Jesteś tu: Strona główna Artykuły Nie ma dwóch kultur, ...

Nie ma dwóch kultur, nie ma nawet jednej

Jerzy Kochan 05/11/2013

     Gdy kilka miesięcy temu na międzynarodowe konferencji zorganizowanej przez czasopismo filozoficzne „Nowa Krytyka” pod ogólnym tytułem „Karol Marks i materializm historyczny”  miałem przyjemność prowadzić spotkanie  z Profesorem Janem Kurowickim w związku z ukazaniem się jego najnowszej książki „Figury i maski w praktykach ideologicznych”, to mówiłem w swoim wprowadzeniu do dyskusji miedzy innymi i o tej cesze charakterystycznej twórczości Autora, która wiąże się z jego głębokim osadzeniem w kulturze. Chodzi nie tylko o interdyscyplinarny charakter refleksji, namysłu, niezależnie od podejmowanego problemu - ale o wręcz organiczne podejście kulturowe traktujące każde zagadnienie jako zawęźlenie ogólno historycznych i szczególnych, konkretno-historycznych tendencji społecznych i aktywności żywych, zbudowanych z mięsa, krwi i kości ludzi. Powiedziałem wtedy, że książka Jana Kurowickiego pokazuje, że refleksja uprawiana w duchu materializmu historycznego może być nie tylko spadkobierczynią dorobku klasycznej filozofii niemieckiej i czynić w ten sposób socjalistyczny ruch rewolucyjny klasy robotniczej prawdziwym dziedzicem tej filozofii – jak głosił Fryderyk Engels – ale że pokazuje ona jak w jeszcze szerszym zakresie ten postępowy ruch społeczny staje się spadkobiercą całej kultury ludzkiej, uniwersalną formą kontynuacji i przezwyciężania wszystkiego, co w cywilizacji ludzkiej wspaniałe i wartościowe. Twórczość Jana Kurowickiego ma – jak mi się wydaje – taki właśnie charakter: łapczywego wręcz zawłaszczania kultury i przeżuwania, przetwarzania jej na budulec dla innego świata, który nie tylko jest możliwy, ale wręcz konieczny i …sprawiedliwy.

 

Kultura jako cmentarz i pole bitwy

Panująca kultura, ale przecież także cała nasza tradycja kulturowa, jest klasowo wypracowana. Stanowi konstrukt panowania klasowego, czujności i sprawności aparatów ideologicznych państwa, treściową formę reprodukcji duchowych, idealnych przesłanek reprodukcji konkretnego sposobu produkcji. Lepi się od potu, krwi i łez… Udajemy, jak na cmentarzu, że ten piękny, kolorowy twór, to klomb, a nie pospiesznie zasypany grób naszych bliskich, pośpiesznie zasypany kwiatami grób klęski, udręki, cierpień i śmierci.

To ogólno egzystencjalne uwikłanie nie osłabia klasowego wymiaru panowania, ugruntowanego hegemonią kulturową klasy panującej. Kultura niewolników, ludu, proletariacka jest więc jak gdyby z istoty swej kontrkulturą, antytezą wobec tezy, potencjałem zniesienia / Aufhebung /  tego, co panuje. Funkcjonalistycznemu  wymiarowi kultury, determinującemu podejrzenie o czysto epifenomenalną jej egzystencję, towarzyszy więc także jej zasadnicze rozdarcie i sprzeczność, konstytuującą dynamikę formacyjnego znoszenia kolejnych paradygmatów kulturowych. Pańska kultura to czasem przecież nawet inny język  na  dworze niż wśród gminu, inne stroje , obyczaje, muzyka, taniec… To czasem różnica między analfabetyzmem mas i lekturami w obcym, aktualnie panującym języku europejskim, różnica między lokalnością a multikulturową uniwersalnością, zawłaszczającą wybrane elementy światowego kulturowego uniwersum.

Ale trudno tu chyba mówić o samodzielności kultury podporządkowanej, zlokalizowanej i zarządzanej przez kulturę panującą, którą jest kulturą klasy panującej, starannie różnicującej kulturę na jej warstwy elitarne, integrujące panujących i rozbudowany arsenał narzędzi zniewolenia, uwodzenia i instrumentalizacji w ramach panującego status quo. Trudno mówić o samodzielności także i w tym sensie, że kultura elit jest z perspektywy ludowej stale przedmiotem pożądania. Realizuje się ono czasem w pociesznej formie, czasem w próbach masowej reprodukcji, upowszechnienia, popularyzacji tego, co już przeszłe. Może to być masowa, fabryczna produkcja tortów i szampana, ale także i walka o panowanie chłopskiej kultury jako prawdziwej kultury ludowej, charakterystycznej dla nowego świata. Stare treści w nowych formach.

W tym sensie choć zniesienie kultury starej jest tym radykalniejsze im radykalniejsze jest zerwanie z jej treścią, to jednak uwiązane jest ono na krótkim łańcuchu, utrwalanej przez lata hegemonii kulturowej systemu, wyobraźni.

Jakby automatycznie wykreowała się nam tu w analizie dynamika przekształceń kulturowych, ich napięte sprzeczności, dialektyka okresu przejścia, napięcia i historyczne „pomyłki” związane z etapami procesu dziejowego. Ale dalej pozostajemy w zasadzie w kręgu dziewiętnastowiecznych i dwudziestowiecznych społeczeństw narodowych i perturbacji związanych z próbami  ich rewolucyjnego przekształcenia. Ten czas interferuje jednak z czasem, przemianami, których rytm miał i ma charakter transformacyjny, nieczuły na „zimną wojnę” i podziały międzynarodowe.

Przede wszystkim mamy więc do czynienia z wejściem na arenę kultury masowej, niszczącej podział na kulturę popularną i kulturę wysoką. Okazało się, że masowość kultury nie oznacza po prostu popularyzacji, lecz przede wszystkim zasadniczy przełom w treści i wartościach kulturowych, które goszcząc na demokratycznym rynku formują standardy i swoiste panujące społeczne imaginarium. Społeczeństwo spektaklu, w którym uczestniczą wszyscy i które poprzez nowoczesne media – radio, telewizję, prasę – trafia do domu i w zindywidualizowanej formie upowszechnia to, co wystawiane. Bez wątpliwości mamy tu do czynienia z uzależnieniem od kapitału. Ale jego obecność dotyczy w dużym stopniu destrukcji wywodzącego się z tradycji oświeceniowej modelu racjonalnego podmiotu poznania i , będącego jego przedłużeniem, racjonalnego podmiotu obywatelskiego. W imię pragmatyzacji i funkcjonalności dochodzi do kompletnej deontologizacji i ujednowymiarowienia rzeczywistości. Ontologia życia codziennego i zdrowego rozsądku mają odtąd panować niezachwianie i neutralizować wszelkie możliwe formy rewolucyjnego przekształcenia.

Do rangi narzędzia pacyfikacji sprowadzona zostaje przy tym także wszelka forma transgresji, awangardy, kontestacji. Udomowione i zmeliorowane stają się one po prostu tylko jeszcze jedną formą zindywidualizowanego cieszenia się przypadkiem, z rewolucji i zamieszek emigrują w obszar performansu stając się sztuką lub fantazją, kontestacją i dopuszczalnym w „wolnym świecie” szaleństwem. Skandal, zbrodnia, pornografia… jak wszelka transgresja, obok wielu innych cech, mają walor przekraczania normy i powrotu z tej ekscytującej wycieczki. Są więc raczej formą utrwalania istotnych dla systemu granic, prawa, norm, niż sposobem ich przesuwania czy rewolucjonizowania. Ta otwartość na zindywidualizowaną różnorodność transgresji kończy się bowiem w momencie niebezpieczeństwa ich przejścia w groźne obszary możliwej destabilizacji systemu. Ich zindywidualizowana forma i pasterskie przyzwolenie na nie ze strony państwa i prawa, które stoją na straży ich niezakłóconego funkcjonowania, rozbrajają protest, rozpraszają bunt. Klasycznym przykładem wykreowania całego wręcz segmentu kultury masowej o tego typu charakterze jest kultura sportu czy też konkretniej jeszcze piłki nożnej. Wysublimowane transgresyjne zachowania zlokalizowane architektonicznie i czasowo na nieszkodliwych poligonach masowych zachowań odgrywających konflikt, wojnę, nienawiść, konkurencję…

 

Kultura jako pieniądz i sława

Kultura masowa podlega totalnej komercjalizacji. Prawdziwym medium staje się pieniądz. Skomercjalizowana i wtłoczona w przestrzeń środków masowej komunikacji i rytm weekendowych regularnych pulsacji kultura zapada na chorobę policzalności, która sprowadza jej wartość do tego, co policzalne. Rankingów, nakładów, wystawień, frekwencji, nagród, nakładów, kosztów… a w ostateczności zawsze policzalnego pieniądza. Policzalny, absolutnie porównywalny wymiar wartości uchwytny dla zdrowego rozsądku i naukowej, matematycznej wręcz precyzji topi wszystko, co „nienaukowe” i niepoliczalne.

Podstawowym wyznacznikiem wartości filmów jest wielokrotność przebicia nakładów poniesionych w trakcie produkcji przez dochody uzyskane z dystrybucji. Stacje telewizyjne konstruujące swoje programy pod jak największą dochodowość z emitowanych reklam muszą brać pod uwagę liczby odbiorców, odbiorcę jak najbardziej masowych towarów i ich zindywidualizowane imaginarium, które decydować musi o ich szczególnej podatności na reklamę telewizyjną. Owocującą realnymi zakupami. Zleceniodawcy nie zadawalają się bowiem wyemitowaniem reklam, lecz – zgodnie z regułą policzalności – sprawdzają skuteczność reklamy w danym medium uwidocznioną w konkretnym wzroście zakupów danego towaru. Pozorna wielotematyczność stacji telewizyjnych niczego tu nie zmienia. Szkielet mechanizmu zależności od reklam pozostaje ten sam. Odbiorcy nie reagujący na reklamy są wykluczani poza obszar zainteresowania.

Eksces, drastyczny i prostacki eksces, odwołujący się do seksu, tragedii, okrucieństwa ujęty w formie biblijnej przypowieści króluje. Poszukiwanie najniższego wspólnego  mianownika staje się obowiązującą logiką. Obejmuje ona nie tylko świat towarów, reklam czy rozrywki. Podlega jej także nauka: nie ma już teorii, są tylko wydarzenia. Jeremy Rifkin w przedmowie do swej książki „Europejskie marzenie” wśród licznych podziękowań zamieszcza także i te skierowane do swego agenta zajmującego się promocją jego twórczości w świecie, tak jak agenci aktorów filmowych dbają o angaże, zarobki i popularność w mediach swoich aktorów. Autonomia badań naukowych, tak ze względu na koszty ich finansowania, jak i z uwagi na możliwości promocji osiągniętych wyników, należy już w zasadzie do przeszłości. Skrajna instrumentalizacja wiedzy naukowej, poznania wobec neoliberalnej hydry opanowuje już uniwersytety, programy nauczania i wręcz określa istnienie kierunków studiów i dyscyplin badawczych.

 

Kultura jako konsumpcja

Skomercjalizowanie w jakimś zakresie nie jest niczym nowym. Kapitalizm, redukując klientyzm kultury, jej wiszenie na klamce mecenasa, uzależnienie od gustów dworu, wyzwalając twórcę od upadlających często osobistych zależności, uzależnia go od kapryśnego rynku i egalitarnej opinii publicznej. W świecie masowej konsumpcji, w realiach „społeczeństwa obfitości” logiką społeczeństwa konsumpcyjnego jest kanon racjonalności konsumenckiej a uzależnienie od rynku zamienia się w uzależnienie od korporacji i całej procedury tworzenia przez korporacje produktu. Późny kapitalizm to kapitalizm konsumpcyjny, umocowany w strukturze ekonomicznej z olbrzymią i dynamicznie rozwijająca się sferą usług. Stanowi on pod wieloma względami zaprzeczenie kapitalizmu fabrycznego. Jego podstawą jest rozwinięcie masowej, histerycznej konsumpcji producentów, pracowników najemnych jako warunku powstania chłonnego rynku wewnętrznego i rozwiniętej podaży wewnętrznej, ratującej kapitalizm przed kryzysem realizacji i reprodukcji kapitału. Takie uprzywilejowane umiejscowienie konsumpcji w całości życia społecznego panującego systemu wytwarzania czyni zeń generator standardowych, modelowych wzorców dla innych sfer życia społecznego.

Jako nauczyciel akademicki mogę to obserwować na co dzień w reakcjach studentów na zadaną lekturę. Często spotykam się ze zjawiskiem nie czytania zadanego tekstu z uzasadnieniem, że jest on nudny, niezrozumiały albo „ciężko napisany”. Próby wprowadzania, na szczęście nieudane, ocen wykładowców przez studentów jako podstawowej formy oceny wartości prowadzonych przez nich zajęć też mają zbliżony sens. Na pierwszy rzut oka widać tu podobieństwo do podobania się, wyboru, kaprysu  konsumenta wobec towarów z półek w supermarkecie: wybieram, co mi się podoba. Reakcji: „ O Boże, jaki jestem głupi! Nie rozumiem tekstu napisanego normalnie po polsku. Muszę to trzy razy przeczytać i w końcu zrozumiem !” – prawie się nie spotyka! Cały proces nauczania na uniwersytecie jest ostatnio zamieniany w kontrakt, redukowany do umowy między nabywcą   / studentem / i dostawcą produktu oświatowego / uniwersytetem /. Towarzyszy temu formalizacja i ofensywa policzalności. Owocuje to oczywiście produkcją urzędowej fikcji i przyśpieszonym rozwojem biurokracji oraz drastycznym upadkiem poziomu nauczania i etosu uniwersyteckiego.

Poza procesem pracy, poza reżimem CV, rozmów kwalifikacyjnych, despotii właścicieli i zarządzających, poza nagim lub osłoniętym panowaniem klasowym króluje złudzenie mocy chcę, lubię, wybieram - form akceptacji będących zindywidualizowanym cieszeniem się przypadkiem w ramach umiarkowanego życia w granicach prawa z widokiem na pucybuta stającego się dzięki swym indywidualnym zdolnościom i pracowitości milionerem. Oto Konsument! …bo już nie: Ecce Homo!

Zindywidualizowany konsument dystansuje się od siebie jako producenta /nie należy już do związków zawodowych / i od siebie jako obywatela / unika udziału w partiach, wyborach, walce politycznej /. Najwyżej narzeka, protestuje jako konsument, najchętniej reklamuje i marudzi… Horyzont konsumpcji nie sięga poza stół, poza rozrywkę, poza prestiżową konsumpcję.

Deontologizacja dokonująca się poprzez dominację wartości późnego kapitalistycznego społeczeństwa konsumpcji koncentruje uwagę na najbliższej konsumpcji     / bo już nie najbliższym otoczeniu czy najbliższych ludziach /. Tak jak w religii współczesnej giną wszelkie, niezwykle bogate przecież, wręcz barokowe, charakterystyki świata religii… Nie ma Piekła, nie ma Nieba, nie ma Aniołów i wszystko okazuje się być „metaforą”… wszystko poza instytucją Kościoła i jego korporacyjnymi interesami… Tak i w „życiu świeckim” wszystko, co jest wykroczeniem poza dosłowną doczesność konsumpcji jest utopią i zdyskwalifikowaną nienaukowością, chętnie redukowaną do wiary i religii. Wiedza musi być empirycznie weryfikowalna… czasem wydaje się, że prawdziwe jest tylko to, co da się kupić…

Ujednowymiarowienie przybiera jeszcze okrutniejsze formy niż te opisane przez Herberta Marcuse. Jemu chodziło o ujednowymiarowienie w sensie zablokowania w świadomości społecznej pracowników najemnych kanałów kształtowania potrzeby i wizji innego systemu społecznego, przeciwstawienia kapitalizmowi socjalizmu. Tu i teraz ta deontologizacja nie dotyczy „tylko” przyszłości. Ma ona charakter destrukcyjny dla wieloaspektowości, różnorodności, bogactwa życia codziennego wszystkich. Niszczy autonomie różnych praktyk w ramach struktury historycznej i społecznej praktyki ludzkiej, homogenizuje w neoliberalnym absurdzie za pomocą medium wolnego rynku cywilizację. Eksces, nowość, przebój, dochód przy spłaszczonej do wymiaru finansowego, policzalnego produktu ontologicznej obecności. Już nawet wybitna tenisistka musi robić sobie rozebrane sesje zdjęciowe w poczytnych magazynach, bo poprzez eksces, skandal, którego zbyt słabym kreatorem jest sam sport, zapewnia sobie lepsze gaże w świecie reklamy. Nie rozbiera się Slavoj Žižek… ale wykład z filozofii filmuje między innymi siedząc na muszli klozetowej. Nie wystarcza mu już nawet ilustracja swoich konceptów przez odwołanie do popkulturowych filmów z Hollywood, sięga po skatologię i kanalizację, porusza się z lekkością skoczka szachowego po planszy zmiksowanej kultury współczesnej.

 

Kultura zglobalizowana

Opis utowarowienia i homogenizacji kulturowej, mam nadzieję, że pogłębiony i rozszerzony w porównaniu ze standardowymi interpretacjami tych procesów, nie jest wszystkim, co nas dotyka. W swej drastyczności jest on bowiem jednak jakoś przez nas pacyfikowany, oswajany. A to chyba głównie dlatego, że jego przebieg miał charakter w zasadzie narodowy, państwowy, społeczny w sensie tak czy inaczej rozumianej lokalności. Mówiąc konkretniej, był on  - jak się zdaje –zapośredniczany przez kulturę narodową. Oczywiście „narodową” w sensie republikańskim, państwowym, choć można mówić pewnie też o swoistych „blokach” wielonarodowych jakimi niewątpliwie są takie byty jak Zachód, Europa…

Gwałtowny proces globalizacji i wejście na arenę dziejów Internetu, telewizji satelitarnej, telefonii komórkowej a przede wszystkim kosmopolityczna wędrówka kapitałów i korporacji po całym globie zdemolowały i co dzień demolują możliwość lokalnego oparcia kulturowego. Żyjemy w epoce nie tylko „zbliżających kultury” procesów technologicznych i komunikacyjnych, choć oczywiście ustanowienie globalnej jednoczesności i organicznej historii powszechnej jest tutaj zasadniczym przełomem, ale mamy też do czynienia z -  przemilczanym w dużym stopniu  w swych radykalnych konsekwencjach cywilizacyjnych -  rzeczywistymi przemieszczeniami wielkich mas ludności. „Trzeci świat” przyszedł do metropolii. W rezultacie mamy do czynienia nie tylko z uobecnieniem istnienia innych kultur i cywilizacji w świecie mediów, penetrowaniem ich i sprzedażą jego rezultatów na kapitalistycznym rynku światowym. Wynikiem jest także istnienie, współistnienie autonomicznych czy nawet izolacjonistycznie zorientowanych kultur dawnych peryferii w dawnych metropoliach  kolonialnych, a zwłaszcza ich stolicach.

Wynikiem tej konfrontacji, zderzenia jest roztrzaskanie względnie autonomicznych i względnie harmonijnych kultur, ich przenikanie się, mieszanie, fragmentaryzacja i odcięcie od lokalnej historii. Są one już teraz różnymi kolorowymi paciorkami, różnobarwnymi szkiełkami w tubie dziecinnego kalejdoskopu, kawałkami wielobarwnej materii do tworzenia zindywidualizowanego patchworku. Gdyby pójść śladami Richarda Dawkinsa, można by pewnie powiedzieć o memetyzacji kultury, powstaniu powszechnie dostępnej swoistej puli memowej, grupującej się z różnych przyczyn w lokalne lub globalne, mniej lub bardziej trwałe memotypy i memopleksy

Trudno tu nawet mówić o „płynnej nowoczesności”. Termin ten zbytnio odwołuje się do Heraklita, rzeki i oświeceniowej jednak płynności. Współczesność jest generalnie poststrukturalna,  charakteryzuje się raczej czymś, co można by scharakteryzować lepiej idąc tropem Alvina Tofflera i jego przeciwstawnej Weberowskiej biurokracji idei ad-hoc-kracji / adhokracja (ang. adhocracy).  Toffler, analizując ruchliwość siły roboczej i mobilność kapitału amerykańskiego w latach siedemdziesiątych, twierdził w „Szoku przyszłości”, że przyszłość nie należy już do perfekcjonistycznie doskonalonych struktur takich czy innych systemów biurokracji, lecz do będących ich całkowitym zaprzeczeniem nomadycznych struktur powoływanych i rozwiązywanych w zależności od konkretnych potrzeb gospodarczo-finansowych, zadań badawczych.

W społeczeństwie zmemetyzowanym, że użyjemy tego przed chwila stworzonego terminu, proces historyczny realizuje się poprzez nomadyczno-koczownicze memy kulturowe, ich charakter przypominający raczej logikę roju czy chaosu, niż tylko ewolucjonistycznie płynną rzeczywistość. Jej płynność nie jest najważniejsza… zwłaszcza jeśli rozumiemy ją  w sensie pokrewieństwa zachowania do jakiegoś określonego płynu, na przykład wody. Zmienność jest czymś oczywistym, ale dochodzi do tego co najmniej nieskończona różnorodność i niejednolitość substancji, elementów, ich dynamiczny i również oczywisty kompletny relatywizm, ale też, pomijany często, powszechnie dynamicznie obecny moment strukturyzacji, restrukturyzacji i rozpadu. Jeśli jest to rój, to nie takich samych elementów i nie ograniczony w prostych formach strukturyzacji, to raczej jakaś kipiel.  Być może najtrafniej da się go określić, właśnie przez nawiązanie do Tofflera i jego ad-hoc-kracji,  pojęciem ontologii ad hoc.

Tak dynamiczny i złożony świat to jeszcze nie finał. Jesteśmy świadkami nowej wielkiej wędrówki ludów. Duch dziejów kroczy dalej na Wschód i ukonstytuowanie nowej fazy w jego historii wiązać się będzie z pełnym wchłonięciem Wschodu przez Rynek. Oznaczać to będzie przekroczenie granic narodowych i państwowych, swobodny przepływ nie tylko kapitałów, wartości kulturowych, ale i ludzi… Jak to się ma do roli Europy, Polski w przyszłości, do toczonej w historii wielowymiarowej walki klas. Zwłaszcza gdy weźmiemy pod uwagę dotychczasową / przez ostatnie setki lat / zdecydowaną europocentryczność kultury światowej i jej europeizację. Dziś, w warunkach skoku cywilizacyjnego Chin, innych krajów tradycyjnego Trzeciego Åšwiata, wobec depopulacji krajów europejskich i bomby demograficznej poza nimi, walka o ustalenie tego, co lokalne, peryferyjne, a co uniwersalne, globalne ma i będzie miała szczególna temperaturę. Oby jak najmniej dramatyczną.

 

JA i kultura

Powstaje pytanie czy w opisanych warunkach, z których najważniejsze to chyba degradacja przez kulturę masową, utowarowienie kultury, powstanie Konsumpcji i Konsumenta, a także zglobalizowana katastrofa multikulturalizmu i powstanie ad-hoc-świata z narastającą falą pytań o to, co ważne, a co lokalne i co warte tylko zapomnienia i to jak najszybszego – czy w tych warunkach można jeszcze mówić o kulturze, a nawet dwóch kulturach: tej istniejącej i tej nowej nadchodzącej? Czy ten świat w rozkroku, w marszu można tak bezkarnie dla rezultatów poznawczych ustateczniać, zamrażać?

Pojawia się też pytanie o sens intelektualnej interwencji w społeczną praktykę w tak daleko idących warunkach niepewności. Już Immanuel Kant uważał, że moralnej ocenie można poddać tylko intencje działającego i jego stosunek do wypełniania nałożonego nań obowiązku, bowiem w wielkim skomplikowaniu świata i ludzkich działań niemożliwe jest dokładne przewidzenie konsekwencji własnych czynów, choćby tych podjętych z wydawać by się mogło najbardziej oczywistych i dobrych intencji. Niesprawiedliwe byłoby więc ocenianie czynów z uwagi na ich konsekwencje w izolacji od intencji i obowiązku.

Trudno także i dziś przy takim stanowisku nie pozostawać. Filozoficzna interwencja we współczesną kipiel kulturową wydaje się dzisiaj jeszcze bardziej ryzykowna. Jest jednak jedyną formą ucieczki przed pełnym rezygnacji milczeniem. Czyni to filozofię praktyką teoretyczną podszytą szalbierstwem i zbliżoną emocjonalnie do zabawy, choć czasem niebezpieczną i bliską ryzykowania własnym życiem. Nie ma pewności czy nie pojawi się znów jakiś żołdak i jednym ruchem nie zniszczy naszych rysunków na piasku a nas samych nie przebije mieczem.

 

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia