynika z tego też fakt, że jego praktyczna działalność w większości powiązana jest z systemem, który pozostaje przeciwnikiem dla wszystkich postępowych sił społecznych.

Emancypacyjny charakter klasy pracującej jest zaledwie charakterem możliwym, nie wrodzonym.

Kategoria "ludu" przeciwstawianego "elitom" jest natomiast kapitalistycznym (i posiadającym długą, nacjonalistyczną tradycję) potworkiem, który służy umacnianiu przekonania, że bieżące praktyki pracowników są dobre, że jego cele są właściwe i że poza złymi rządzącymi wszystkie "ludowe" praktyki i tendencje są świetne i godne wyłącznej pochwały. Koszmarny konserwatyzm tkwi tu w kompletnym zanegowaniu konieczności przebudowy proletariackiej kultury, wartości, praktyk i ducha. To jak głaskanie pracowników po główce i wmawianie im, że wynikająca m.in z koszmaru transformacji kultura disco-polo powinna być celem ich egzystencji, bo to właśnie ona jest autentycznie ludową kulturą i sufitem ich możliwości. Wraz ze zbliżającą się katastrofą kapitalizmu należy się poza tym spodziewać, że kapitał coraz częściej będzie afirmował i zachwalał różne "ludowe" praktyki, by umocnić w klasie pracującej poparcie dla swojej niszczycielskiej działalności na wszystkich frontach.

Znaczna część lewicy błądzi natomiast uznając głos pracownika za święty. To, jak fascynacja "Solidarnością" wśród boomersów: ich poparcie dla tego ruchu wynikało (i dalej wynika) często z samego faktu, że nigdy nie minął im zachwyt z organoleptycznego (wzrokowego) doświadczenia pracowniczej działalności o tak wielkiej skali. Po co doszukiwać się dziury w całym? W takiej masie pracownicy musieli przecież mieć rację!... Prawda?

Z tej samej perspektywy Brexit musi być dobry, bo przecież zagłosowali za nim także angielscy pracownicy. Na pewno zrobili to przeciwko neoliberalnym elitom, które duszą też polski proletariat. To pewne, przecież proletariat jest solidarny i oni myślą o nas, mają te same problemy. Przecież nie mogą dbać o swoje interesy przeciw innym proletariuszom, neoliberalny kapitalizm na pewno nikomu się tam nie podoba... Prawda?

Teoretyczny namysł nad polityką, ideologią, klasowym kontekstem i polityczno-ekonomicznymi rezultatami poszczególnych działań zastępuje infantylny, biologiczny wręcz materializm. Z takiej perspektywy każdy pracownik musi mieć rację, jest już w zasadzie podmiotowy, ma świadomość swojego interesu i z pewnością ma co najmniej dobre i racjonalne intencje.

Jak to więc możliwe, że świat nie wygląda tak, jak powinni chcieć tego błogosławieni proletariusze?

Ano tak, że poza bazą (która bez globalnej analizy również nic nam nie mówi) mamy też nadbudowę. I tu współczesny proletariat został kompletnie skolonizowany przez światowy kapitał i jego praktyczne narzędzia.

Kultura (i świadomość) współczesnego proletariatu nie jest nawet koniecznie jego kulturą. Jest tylko kulturą, którą wyraża on w systemie kapitalistycznym - w zdecydowanej większości kontrolowanym przez właścicieli kulturowych środków produkcji, czyli określone korporacje kontrolowane przez międzynarodowy kapitał.

Treści, których pracownicy słuchają i które konsumują zazwyczaj nie pochodzą więc od nich, czy z jakiejkolwiek emancypacyjnej, uświadomionej działalności. To sterowany produkt, który narzuca kapitalizm w ramach sterowanej i zarządzanej przez siebie socjalizacji. I naprawdę trudno uwierzyć, by przypadkiem zarówno system, jak i państwo wzmacniały i rozpowszechniały kulturowe treści, które w jakikolwiek wyraźniejszy sposób mogły im zagrażać. Posługiwanie się orgiastyczną, bezrefleksyjną i niewyszukaną rozrywką jest zresztą jednym z podstawowych narzędzi, którymi w celu umacniania swojej władzy posługuje się kapitał. Jak inaczej przekonać ludzi do bezrefleksyjnej konsumpcji i spalenia planety?

Dlatego też absolutnie niezbędni są "zawodowi rewolucjoniści", przywódcy polityczni, organizatorzy kultury, naukowcy czy rewolucyjni artyści. Szczególnie, że przecież również przynależą też oni do proletariatu. Są pracownikami najemnymi utrzymującymi się ze swej pracy. Także ich sytuacja bytowa - szczególnie np. w Polsce - często jest nawet znacznie gorsza od sytuacji innych pracowników. Twardogłowy kult pracy fizycznej (czy utożsamienie jej z proletariackością) ma się w rzeczywistości nijak do rzeczywistych klasowych pozycji, a tym bardziej do politycznej przynależności klasowej. Proletariackość w rozumieniu przynależności bazowej nie jest też zresztą automatycznie związana z reprezentowaniem interesu globalnego proletariatu, czy przejawianiu emancypacyjnych skłonności. Wiedzą to wszyscy czytelnicy Althussera, Gramsciego, Badiou, czy teoretyków o rodowodzie maoistowskim.

Wyzwaniem dla postępowej lewicy na równi z szukaniem swojego klasowego zaplecza jest stworzenie nowej klasowej narracji i kultury, które byłyby nośnikami dla lewicowych, rewolucyjnych treści. Nie znajdziemy ich z automatu wewnątrz hegemonicznej klasy pracującej; wyhodowanej i wytresowanej do życia w łupieżczym kapitalizmie. Podobnie jest z programem - program miejscowych reform i pudrowania kapitalizmu, który prezentuje nawet większość lewicowych związków zawodowych nie jest tożsamy z programem marksistowskim, programem zmiany systemowej. Walka o wyższą płacę, czy indywidualne korekty ma jednak taką siłę, że znaczna część sił postępowych przeistacza się w siły wyłącznie reformistyczne. Co gorsza - takie doświadczenie jest uniwersalizowane i każde żądanie wyższej płacy, czy walki o większy kawałek tortu ze strony świata pracy uznaje się za wyłącznie dobre, godne pochwały i święte. Cała rzeczywistość zamyka się tu skrótowo w zaklętym świecie, gdzie jedyna walka toczy się o podział kapitalistycznego zysku. 

Poszukiwanie, przekuwanie i zwłaszcza wytwarzanie nowej, postępowej symboliki to prawdopodobnie największe wyzwanie każdej nowoczesności - część lewicy instynktownie pielęgnuje historię, symbole Października, czy inne relikty z przeszłości i obudowuje wokół nich swoją tożsamość. Jest to oczywiście działanie godne uznania, acz zupełnie niezwiązane z wyzwaniami wynikającymi z teraźniejszości i przyszłości. Historyczne archeologie i przywiązanie do ostatnich skutecznych, lecz liczących sobie już przeszło wiek, symboli minionych rewolucji nie jest w stanie popchnąć nas do przodu.

Bazowa przynależność klasowa nie decyduje o emancypacyjnym charakterze danej jednostki. Kultura konsumowana przez ludzi pracy wcale nie musi być ich kulturą, czy nośnikiem jakichś emancypacyjnych, godnych wielkiego szacunku wartości. A krytyka pracowników i ich polityki/ideologii/postaw/kultury jest w pełni uzasadniona jeśli treści te są politycznie wsteczne, prokapitalistyczne i wspierają wyłącznie bezrozumnie zaprogramowaną, globalną katastrofę tegoż systemu.

Tylko tyle i aż tyle.

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia