Jesteś tu: Strona główna Artykuły Po jedenastym. Przed p...

Po jedenastym. Przed pierwszym.

Maciej Sikora 21/11/2013

Przyznam się, że trochę zazdroszczę narodowcom. A to dlatego, że potrafili zjednoczyć się, zewrzeć szeregi i w tak licznej grupie wyjść na ulicę i dać upust swojej złości. Żeby była jasność – w żadnym aspekcie nie zgadzam się z nimi, nie popieram i uważam, że to co robią jest szkodliwe. Lecz zazdroszczę im skuteczności. Bo zobaczmy: organizują od niedawna marsze, które gromadzą dziesiątki tysięcy różnych osób, wszczynają burdy a frekwencja im rośnie, i to wszystko przy olbrzymiej nagonce opinii publicznej... (właściwie ta nagonka nie jest tak oczywista ale o tym potem).

To powinna być dla lewicy nauka – tego rodzaju narastające, radykalne działania nie odrzucają mas od tej ideologii. Czemu więc wielu lewicowców, w zasadzie hipsterlewicowców, skupia się na tym aby czasem nie urazić salonu, a nie by trafić do mas?

Bo inaczej nie będzie grantów od fundatorów i kolejne sympozjum o tożsamości płciowej czy wegetarianizmie nie odbędzie się? Nie żebym miał coś przeciwko niejedzeniu mięsa ale trzeba mieć priorytety i jasno wskazać gdzie leży problem. Bezrobotny, wyzyskiwany ma gdzieś wegetarianizm. Kawiarnianie dyskusje o egzystencjalizmie systemu nie zmienią.

Jako jedną z naszych cech narodowych wskazuje się kultywowanie bohaterów, którzy zginęli w boju za ojczyznę czy podczas nieudanych powstań, jest to więc kult śmierci i porażki. Często zarzut taki wychodzi ze środowisk okołolewicowych. Ale czy sama lewica nie jest przesiąknięta tym kultem porażek? Łatwiej jest więc odwoływać się do Róży Luksemburg, która swą działalność przypłaciła śmiercią, a nie do Włodzimierza Lenina, który doprowadził do obalenia panującego systemu (oczywiście nie sam). Łatwiej odczuwać sympatię do Komuny Paryskiej i wymordowanych po paru tygodniach komunardów, niż do rewolucji kubańskiej, która wyrwała tę małą karaibską wysepkę spod jankeskiego imperializmu.

Luksemburg i Komuna Paryska (niczego jednocześnie im nie ujmując, bo to zarówno wielka postać, jak i wielkie wydarzenie w historii ruchu robotniczego) pozwalają na trwanie w romantycznym idealizmie, w wyobrażeniach z cyklu „co by było gdyby?”. Natomiast kubańska i bolszewicka rewolucja pokazują co wydarzyło się po „gdyby”, dzięki czemu można wyciągnąć wnioski: jak działać, a co najważniejsze - przed czym się ustrzegać. Te wydarzenia pokazują jak wyglądała faktyczna próba budowy socjalizmu wobec kapitalistycznego świata, kierującego niesłychaną agresję ekonomiczną, oraz nierzadko militarną, w stronę rewolucji. Nie dlatego aby ustrzec przed rewolucją biedny lud, lecz aby chronić własne interesy. Z całego tego obrazu tego wyłania się wielki trud z jakim spotkali się budowniczy nowego świata. Trud ten odrzuca. Zniechęca. Dyskusje w wąskim gronie są łatwiejsze, przyjemniejsze i pozwalają tkwić w utopii. Tak jak religia, która przedstawia mętną wizję przyszłego raju, którym zostaniemy nagrodzeni za nasze cierpienia na ziemi wobec, których... pozostajemy bierni.

Nie, czas powiedzieć dość cierpieniom.

Narodowcy wyszli poza dyskusje, wychodząc na ulice i racami rzucając we wroga. W ich wroga, który nie ma nic wspólnego z problemami społecznymi i z ekonomią wyzysku. Czasem coś im w tych ogolonych łbach zaświta i skrytykują zachodni kapitał czy media na usługach kapitału. Ale tylko z tego powodu, że kapitał jest zachodni a nie polski, a media, w ich mniemaniu, żydowskie a nie katolickie. A mi, zwykłemu zjadaczowi chleba, co za różnica czy wyzyskiwać będzie mnie Niemiec, Szwed czy Polak? Przyznam się, że osobiście wolałbym aby wyzyskiwała mnie ta pierwsza dwójka bo stosunki pracy w krajach zachodnich, poprzez tradycję państwa opiekuńczego i silnych związków zawodowych, stoją na trochę wyższym poziomie niż u nas. Chociaż i to jest niepewne i obecnie ulega pogorszeniu a Polska kolonizowana jest jako kraj z tanią siłą roboczą. W końcu welfare state  mogło funkcjonować ponieważ zaraz za ścianą był Związek Radziecki jako realna wizja rewolucji. A dzisiaj już nie trzeba iść na ustępstwa wobec pracowników... bo co się może stać? Ponoć nastąpił koniec historii. Naszymi działaniami powinniśmy zadać kłam temu stwierdzeniu.

Wracając do skrajnej prawicy. Oni i tak wolą zaatakować squatersów niż zniszczyć witrynę zachodniego hipermarketu, czy banku - czyli emanacji prywatnego kapitału, żarłocznego i roszczeniowego, któremu ciągle mało – głównych sprawców, nawet nie kryzysu jako stanu, który minie, tylko kryzysowej gospodarki opartej na wyzysku, tworzącej wyspy bogactwa i oceany biedy.

W tym jest rola lewicy aby wskazać właśnie kapitalistów jako głównych winowajców tego stanu rzeczy. Politycy? Polityk jest tylko psem na smyczy i jak pies słucha swego pana. Możemy ich zmienić w wyborach, lecz jeśli nie zmienimy systemu na niewiele się to zda bo przyjdą następni i będą postępować tak samo. Walka parlamentarna jest oczywiście ważna, jednakże najpierw trzeba się do parlamentu dostać. Jak widać granty są za małe aby rozkręcić wielką kampanię wyborczą. Zresztą chyba nikt nie myśli, że jakikolwiek ośrodek ideologiczny państwa kapitalistycznego będzie finansował coś co temu państwu może zagrozić? Umizgi do mediów nie mają sensu bo dziennikarze mają już małpy do pokazywania w swoim cyrku i są przy nich ustawieni.

Trudno mówić o demokracji, która stała się wyświechtanym i abstrakcyjnym symbolem tak jak „amerykański sen”, kiedy mamy do czynienia z sytuacją, w której głosować można tylko na ludzi „wkupionych” na listy wyborcze i wylansowanych. Dużo większy wybór daje nam możliwość ODWOŁANIA kogoś ze stanowiska, bo mamy dwie realne drogi podjęcia decyzji, w stu procentach możemy wyrazić swoje zdanie: TAK lub NIE! I jak pokazuje nasza polityczna rzeczywistość możliwość ta jest zwalczana i skutecznie przez władzę zohydzana. Jednomandatowe okręgi wyborcze tylko pogorszyłby sytuację ponieważ doprowadziłby do istnienia tylko dwóch sił w Sejmie (tak jak obecnie w Senacie). Może zamiast JOW powinniśmy się więc zastanowić nad umieszczeniem przy nazwisku każdego kandydata z listy wyborczej, opcji „tak” lub „nie”? Właściwie to należy w ogóle przestać się łudzić, że to partia zdobywająca najwięcej głosów w plebiscycie sprawuje realną władzę. Władzę sprawują wszyscy ludzie zasiadający w parlamencie bo każdy swym głosem „za” lub „przeciw” ma wpływ na losy kraju.

Lewica musi zgromadzić gniew społeczny mas pracujących, jako tych które są podmiotem wszelkich naszych działań. Wszyscy bierzemy udział w grze na osi pracodawca (pracozabiorca) – pracownik. Wszyscy chcemy mieszkać, uczyć się i leczyć. Natomiast nie wszyscy jesteśmy homoseksualistą czy Żydem. Mniejszość seksualna czy etniczna to, jak sama nazwa wskazuje, mniejszość... jak więc może mieć realny wpływ na stosunki ekonomiczne powodujące, że w kraju źle się dzieje? Poza tym kiedy to czyjeś uczucia stały się jednym z czynników ekonomicznych?

Jedyną mniejszością, która nie tylko ma wpływ ale po prostu rządzi, są właśnie kapitaliści. Stanowią mały procent społeczeństwa ale są wielcy i silni, wielkością i siłą swego kapitału, który pozwala trzymać w garści całą gospodarkę i polityków. Skrajna prawica spod znaku Janusza Korwina – Mikke, opowiadająca się za nadrzędnością, można by rzec świętością, prywatnych środków produkcji, prywatnej własności, także bierze udział w Marszu Niepodległości. Ale czy widzimy na marszu jakichkolwiek biznesmenów, bankierów, członków rad nadzorczych, prezesów korporacji, Solorzów i Kulczyków? Nie, bo im żyje się dobrze i nie chcą niczego zmieniać. Pewnie są wśród narodowców i korwinistów właściciele straganów na bazarze, sklepików osiedlowych czy jednoosobowych firm budowlanych. Ale to nie są kapitaliści tylko ludzie, którzy realnie wciąż są pracownikami... mającymi na głowie dodatkowo rynkową konkurencję, której nie są w stanie podołać. Nawet jeśli zlikwidować wszelkie świadczenia społeczne to i tak w procesie walki rynkowej byliby oni na straconej pozycji... bo wielki kapitał zawsze zmiecie ten mały i zawsze zmonopolizuje rynek.  

Wracając do kwestii gniewu. Narodowcy stosują przemoc. Organizatorzy marszu głupio się tłumaczą, że nie mają wpływu na to co się dzieje poza jego trasą. Żałosne są wymówki oraz kłamstwa organizatorów marszu, w tych kłamstwach squatersi biją wszelkie rekordy olimpijskie w rzutach. Organizatorzy robią idiotów z obserwatorów tych wydarzeń.

Co na to lewica? Na początku napisałem, że trochę zazdroszczę narodowcom. Tak. Czasami chciałbym (ostatnio coraz częściej) aby podobny obrót wydarzeń przybrały pochody pierwszomajowe. Oczywiście nie dosłownie. Bez fizycznego atakowania kogokolwiek i bez niszczenia publicznej infrastruktury. Ale…

A gdyby tak cisnąć kamieniem w witrynę galerii handlowej, banku, w szybę siedziby Buisness Centre Club czy Lewiatana, agencję pracy tymczasowej, wymazać farbą pieczołowicie przygotowywaną w agencjach PR kampanię reklamową produktu uzyskanego dzięki wyzyskowi pracownika? Ewentualni organizatorzy pochodu nie powinni się wykręcać tylko podpisać pod tymi działaniami... bo to realny obraz frustracji społecznej, społeczeństwa, które wie przez kogo cierpi. Powinni swoją zgodą zalegitymizować takie działania w jego oczach. Co z tego, że w mediach zostaniemy zmieszani z błotem. Narodowcy też są, a jednak, jak mogliśmy zobaczyć, potrafili zebrać ogromne tłumy ludzi.

W zasadzie ta niechęć mediów jest tylko pozorna. Skrajna prawica lubi mówić o dławieniu wolności słowa, niedopuszczaniu do głosu, jednak zauważmy, że mówią o tym często w ogólnopolskich mediach, w których ludzie skrajnej prawicy brylują, zapraszani są jako strona w debacie do różnych programów... czego nie można powiedzieć o przedstawicielach lewicy marksistowskiej. Cały czas powstają natomiast radykalnie prawicowe pisma, w owych mediach reklamowane i cytowane w przeglądach prasy. Poseł jednej kadencji, Janusz Korwin – Mikke, jest jednym z najbardziej znanych w kraju polityków.

Bo tak naprawdę to oni są emanacją całej ipeenowskiej, antykomunistycznej, antylewicowej wizji świata dominującej w naszej przestrzeni publicznej od dwudziestu lat oraz tego w co wierzą i jak myślą politycy będący przy władzy. Tylko nie powiedzą tego otwarcie. Trochę nie wypada.

Co z tego, że władza zacznie pracować nad ograniczeniem prawa do manifestacji?

1 Maja, Święto Pracy, powinno być takim początkiem całej serii demonstracji niezadowolenia aż do zwieńczenia ich strajkiem generalnym. Legalnie czy nie – bez różnicy. Prawo własności dużo bardziej ogranicza naszą wolność.

Jakie moralne prawo do wskazywania tego co dobre a co złe ma system, w którym przestępcą jest biedak kradnący parę butów, spodni, kurtkę aby nie zmarznąć w zimie, a nie człowiek, który płaci dzieciom dolara miesięcznie za wykonanie wyżej wymienionej odzieży i sam zgarnia z tego miliony? Przestępcą nie jest nazywany człowiek zatruwający wodę pitną po to aby zmusić okoliczną ludność do kupowania jego wody butelkowanej?

Jakie moralne prawo do wskazywania tego co dobre a co złe ma system, w którym wykorzystuje się chore czy głodujące dzieci jako reklamę dla biznesmenów i gwiazdeczek (tzw. działalność charytatywna), którzy rzucają im jakiś ochłap ze swego bogactwa ale nigdy nie zgodzą się na całościowe, systemowe rozwiązanie ich problemów?

Jakie moralne prawo do wskazywania tego co dobre a co złe ma system, który, pod pozorem górnolotnych haseł, musi się rozprzestrzeniać... przy okazji mordując tych, którzy tego systemu nie chcą. A Polska częścią takiego systemu, który należy zniszczyć, jest.

I to zniszczenie nie jest przemocą. To obrona przed przemocą.

I to my, wyzyskiwani i poniżani, mamy moralne prawo wskazać winnych i jako pierwsi rzucić kamieniem.

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia