Jesteś tu: Strona główna Artykuły Kalkulator Miłosierdzia

Kalkulator Miłosierdzia

Mirosław Karwat 23/11/2013

Konopnicka jako... socjolog moralności

1. Wstęp

 

W kapitalnym, błyskotliwym eseju Współczesna Medea, czyli etyka i polityka w zaczarowaniu[1] mój przyjaciel i nauczyciel Jan Kurowicki przenikliwie obnażył – interpretując mechanizmu dość perwersyjnej zemsty w dramacie Dürenmatta Wizyta starszej pani – zakres możliwej demoralizacji, wręcz zbiorowej moralnej korupcji całej wspólnoty, uwznioślonej jednak – jakżeby inaczej – prestidigitatorskimi popisami hipokryzji. W innym eseju z tego samego tomu (Elektroniczny Bóg Mediów, czyli religia i polityka w fabrykach atrakcji) sięgnął do tego samego wątku: merkantylnej mentalności – w rozumieniu jak u Fromma[2], postępującej komercjalizacji wszystkiego, włącznie z imponderabiliami, w równie zaślinionej   otoczce obłudy. Ale naświetlił to z nieco innej strony, niejako przez pryzmat relacji popyt-podaż oraz towar-opakowanie. Dorzucę i ja swoje trzy grosze, powracając do problemu zbiorowej demoralizacji, ale dla odmiany na przykładzie starszego pana, którego nie stać na to, by całą wspólnotę kupić, za to sam ma problem, czy ktoś jeszcze zechce jego kupić.

Mocnej inspiracji – poza wywodami Kurowickiego, które mnie sprowokowały - dostarczyła mi po latach powtórna lektura zupełnie chyba dziś zapomnianej noweli Marii Konopnickiej Miłosierdzie gminy[3]. Na marginesie zauważę, że lektura tego drapieżnego tekstu, swoistego trillera z pogranicza ekonomii i moralności, mocno rewiduje utrwalony nieszczęsnym schematyzmem edukacji szkolnej stereotyp tej autorki jako twórczyni zabytków literackich przeznaczonych do „piłowania” w szkole oraz Roty. Odsłania się przed nami wizerunek pisarki nowoczesnej i nonkonformistycznej nie tylko w życiu osobistym, ale i w refleksji społecznej. Wyciągnięta z lamusa miniatura Miłosierdzie gminy okazuje się zaskakująco aktualna.

Przy tej okazji potwierdza się spostrzeżenie – jakie wielokrotnie zawdzięczałem Kurowickiemu, iż dobra literatura niejednokrotnie jest znacznie bardziej dociekliwa, precyzyjna i płodna poznawczo niż niejeden traktat czy monografia. Otóż w tym mini-dziełku Konopnicka występuje w roli socjologa moralności, przedstawiając w fabularnej formie zwarty model wewnętrznej logiki merkantylnego, kramarskiego tudzież eksploatatorskiego typu moralności wraz z analizą jego socjoekonomicznych uwarunkowań. Badacze, którzy dziś starają się wyjaśnić związek między interesami ludzi a ich poglądami i zachowaniami, a sięgają przy tym bądź do spuścizny marksistowskiej, bądź do schematów socjologicznych teorii wymiany, niejedno mogą się nauczyć z tej historii pewnego dziwnego przetargu. 

Tym, co sprawia, że omawiana nowelka jest czymś więcej niż emocjonalnym odruchem zniesmaczenia i oburzenia skrajnie merkantylną dehumanizacją więzi międzyludzkich, jest obrazowe ukazanie dwoistości, pokrętności i przewrotności najwznioślejszych pojęć, skrajnie utylitarnego z nich użytku idącego w parze z trywializacją i karykaturalną deformacją. Bohaterowie tej nowelki operują dwójmową i tkwią w okowach dwój myślenia. Wszyscy oni (włącznie z obiektem, czyli ofiarą tytułowego „miłosierdzia”) dobrze wiedzą, o co naprawdę chodzi, i pomiędzy frazesami używają określeń bardzo rzeczowych, adekwatnych do istoty rzeczy. Ale frazes osłonowy jest niezbędny, skoro nazywać rzeczy po imieniu po prostu nie wypada, a poza tym to przekreśliłoby pretekst i tym samym możliwość ubicia interesu. Miłosierdziem nazywany jest więc interes; opieką i pomocą – wyzysk; dotacja jest nie tyle wspomożeniem potrzebującego, ile niewygórowaną ceną za pozbycie się kłopotu. Przepełniona opiekuńczymi uczuciami gmina okazuje się nie tylko gospodarna (w gospodarowaniu ludzkimi odpadami); występuje ona w roli jako żywo przypominającej... stręczyciela, z tą różnicą jedynie, że stręczy nie usługi seksualne, ale produkcyjne. „Opiekun” występuje w roli nabywcy, a w rezultacie jeśli nie właściciela, to w każdym razie dzierżawcy żywego towaru – siły roboczej, której w dodatku nie musi opłacać. Podopieczny w roli przecenianego towaru, zbywanego nie tylko po okazyjnej cenie, ale za dopłatą (nieodparcie nasuwa się skojarzenie ze skupem i recyclingiem odpadków).

Przypomnijmy najpierw przebieg wydarzeń i tok myślenia bohaterów tej groteski - makabreski zarazem.

 

2. Pikantna licytacja

 

W pewnej szwajcarskiej gminie w budynku urzędowym gromadzą się jej mieszkańcy – w   związku z kolejnym osobliwym przetargiem, którego przedmiotem jest dopłata gminy dla tych, którzy przygarną ludzi starszych pozbawionych normalnej sprawności, własnych oszczędności na starość i jakiegokolwiek dachu nad głową. Przekrój społeczny zainteresowanych ofertą gminy jest bardzo budujący: sami poważni ludzie i obywatele służący za wzór swoją zapobiegliwością: właściciel warsztatu, właściciel piwiarni, piekarz, oberżysta, wytwórca win, producent słodu, ślusarz, kotlarz, ogrodnik, stolarz. Ludzie – jak widać po ich statusie – godni uznania i zaufania, bo odpowiedzialni, pracowici i pożyteczni. Pracowitość i społeczna użyteczność każdego z nich potwierdzona jest oczywiście przez ich stan posiadania (bo dorabia się ten, kto uczciwie i ciężko pracuje) oraz przez to, co można u nich kupić. Pracują ciężko i solidnie, ale też racjonalnie, zgodnie z zasadą, którą dziś lapidarnie wyraża żartobliwa formuła „Ja mogę pracować nawet w kamieniołomach, tylko mi ludzi dajcie!”. Słowem, to zarazem i ludzie pracy, i właściciele, przedsiębiorcy, pracodawcy. Wspólny jest dla nich klasyczny status społeczny drobnomieszczanina, który nawet w stosunkach rodzinnych pozostaje pracodawcą i właścicielem wszystkiego, co się rusza w jego obejściu.

„Każdy z nich potrzebuje posługi to  warsztacie, to w domu, to w roli. Każdy też woli, że mu to taniej przyjdzie, niż gdyby parobka zgodził. Porozpierali się u balasków i gwarzą z cicha. Wdowa Knaus także się między nimi rozparła. Od czasu, jak się syn ożenił, na imię Boskie nie ma się kim w domu pchnąć. Jest przy tym miłosiernego serca i chętnie by biedotę wzięła, żeby tylko posługę z tego niezgorszą mieć można. No i żeby dopłata nie bardzo marną była. Nie może przecież niedołęgi darmo do domu brać. Gmina zresztą ma fundusze na to, żeby za biedaków, co już robić nie mogą, płaciła.”[4] 

W tej gminie bowiem wypracowano nader oryginalne rozwiązanie kilku istotnych problemu. Z jednej strony, kłopotu związanego ze zniedołężnieniem i nędzą zarazem ludzi starszych, którzy nie zgromadzili kapitału na starość, a nie mogą też liczyć na bezinteresowną opiekę bliskich lub znajomych (bo przecież wszystko kosztuje, a człowiek normalny i odpowiedzialny robi tylko to, na co go stać). Z drugiej strony, trudności gospodarczych związanych z brakiem rąk do pracy (także w gospodarstwach domowych) lub ze zbyt wysoka ceną świadczenia pracy przez ludzi niezależnych, przez suwerennych sprzedawców własnej najemnej siły roboczej.  Interes społeczny (jako pochodna sumy interesów poważnych obywateli, którzy coś posiadają i mają coś do stracenia) wymaga gospodarki intensywnej, a nie ekstensywnej. Wymaga, aby szukać rezerw we własnych zasobach ludzkich, wymaga utylizacji i recyklingu tych zasobów, a nie nonszalanckiego zwiększania wydatków.  

Twórczą syntezę praktyczności i moralnego patosu wyraża rytualne przemówienie powitalne pana radcy prowadzącego przetarg na dopłatę dla opiekunów. Rozpoczyna się, a jakże, od wzruszającego ornamentu:

„- Wiadomo panom, jak opiekuńcze są ustawy gminy. Wiadomo panom, że gmina nie dozwala cierpieć nędzy żadnemu z członków swoich. Ociera łzy, odziewa nagich, karmi głodnych, bezdomnym daje dach nad głową, słabych wspiera.

Tu czując, że mu się frazes udał, robi krótką, lecz znaczącą pauzę. Obejmuje potem oczyma obecnych i tak mówi dalej:

- Ustawy gminy są ustawami chrześcijańskiego miłosierdzia, są one nie tylko naszą zdobyczą cywilizacyjną, ale i naszą chlubą. Tak jest, panowie, one są naszą chlubą! Wiadomo panom, że młodość nie trwa, siły opuszczają, choroba i bieda łamie. Jest to powszechne prawo, któremu ulega świat cały. Ale nasza gmina podejmuje walkę z tym prawem. W jaki sposób? W bardzo prosty: przygarnia tych, których skrzywdziło życie, przygarnia nędzarzy i wydziedziczonych, przygarnia kaleki i niemocne starce!”[5] 

Przygarnia – może w domach opieki z komfortową obsługą medyczną i kulinarną? Niezupełnie, na takie zbytki gminy nie stać. Ale zadbała o to, aby każdy z obywateli – równie silnie poruszonych troską o nieszczęśników w potrzebie jak troską o własny interes – mógł przygarnąć tych najsłabszych, otoczyć ich swoją opieką i w tym zbożnym geście liczyć na wsparcie z budżetu gminy.

„Tu pan radca dziwi się, że mu tak dobrze idzie, i znów robi pauzę. Żal mu po prostu, że słucha go tak mała garstka ludzi. Taka mowa, wypowiedziana na jakimkolwiek dużym zebraniu, zrobiłaby mu imię. Za czym z wysoka rzuca okiem na salę i tak kończy:

- Tak jest, moi panowie! Gmina przygarnia ich i godząc rozumną rachubę z porywami serca, mówi: starzec ten, nędzarz ten, ten kaleka nie może już wyżyć ze swojej pracy. Owszem, nie może już pracować. Nie ma on rodziny, która by go żywić mogła, lub też ma rodzinę biedną, której praca ledwo starczy, by głodu nie zaznać. Mamże go puścić, by się włóczył po drogach jako wstrętny żebrak? Nigdy!”[6] 

W przekładzie z patosu na język gospodarczy: pozostawiony samemu sobie zbyt dużo by kosztował, a gdyby próbował się ratować żebraniną, to nie tylko zakłócałby porządek i psuł estetykę środowiska, ale ponadto – co niedopuszczalne – byłby pasożytem. A w zdrowym społeczeństwie jest miejsce jedynie dla ludzi produktywnych i użytecznych, nie dla darmozjadów i naciągaczy.

„ – Tak jest, moi panowie! Piękne nasze ustawy wygnały z ziemi naszej żebraninę, a wprowadziły do niej miłosierdzie. Nie ma już opuszczonych! Nie ma już nędzarzy! Gmina jest ich matką, gmina jest ich żywicielką. Oto jest starzec niezdolny do pracy. Kto z panów chce go wziąć do siebie? Niejedną posługę mieć można jeszcze z niego. Gmina nie wymaga, by jej członkowie czynili to darmo. Gmina gotowa jest, podług ustaw swoich, przyczynić się do utrzymania tego starca. Kandydacie, przybliż się. Panowie, przypatrzcie się kandydatowi!”[7] 

Wzorcowy przykład „propagandy sukcesu”. Nędza i sieroctwo społeczne zniknęły  chwilą, gdy zamieciono je z ulicy do prywatnych domów. Szczególnie pikantny jest jednak inny wątek w tym krasomówstwie: niezdolny do pracy (na rynku pracy) jest całkiem przydatny do pracy w gospodarstwie domowym, która podlega zupełnie innym regułom i której efekty oraz koszty nie podlegają równie jawnym obliczeniom. O takim niuansie mówią dziś feministki, gdy analizują pracę domową kobiet, zwłaszcza tych nigdzie nie zatrudnionych.

„Kuntz Wunderli nie wie, kto będzie panem jego. Uśmiecha się tedy do wszystkich i raźno mruga oczyma. Oczy te są zimne, osłupiałe i stroskane. Stary Kuntz usiłuje im wszakże nadać filuterny, niemal lekkomyślny wyraz. Gdy mu się jedno zmęczy i staje w ciemnym swoim dole nieruchome, martwe, mruga drugim, jak gdyby chciał mówić: »Jeszczem ja mocny! O, i jaki mocny! Chleba darmo nie zjem, pracować będę, każdej robocie poradzę. I wody przyniosę, i drew ułupię, i kartofli naskrobię, i izbę zamiotę... Dużą siłę mam jeszcze... dużą siłę...«”[8] 

Stary Kuntz uczestniczy więc – choć pewnie ma pełnię praw konstytucyjnych i formalny status wolnego obywatela, jak wszyscy – w poczwórnie osobliwym przetargu, w  nader specyficznej licytacji.

Po pierwsze, nie licytuje sam – jak kandydaci do pracy na rynku pracy – swojej wartości, lecz jest licytowany. W jego przypadku klasyczne urzeczowienie, utowarowienie zyskuje charakter jeszcze bardziej dosłowny niż w przypadku ludzi, którzy sami mogą targować się o warunki swej pracy w ramach zatrudnienia czy umowy zakupu-sprzedaży albo umowy o świadczeniu usług.

Po drugie, jego status w tym przetargu niewiele różni się   od sytuacji historycznie i formalnie odmiennej – od targu niewolników. I dobrze to rozumie: zwycięzca tego przetargu będzie jego panem, właścicielem. Zinternalizował reguły, które upodabniają go do psa domowego, traktowanego lepiej lub gorzej, ale przez kogoś, kto jest jego panem, właścicielem. Uznał je za naturalne.

Po trzecie, w związku z tym własną gorliwością usiłuje podołać regułom, których sens sprowadza się do schematu „staraj się dobrze sprzedać”. Merkantylną mentalność, zgodnie z którą człowiek jest wart tylko tyle i dokładnie tyle, ile inni są gotowi za niego dać, zapłacić, a wartość ta trwa jedynie do czasu, dopóki są jeszcze nabywcy, mają więc nie tylko jego współobywatele handlujący nim jak starą kobyłą czy workiem owsa na targu, ale i on sam. Chyba nawet nie czuje się upokorzony (godność ludzka i osobista nie należy do katalogu wartości wymiernych i przeliczalnych obecnych w kramarskim sposobie myślenia), lecz jedynie przestraszony, że wycenią go zbyt nisko i że może trafić w łapy prawdziwego krwiopijcy.

Po czwarte wreszcie, licytacja dotycząca jego wyceny oparta jest nie na zasadzie in plus (Kto da więcej?), jak w przypadku modelek, piłkarzy czy wziętych menadżerów, a tym bardziej dzieł sztuki na aukcji, lecz na zasadzie in minus (Kto zażąda najmniej?). W ten sposób obiekt licytacji dowiaduje się naocznie, jak bardzo i jak szybko traci wartość (użytkową i handlową). A najbardziej godny podziwu – jako zwycięzca przetargu – jest ten, kto najbardziej go poniży. 

Stosownie do tych reguł staruszek jest oglądany i obśmiewany (niebezinteresownie, gdyż nie chodzi o samo w sobie poczucie humoru czy taktu, lecz o „ścinanie ceny”) w zupełnie podobnej atmosferze jak koń, któremu zagląda się w zęby i pod ogon czy samochód na giełdzie samochodowej, który sprzedający tak „odpicował”, aby zdawał się limuzyną, zaś ewentualny nabywca chce przedstawić go jako szmelc, wrak; każdy z myślą o cenie jak najbardziej dla siebie korzystnej.

„Ten, to ów zaczyna mu się przyglądać. Istotnie, stary wygląda wcale jeszcze dobrze. Dziś rano ogolił się właśnie; woźny pożyczył mu brzytwy. Leży to w interesie gminy, żeby taki kandydat jak najlepiej i jak najraźniej się przedstawiał. Inaczej mógłby nie znaleźć wcale amatora.”[9] 

To również jeden z fundamentów nie tylko aktów wymiany, np. sprzedaży-kupna czy kredytu, ale w ogóle transakcyjnego modelu stosunków społecznych. Do osiągnięcia korzystnego wyniku w transakcji wystarczy nie tyle sama w sobie wartość towaru (użytkowa czy estetyczna albo poznawcza – jak w przypadku publikacji naukowych), ile ich „wizerunek”, korzystne wrażenie, przypisywana im, wmówiona lub upozorowana atrakcyjność. Czasem to jest skumulowana i do pewnego stopnia zasłużona renoma, „marka”, a czasem najpospolitsza reklamowo-marketingowa mistyfikacja.

„Trzeba tu i litość wzbudzić, i nie okazać się zbyt niedołężnym. Wie on, że stoi tu w charakterze starca, nie mogącego pracować, ale wie także, iż każdy z tych, co tu przyszedł, na ręce jego patrzy, czy się roboty chwycą. Gmina ma nad nim miłosierdzie, prawda, ale zbyt wiele dopłacać za niego nie chce. On to wie, wie dobrze; zbyt wiele wymagać nie może... Zmieszany, wzruszony patrzy ludziom po oczach, miarkując, co który myśli; na woźnego też rzuca w bok krótkie spojrzenia, jakby dla upewnienia go,  że ani brzytwa, ani kubrak, ani chustka nie pójdą na marne.”[10]  

Ale gdzie się podziała rodzina? Bo przecież stary Kuntz ma syna i wnuka. Otóż syn mężnie, a przezornie staje do licytacji. Nie zatrzymał ojca w domu, lecz wystawił na przetarg, aby koszty opieki się zwróciły. To najdosadniejsze unieważnienie i odwrócenie tradycyjnych, humanitarnych wzorców moralnych: własny ojciec nie jest już kimś, komu należy się opieka „jak psu kość” z racji długu wdzięczności i zwyczajnego synowskiego szacunku, lecz już tylko balastem; a stopień więzi z nim jest proporcjonalny do jego przetargowej wartości.

„Syn przeciska się do balasków, wyjmuje fajkę i w pierwszym rzędzie staje z podniesioną głową. Nikt mu tego za złe nie bierze.

Dzieciaków gromadę ma, sam ciężko pracować musi. Jedna gęba więcej u miski to duża rzecz tam, gdzie i ci, co do niej siedli, Ne zawsze się najedzą. Trzymać ojca darmo nie może.

Bóg widzi, jako nie może! Ale z tym, co gmina doda, spróbuje. Nie wymaga wiele. Od razu trzy razy tyle opuszcza, co ktokolwiek z obcych. Zarabiać na gminie i na starym nie chce. Niech tylko mu się własny grosz, choćby i niecały, powróci.

Wszyscy to rozumieją doskonale: każdy by z nich zrobił to samo. Człowiek się tak jak każda rzecz zużywa, a zużyty cięży. Kto na to ma, może i dziada żywić, a nie dopiero ojca, ale kto nie ma na to, jużci, kraść nie pójdzie. Jest to rzecz jasna jak słońce.”[11]

Ku rozpaczy starca licytację wygrywa nie jego „kochający, lecz do granic zasobności (i opłacalności)” syn, lecz obcy, który go przelicytował jeszcze niższą stawką gminnej dopłaty. Jak w dzisiejszych przetargach na budowę dróg, autostrad, wiaduktów, gdzie wygrywa ten, kto zadeklaruje najniższe koszty (a potem naciąga na kolejne dopłaty do swoich „najtańszych” usług). Aczkolwiek przez chwilę świta iskierka nadziei na powrót do syna, bo nabywca darmowej siły roboczej próbuje być zbyt chytry i próbuje teraz zbić uzgodnioną cenę inwentaryzacją ubioru wstępnie zakupionego inwentarza żywego. Wybucha niesmaczna (lecz nie gorsząca nikogo z uczestników i świadków tej licytacji) awantura z powodu, by tak rzec, nieuczciwej reklamy. Bo starzec ogolony pożyczoną brzytwą, a przybrany w pożyczony kubrak i chustkę, dzięki temu wyglądający korzystniej (o co zadbała sama gmina w trosce o znalezienie nabywcy tego nędzarza i chuchra) jest przecież wart znacznie mniej niż wylicytowano tą najniższą stawką!  Słowem, to bazarowe oszustwo, jak w hipermarkecie dwukrotnie przedatowana kiełbasa.

„ – Człowiek ma miłosierdzie – woła Tödi Mayer, szeroko rozkładając wielkie czerwone ręce – Bierze sobie za marny grosz taki ciężar na kark, ale chce, żeby interes rzetelnie był zrobiony. To trudno!”[12]

Więc mimo zaciągniętego już zobowiązania aukcyjnego wycofuje się z zakupu. 

Reklamacja nabywcy znajduje gorliwe poparcie w opinii publicznej. Wszyscy obecni są równie oburzeni; na jego miejscu też zażądaliby przeceny. W rezultacie ten zakup został unieważniony. A wtedy na salę wkracza spóźniony i z marszu włącza się do licytacji inny obywatel znany z twardej gospodarności. Z rozmachem przebija poprzedników w tym konkursie „kto zażąda najmniej”. Z pozoru kupił ten ludzki towar z wyprzedaży najdrożej (bo za najniższą możliwą dopłatę), ale wszyscy wiedzą, że kto jak kto, ale on już sobie krzywdy nie da zrobić i to, co stracił (dopłacając ze swojego do najniższej dopłaty), z nawiązką wydusi ze starucha. 

„W chwilę potem Kuntz Wunderli stoi u dyszla mleczarskiego wózka, trzęsąc swą nędzną, starą, siwą głową i usiłując drżącymi rękami przełożyć przez siebie pacianą szleję. Z drugiej strony dyszla rzuca się w podskokach silny kudłaty pies w takiejże uprzęży, ujadając głośno, donośnie.”[13] 

 

3. Zwodnicze eufemizmy

Narracja i monologi wewnętrzne bohaterów tej noweli naocznie ukazują istotę dwójmowy. Ale nie tej stereotypowo pojmowanej nowomowy totalitarnej, lecz dwójmowy (jako wyrazu dwójmyślenia)[14], jaka w społeczeństwie „wolnych ludzi i gospodarki rynkowej”[15] towarzyszy komunikacji między ludźmi w ich stosunkach codziennych. Dwójmowy obecnej zarówno w oficjalnych kontaktach gospodarczych, rytuałach publicznych, jak i w więziach osobistych okazujących się przedłużeniem, a zarazem kamuflażem „władzy pieniądza”. O takich związkach między tym, co publiczne i strukturalne, a tym, co prywatne, osobiste, intymne, pisał swego czasu Karol Marks, gdy analizował burżuazyjny model małżeństwa – bardzo praktyczny, utylitarny, balansujący między jawną kalkulacją a ozdobnikowym zakłamaniem.

Jest popyt – jest i podaż. Jest potrzeba, to jest i dobro, które je zaspokoi – w tym wypadku ktoś do „posługi”. Motywacja kandydatów na opiekunów do uczestnictwa w przetargu jest konkretna i użytkowa. Podobnie jak rzeczowa kalkulacja: człowiek do pracy „pod opieką” to rozwiązanie korzystniejsze, bo tańsze, niż umowa o pracę z pracownikiem najemnym, któremu należy się wynagrodzenie, o nie zaś sam nawet może się targować. I którego zakres obowiązków oraz warunki ich spełniania podlegają jakiejś regulacji i kontroli. W dzisiejszej nowomowie tak zwanych pracodawców powiedziano by, że interes przedsiębiorcy zgodny z interesem społecznym wymaga obniżenia kosztów pracy. Taka jest – instrumentalna i przyziemna – motywacja „opiekunów” (podobnie zresztą jak wybieralnych władz gminy, które muszą uporać się z problemem nędzarzy i mieszkańców zniedołężniałych, lecz niezasobnych, a zarazem muszą oszczędzać). Per saldo jest tak: opieka społeczna jest konieczna, ale ona musi się opłacać. Jednak ideologiczna oprawa realizowanych wielopoziomych transakcji nie może być oczywiście tak trywialna, musi odwoływać się do wyższych racji i szczytnych zasad.  

Wydawca opatrzył ten przykład retoryki pokrętnej formalnie łopatologicznym, dosłownym objaśnieniem w przypisie, zapewne z myślą o użytku z tej noweli jako lektury szkolnej:

„Opiekuńcze ustawy gminy – ustawy, według których starych, niedołężnych ludzi gmina przekazywała pod opiekę zamożniejszym mieszkańcom, płacąc za ich utrzymanie. Podopieczni mieli obowiązek pomagać w miarę swoich możliwości w gospodarstwie.”[16]

To cudowny, wielopiętrowy eufemizm mocno kontrastujący z dalszym tokiem narracji, ale na tak piękne słówka – jak zwykle – można się nabrać.

Niedopowiedzenie pierwsze, a istotne: opiekę nad tymi, którzy wymagają opieki, powierza się tym, którzy są zamożniejsi (których na to stać). Ciekawe jednak, że chociaż jako zamożniejszych widocznie na to ich stać, to otrzymają na ten cel dopłatę. Jak by nie było, dzisiejszy skrupulatny urzędnik fiskusa uznałby opiekę na takich warunkach za dochód. Może względny (przez odciążenie z kosztów, a nie bezpośredni zarobek), ale jednak dochód. Dochód tych już bogatszych osiągany za sprawą dopłaty z publicznych pieniędzy, a więc również z podatków od tych mniej zamożnych czy nawet żyjących w niedostatku. Skąd my to znamy? To dziś praktyka rozpowszechniona w wielu przedsięwzięciach gospodarczych. A przy tym zamożność i wzrost zamożności ludzi zarabiających dzięki publicznym dotacjom ma oczywiście świadczyć o ich produktywności, efektywności; oni podobno są „lepsi”, bo wydajniejsi. Skąd to znamy? Z transformacyjnej ekwilibrystyki według prostego schematu. Najpierw: sprywatyzować (Koniecznie! Natychmiast! Za wszelką cenę! Bo, „jak wiadomo”, prywatne zawsze jest tańsze i sprawniejsze niż państwowe, komunalne czy spółdzielcze). A  następnie dopłacić, żeby w tych dobrych rękach się opłacało (ciekawa sprzeczność sama w sobie) lub żeby nie upadło; i po drodze wypłacać z wielkim gestem premie prywatnym właścicielom lub menadżerom jako utrzymankom państwowego patrona. To jedna z twarzy tzw. kapitalizmu państwowego.

Niedopowiedzenie drugie: gmina rekompensuje „opiekunom” koszty utrzymania tych podopiecznych. Tyle tylko, że faktycznych kosztów utrzymania ludzi powierzonych opiece nikt nie weryfikuje; nie rozlicza się „opiekunów” z tego, czy dopłatę rzeczywiście przeznaczyli na wyżywienie, ubiór i stan zdrowia podopiecznych, zgoła nie ma nic do rzeczy, jak się czuje podopieczny pod „opieką”. Skąd my to znamy? Między innymi z kolejnych skandali z „rodzinami zastępczymi”, których część okazała się właśnie biznesem fundowanym przez państwo. Dosadne określenie samej gminy, że „płaci za utrzymanie”, jest więc jak najbardziej adekwatne. Z tym uzupełnieniem, że płaci za „czynności”, nie za ich efekt – na podobnej zasadzie, jak klient płaci naprawę zegarka, która go przywraca do sprawności lub okazuje się dalszym zepsuciem.

Niedopowiedzenie trzecie: opieka (choć przeznaczono na nią rodzaj dotacji) nie ma charakteru bezwarunkowego. Nie jest po prostu obowiązkiem opiekuna wobec podopiecznego i wobec gminy, lecz okazuje się rodzajem transakcji, i to – dla człowieka objętego taką „społeczna troską”, poddanego opiece - przymusowej transakcji. Nie wolno mu bowiem podjąć próby samodzielnego utrzymania się choćby z żebraniny, grzebania po śmietnikach (porządek musi być!) ani też bytować w nędzy i dokonać żywota na własny rachunek, lecz z mocy prawa zostaje ubezwłasnowolniony: musi mieć opiekuna i musi stawić się na licytację w charakterze wyłącznie obiektu licytacji. A w zamian za opiekę podopieczny musi „pomagać”. Czytaj: ma odpracować tę opiekę  swoją pracą, choć tytułem do tej przymusowej opieki z przetargu jest właśnie niezdolność do pracy. I wygląda na to, że obowiązki stron stosunku opieki rozłożone są asymetrycznie: opiekun ma obowiązek opiekować się, ale tak, jak sam uzna za stosowne, natomiast podopieczny ma bezwarunkowy obowiązek „pomagać” mu wedle jego życzeń. Wydawałoby się, że gminna dotacja przynajmniej w części, jeśli nie w całości, z założenia ma pokryć koszty opieki. A skoro tak, to obowiązek odwzajemnienia opieki świadczeniem pracy przekształca ten rzekomy stosunek opieki w lekko tylko zakamuflowany stosunek pracy; zaś dotacja mająca być „wsparciem dla wspierających” okazuje się niczym innym jak próbą zniwelowania tak zwanych kosztów pracy. Przy czym w domyśle mamy: to Twoja sprawa, opiekunie (kwestia Twojej operatywności), ile odzyskasz ze swoich kosztów „opieki”, czy wyciśniesz z podopiecznego tyle, by na dopłacie jeszcze zarobisz. 

Niedopowiedzenie czwarte: „obowiązek pomocy w miarę swych możliwości” to ornament dla naiwnych lub obłudnych, jako blankietowa formuła, podobna do tzw. przepisów uznaniowych. Nie „w miarę możliwości” (gdzie chodzi o wysiłek na miarę stanu zdrowia, sił   i umiejętności), lecz współmiernie do wymagań „opiekuna”. O tym, jakie są te możliwości i jaka jest ich miara, nie decyduje sam podopieczny, lecz jego „opiekun”.

Niedopowiedzenie piąte: stosunek „opieki” okazuje się nie tylko stosunkiem pracy, ale przy tym stosunkiem wyzysku, zaś „rekompensata” kosztów opieki okazuje się przychodem, tyle, że nieopodatkowanym, a różnica między tym „ile się namęczę z tym niedołęgą” a tym „ile z niego wycisnę” zwyczajnym dochodem, zyskiem.

 

4. Podsumowanie

Można by zbyć ten utwór  pochodzący „z zamierzchłej epoki” (i jego interpretacje z dzisiejszej perspektywy) oceną, że to jakieś muzealne starocie. Ot, taki kolejny demaskatorski wizerunek moralności mieszczańskiej, ale epigoński, równie przeterminowany jak filipiki Marksa i sceniczne pamflety Zapolskiej lub Perzyńskiego. Ale ten, kto skusiłby się na podobny wykręt, musiałby chcąc nie chcąc przyznać się do hipokryzji i rejterady. Można by też zbagatelizować ten model opinią, że to przecież typowa dla zaangażowanej literatury przesada, ekstremalizacja w obrazie zjawisk, a tak jest zwłaszcza w utworach utrzymanych w konwencji groteskowej. Wszak nie ma wątpliwości, że Konopnicka chłoszcze tu biczem satyry, a jej protest-song wyrastający z elementarnej humanitarnej i społecznej wrażliwości na krzywdę, wyzysk i upokarzanie ludzi słabszych obsługiwany jest niejako instrumentalnie przez narzędzia przejaskrawienia. Można by wreszcie posłużyć się historiograficzną pedanterią i odłożyć problem ad acta z adnotacją, że utwór Konopnickiej – poza tym, że jest literacką fikcją, dość swobodnym przetworzeniem materiału faktograficznego – odnosi się do epoki, w której jeszcze nie funkcjonował system zabezpieczenia socjalnego, ubezpieczeń społecznych, emerytur uzbieranych ze składek, rent zdrowotnych i powypadkowych itd. Pozostając w tych ramach rzeczywiście stwierdzimy, iż nowela Konopnickiej ukazuje skutki luki społecznej powstałej w okresie przejściowym pomiędzy zanikaniem feudalnego, patriarchalnego modelu opieki a kapitalistycznym modelem wszechobejmującego rachunku ekonomicznego; w momencie, gdy socjalistyczne czy chadeckie modele państwa opiekuńczego są dopiero melodią przyszłości. W każdym razie to tylko migawka, powtórka  z historii. Dziś w tak zwanych cywilizowanych społeczeństwach takich wynaturzeń jakoby już nie ma. Mamy prosocjalne ustawodawstwo, rozbudowane instytucje opieki społecznej, liczne organizacje charytatywne i nowoczesne stowarzyszenia samopomocy wzajemnej. Poza tym można wygrać w totolotka. Co najwyżej pozostały indywidualne  patologie w stosunkach między rodzicami a dziećmi.

Trudno jednak nie zauważyć, że wciąż – nawet mimo woli - nasuwają się liczne analogie, choćby ograniczone. Niektóre z tych skojarzeń i analogii nieco natrętnie wskazywałem w dygresjach towarzyszących egzegezie noweli. Dorzućmy do nich jeszcze jedną: ideologicznie uwikłane i zabarwione, choć przedstawiane w otoczce nieomal wyłącznie buchalteryjnej, dyskusje na temat systemu emerytalnego. Przebiegając pod hasłami, ile się należy emerytom, z czego im to wypłacić, na co stać gospodarkę, państwo itp. – raz po raz ukazują wspomniane już odwrócenie perspektywy, zamianę pojęć miejscami. Trwa konfrontacja dwóch przeciwstawnych założeń. Z jednej strony, założenia, że emeryt jest wierzycielem, a społeczeństwo jego dłużnikiem (z racji jego dotychczasowego wkładu pracy, choćby nawet następcy go roztrwonili lub choćby zjadła to dekoniunktura), dość podobnie jak potomek jest dłużnikiem swego rodzica. Z drugiej strony, założenia, że człowiekowi należy się w danej chwili tyle (mniejsza o ten jego wcześniejszy dorobek i wkład), ile mamy do dyspozycji oraz ile sam z siebie jeszcze może dorzucić (dowcipnie pomyślana dopłata do własnego depozytu, by za nowy wkład uzyskać ekwiwalent wcześniejszego). Jest to konfrontacja między postawą humanizmu i humanitaryzmu a orientacją merkantylną wzmocnioną permanentnym pomiarem kursów, notowań. Podobnie jak mierzymy temperaturę czy wartość akcji w danej chwili, tak mierzymy aktualne notowania danego człowieka. Mierzymy w obie strony: (1) o ile uszczupla nasz stan posiadania uruchamianymi świadczeniami, jak bardzo absorbuje nas jako kłopot swoją egzystencją (stosunek do ludzi w wieku poprodukcyjnym taki jak do bezrobotnych, którzy jeszcze nie zdążyli popracować), (2) ile jeszcze jest w nim rezerw w roli pracownika, konsumenta, spadkodawcy, klienta zdolnego do posiadania depozytu i lokat w banku, nabywania obligacji. Dość podobna strukturalnie jest dyskusja między „pracodawcami” a „pracobiorcami”, której główną osią pozostają kwestie, kto przyczynia się do wzrostu,  komu co się należy, kto się poświęca dla społeczeństwa; pracownik czy zyskobiorca.

Człowiek-podmiot i człowiek-trybik.

Może wynik tego zmagania jeszcze nie został ostatecznie rozstrzygnięty. 

 

*Prof. dr hab.Mirosław Karwat - Absolwent Instytutu Nauk Politycznych UW (1975). Doktor nauk politycznych (1977). Doktor habilitowany (1986). Pracownik Instytutu Nauk Politycznych od 1975 roku, obecnie na stanowisku profesora nadzwyczajnego. Członek Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Członek Komitetu Nauk Politycznych PAN. Obecnie Kierownik Zakładu Filozofii i Teorii Polityki INP.

 

Literatura (cytowana lub pośrednio inspirująca) 

Barber B. R., Skonsumowani. Jak rynek psuje dzieci, infantylizuje dorosłych i połyka obywateli, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA Warszawa 2008. 

Bihr A., Nowomowa neoliberalna, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, Warszawa 2008.

Blau P. M., Wymiana i władza w życiu społecznym, Zakład Wydawniczy „Nomos”, Kraków 2009.

Firlit-Fesnak G., Oberloskamp H., Jaroszewska E. (red.), Polsko-niemiecki i niemiecko-polski leksykon polityki społecznej i pracy socjalnej, Oficyna Wydawnicza ASPRA-JR, Warszawa 2007.

Fromm E., Niech się stanie człowiek. Z psychologii etyki, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa-Wrocław 1996.

Horkheimer M., Zmierzch. Notatki z Niemiec 1931-1934, Książka i Wiedza, Warszawa 2002.

Karwat M., O karykaturze polityki, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2012.

Karwat M., O perfidii, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2001.

Konopnicka M., Miłosierdzie gminy, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków, 1998.

Kurowicki J., Figury i maski w praktykach ideologicznych, Instytut Wydawniczy „Książka i Prasa”, Warszawa 2013. 

Marks K., Rękopisy ekonomiczno-filozoficzne, w: Marks K. Engels F., Dzieła, t. 1, Warszawa 1976.

Ossowska M., Moralność mieszczańska, Ossolineum, Wrocław 1985.

Ossowska M., Socjologia moralności: zarys zagadnień, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2005. 

Simmel G., Filozofia pieniądza,  Wydawnictwo Aletheia, Warszawa 2012.



[1] Zob. Kurowicki J., Figury i maski w praktykach ideologicznych, Instytut Wydawniczy „Książka i Prasa”, Warszawa 2013.

[2] Por. Fromm E.,  Niech się stanie człowiek. Z psychologii etyki, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa-Wrocław 1996. W tym traktacie i w kilku innych wyłożył autor typologię produktywnych i nieproduktywnych orientacji społecznych czy też rodzajów „charakteru społecznego”, wyróżniając m.in. orientację merkantylną, eksploatatorską, tezauryczną, z których każda w istocie jest mutacją mentalności mieszczańskiej.

[3] Dalej cytuję za wydaniem w serii lektur szkolnych: Konopnicka M., Miłosierdzie gminy. Mendel gdański. Obrazki więzienne, Wydawnictwo Zielona Sowa, Kraków 1998.

[4] Konopnicka M., op. cit., s. 4.

[5] Ibidem, s. 5-6.

[6] Ibidem, s. 6.

[7] Ibidem.

[8] Iidem, s. 7.

[9] Ibidem.

[10] Ibidem.

[11] Ibidem, s. 12.

[12] Ibidem, s. 14.

[13] Ibidem, s. 18.

[14] Próbę analizy – z egzemplifikacją – takiej mowy dwoistej zawiera praca: Karwat M., O perfidii, Warszawskie Wydawnictwo Literackie MUZA, Warszawa 2001.

[15] Zob. na ten temat: Bihr A., Nowomowa neoliberalna, Instytut Wydawniczy Książka i Prasa, warszawa 2008.

[16] Konopnicka M., op. cit., s. 5.

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia