Jesteś tu: Strona główna Artykuły Uniwersytet w czasach ...

Uniwersytet w czasach barbarzyństwa...

Jerzy Kochan 29/11/2013

Wywiad dla lewicowego miesięcznika "Tak Po Prostu", listopad 2013

Z prof. Jerzym Kochanem, filozofem, kierownikiem Zakładu Filozofii Kultury w Instytucie Filozofii Uniwersytetu Szczecińskiego, redaktorem naczelnym czasopisma filozoficznego „Nowa Krytyka” / www.nowakrytyka.pl / rozmawia Halina Retkowska

 

- Dwie najlepsze polskie uczelnie – Uniwersytet Jagielloński i Uniwersytet Warszawski – znajdują się dopiero w czwartej setce czołowych wyższych uczelni świata. Na 500 sklasyfikowanych w tzw. rankingu szanghajskim. Może być jeszcze gorzej?

- Jest bardo źle. Wszystko wskazuje na to, że będzie jeszcze gorzej. Ale nie dlatego, że jakieś „rankingi szanghajskie” albo inne mówią to czy tamto. Te rankingi są śmieszne. Niepoważnie jest wprowadzać egzaltacje z popołudniówek do oceny stanu nauki w Polsce. Śmieszne jest też poważne traktowanie życzeń pod adresem uniwersytetów ze strony jakichś dyrektorów banków czy prezesów.

- A co w tym złego, że kadrę naukową i studentów ocenia się na podstawie liczby cytowań, nagród, które zdobywają w znaczących konkursach naukowych czy liczby publikacji w renomowanych czasopismach naukowych?

- Przyszło nam żyć w epoce neoliberalnej paranoi. W świecie, w którym rzekomo wszystko jest policzalne, możliwe do wycenienia i prostego ustawienia w międzynarodowym rankingu ważności. Jak nie w pieniądzach, to choćby w punktach. Nawet nauczanie w szkole wyższej, na uniwersytecie traktuje się wręcz jako tzw. pakiet oświatowy, akt typu „kupno-sprzedaż”. Sam słyszałem wypowiedzi rektorów, którzy twierdzili, że „uniwersytet to takie samo przedsiębiorstwo jak każde inne”. To piramidalna bzdura. Bzdura straszna dla polskiej kultury narodowej. Studiowania nie da się przecież prosto wycenić z punktu widzenia tego, co policzalne. Bo niby jak? Co zrobić, na przykład, z funkcjami wychowawczymi wyższych uczelni? Czy one w ogóle już nie istnieją?!

Rankingi robione na świecie nie są obiektywne. Są formą reklamy, lobbingu, promocji różnych uczelni i różnych interesów. Są też jednym z instrumentów drenażu mózgów i tworzenia własnej dominacji w świecie nauki. Ale faktem też jest, że nie mamy bomby atomowej, pancernika i jesteśmy małym, biednym krajem a na świecie są uniwersytety z budżetem większym od całych naszych w Polsce nakładów na szkolnictwo wyższe i naukę. W Polsce na naukę w roku 2013 ma pójść 6,4 mld złotych, a na szkolnictwo wyższe trochę ponad10 mld. Majątek jednego Uniwersytetu Harvarda ocenia się na 30-40 mld $. Procent PKB przeznaczany na naukę w Unii Europejskiej to średnio 1,2-1,8% rocznie, w Polsce 0,5-0,7%!

Prasa, zamiast kopać naukę polską i naukowców, powinna walczyć o zwiększenie wydatków na naukę. Jest to niezbędne dla rozwoju ekonomicznego i cywilizacyjnego kraju.

- Wow! Bardzo się Pan zirytował.

- Gdyby było „nie do druku”, użyłbym mocniejszego określenia niż irytacja. „Do druku” powiem – żartując oczywiście - że najchętniej zakazałbym ogłaszania wyników tych międzynarodowych rankingów w mediach. Jest to i kompletnie dezinformujące, i demoralizujące. Poproszę o ranking nakładów na naukę i ranking zarobków uczonych!

- No to jawi mi się Pan jako ten „samotny, biały żagiel”. Pańscy koledzy rankingi traktują śmiertelnie poważnie. I równie poważnie twierdzą, że się w nich przebijemy do czołówki światowej, jeśli prace doktorskie i habilitacyjne będą pisane i publikowane po angielsku.

- Nie sądzę, że większość tak myśli. Raczej jesteśmy w swej większości pozbawieni już nawet  nadziei, że może się coś zmienić na lepsze.

Pisać po angielsku… bo wtedy udowodnimy, że problematyka, którą się zajmujemy, ma „charakter międzynarodowy”… Znam to. W naukach ścisłych, matematyce, logice… często także i gdzie indziej ma to sens. Nie można tego jednak absolutyzować. Załóżmy, że panowie lub panie X, Y, Z zajmują się twórczością Mickiewicza, Norwida, Żeromskiego. Jak ci biedacy mogą udowodnić, że zajmują się „międzynarodową problematyką”? Pisząc o swoich obiektach badawczych po angielsku?! To już chyba lepiej, żeby się zajęli twórczością Madonny. Wtedy szybciej trafią do tych „prestiżowych międzynarodowych rankingów”.  . Trochę pokory zalecam. I przypominam, że Niemcy, Francuzi, Włosi publikują swoje prace w językach narodowych. Istnieją po prostu dwa autonomiczne rynki naukowe: krajowy i międzynarodowy.

- To skąd u nas biorą się takie pomysły?

- Bardzo wielu ludzi nie traktuje działalności intelektualnej i naukowej w kategoriach poszukiwania prawdy czy budowania kultury narodowej. Dla nich jest to wyłącznie forma zalecania się na wszelkie możliwe sposoby do zagranicznych sponsorów. Może zaczną zapraszać na konferencje międzynarodowe? Może jakaś fundacja w końcu się nimi zainteresuje i umożliwi staż na uczelni zagranicznej? Wtedy żebracza pensja polskiego naukowca zamieni się wreszcie na godziwą gażę…

- Na razie jest dramat nawet z publikowaniem w ojczystym języku. Pod względem publikacji naukowych przypadających na milion mieszkańców Polska zajmuje dopiero 32 miejsce w Europie. Z ubiegłorocznego raportu NIK wynika, że pracownicy naukowi niektórych ośrodków przez 5 lat nie opublikowali nic a nic… To co oni właściwie robią?

- Nauczają. Są czasami dobrymi, a czasami złymi dydaktykami.

- Przegrywamy również w patentach w przeliczeniu na milion mieszkańców. I to jak przegrywamy. W 2009 roku zgłosiliśmy ich 6,8. W tym samym czasie Czesi mieli 22,6 zgłoszeń, Niemcy 295,5…

- Niech mnie pani nie denerwuje. Znam te statystyki.

- Czyli mam prawo powtórzyć pytanie: czym one się zajmują, do diabła?

- W takim razie ja też powtórzę: pracownicy tych ośrodków, aby utrzymać jako taki poziom życia, próbowali „wieszać się” na dydaktyce, na pracach dodatkowych, dorywczych. Jak zwał tak zwał, najważniejsze jest to, że zarobki na wyższych uczelniach nie zabezpieczają przyzwoitego poziomu egzystencji pracowników naukowych. Trzeba zdać sobie wreszcie sprawę z tego, że nasi pożal się boże neoliberałowie potraktowali szkolnictwo wyższe brutalnie i instrumentalnie. Świadomie wykreowano taką sytuację, że do szkół wyższych przyjmowało się wszystkich „jak leci”. Upychało się ich na uniwersytetach i w uczelniach prywatnych jak snopki, aż po sufit. Niech tam sobie siedzą, studiują, byle tylko w statystykach nie było dużego bezrobocia. W rezultacie uczelnie stały się przechowalniami ludzi zmarginalizowanych przez szaleńczą politykę gospodarczą. To musiało doprowadzić do radykalnej obniżki poziomu nauczania. Na dodatek, na skutek biedy społecznej, olbrzymia większość studentów, zamiast się uczyć, zajmuje się zdobywaniem podstawowych środków do życia. Nie mają czasu na czytanie i analizowanie tekstów, bo ciężko harują na umowach śmieciowych, aby być studentami czy doktorantami.

- A z kolei profesura ciężko haruje na kilku lub kilkunastu etatach w różnych uczelniach i też nie ma czasu nauczać. Zajmuje się więc produkowaniem, na masową skalę, wtórnych analfabetów.

- Tak zwana wieloetatowość to już historia, proszę pani. Z powodu niżu demograficznego uczelnie nie tylko nie przyjmują nowych pracowników, ale zwalniają starych. Owszem, doktorantów zatrudnia się na potęgę, ale na zasadach, które da się określić tylko w jeden sposób – przerażający wyzysk, czyste niewolnictwo. Kilka dni temu kolega opowiadał mi o doktorancie, którego zatrudniono do prowadzenia 330 godzin podpisując z nim „śmieciówkę” na godziny! O etacie nie ma mowy. Chce pani innych przykładów? Ostatnio dostałem podwyżkę, którą premier Tusk szumnie zapowiadał już bardzo dawno temu. Była to pierwsza moja podwyżka od 10 lat. Jako profesor dostałem coś ok. 80 złotych.

Pytała pani, co właściwie robią polscy uczeni, skoro przez kilka lat nie są w stanie opublikować ani jednej pracy naukowej. Jestem wydawcą „Nowej Krytyki”, ogólnopolskiego naukowego czasopisma filozoficznego z 20-letnią tradycją. W redakcji nie mam ani jednej osoby na etacie. Autorom nie płacę, bo nie dysponuję żadnym budżetem. Za tłumaczenie tekstów nie dostaje się ani honorariów, ani punktów liczących się w dorobku. Jako redaktor naczelny nie dostaję również żadnego wynagrodzenia, a jednocześnie przy ocenie pisma żąda się ode mnie międzynarodowych recenzji i międzynarodowych członków redakcji! Bierze się pod uwagę to, jakie było opóźnienie w wydaniu tomu. Jeśli ktoś wydaje półrocznik, jest on oceniany niżej niż kwartalnik. Zupełnie księżycowe kryteria.

- Czy to prawda, że jako wydawca takiego naukowego czasopisma nie ma Pan pojęcia, kto to pismo ocenia?

- Zgadza się. Ocena wszystkich czasopism naukowych w Polsce jest dokonywana przez generator oceniający umieszczony na resortowej stronie. Zawiera on zbiór przedziwnych formalnych kryteriów i nie mam pojęcia, ani kto go stworzył, ani kto za niego odpowiada. Tak postanowiło Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego kierowane przez panią Barbarę Kudrycką. Ten resort wyspecjalizował się w produkowaniu coraz bardziej absurdalnych przepisów. Ot, kolejny przykład: ostatnio mieliśmy ocenę kadr naukowych. Okazało się, że w ramach nowych przepisów jako profesor muszę przedstawić zaświadczenie z sekretariatu Instytutu Filozofii Uniwersytetu Warszawskiego, iż byłem recenzentem rozprawy doktorskiej na UW. Słowo profesora jest nic nie warte. Musi być zaświadczenie, bo inaczej mi tego nie uznają do dorobku naukowego. Takiej bredni nigdy jeszcze nie było. A przecież na dodatek wszystkie przewody doktorskie są rejestrowane w komputerowej bazie danych ministerstwa. Wystarczy kliknąć, żeby się dowiedzieć, kto obronił doktorat, kto był promotorem, a kto recenzentem.

- Z całym szacunkiem, Panie Profesorze, ale żądanie zaświadczenia to chyba „pikuś” w porównaniu z aferami, do których dochodzi choćby przy przyznawaniu grantów ministerialnych. Łupienie państwowych pieniędzy na pozorowane prace badawcze stało się specjalnością polskich uczelni.

- Po pierwsze – określenie „przyznawanie grantów” nie oddaje istoty rzeczy. Chodzi o szaleńcze ich rozdawanie wedle podobnie księżycowych kryteriów jak te, które rządzą ocenianiem czasopism naukowych. Na tym polu dzieją się rzeczy zupełnie kuriozalne. To rzeczywiście jest afera. Porównywalna z OFE, tyle że dotyczy obszaru badań naukowych i uczelni wyższych, a to jest dziedzina, którą wszyscy mają w nosie. Jako filozof jestem wstrząśnięty, że przyznawanie owych grantów dla filozofii znalazło się w tym samym dziale, co teologia. Czy wyobraża sobie pani, że ja ze swoimi pracami mogę konkurować z badaczami Biblii?! Z góry jestem spisany na straty. Nawiasem mówiąc, wśród recenzentów tych grantów również jest jakiś niezwykły urodzaj absolwentów i pracowników naukowych Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Nie tak dawno został złożony projekt grantu dotyczący pojawiających się w nauce różnych wizji przyszłości społecznej. Odrzucono go w przedbiegach z argumentacją recenzenta, że… przyszłości społecznej nie da się przewidzieć. Odpowiedź w stylu humoru z zeszytów.

- A Pańskim zdaniem o co chodzi?

- Otóż moim zdaniem cała ta struktura „przyznawania grantów” była i jest sposobem na obejście normalnych, tradycyjnych instytucji uniwersytetów przez pewien specyficzny pion zorganizowany w wymiarze państwowym przez państwowe władze. Może chodzi głównie o obejście elit uniwersyteckich poprzez swoich wybranych organizatorów. Stworzono nową gigantyczną niewydolną i kosztowną w swoim działaniu strukturę o kompletnie rozmytej odpowiedzialności za wydawane pieniądze.

- Wchodząc do Unii Europejskiej byliśmy cholernie dumni między innymi dlatego, że wreszcie uda się w Polsce wprowadzić nowoczesne metody kształcenia. Choćby dzięki „Programowi Erasmus”. Z Pańskiej opowieści wyciągam wniosek, że nic z tego nie wyszło.

- Nic -  to przesada. Ale porażka jest pouczająca i pokazuje jak sprzeczne decyzje nawzajem się deformują. MOST miał polegać na tym, że nasi studenci mogą pojechać do dowolnego uniwersytetu w Polsce i w nim na przykład semestr studiować. Mogą sobie pojechać, ale przedmioty na tej innej uczelni okazują się „niekompatybilne” z uczelnią macierzystą i w związku z tym trzeba uzupełniać potem dodatkowo różnice. Mało kto ma ochotę na takie podwajanie obowiązków.

I dokładnie to samo jest z „Erasmusem”, uruchomionym przez Komisję Europejską już w 1987 roku. Ten program zakłada, że na pół roku albo na rok można pojechać na darmowe stypendium do dowolnej uczelni w ramach Unii Europejskiej. Cel jest jak najbardziej szlachetny. Chodzi przecież o poznanie innego, ciekawego środowiska akademickiego. Tyle że jak młody człowiek wyjedzie dokształcać się zagranicą, czeka go to samo. Kilka dni temu dostałem informację od studentki, która przez rok uczyła się w Szwecji w ramach Erasmusa. Właśnie została poinformowana, że ma zdać 22 przedmioty „opuszczone” na polskiej uczelni. Problemem są też głodowe stypendia dla polskich studentów zagranicą. Aby się tam utrzymać  często dorabiają pracując dorywczo. Tym samym studiowanie ulega marginalizacji.

- Gdyby zdarzył się cud i przy kolejnym „nowym otwarciu” premier Tusk powierzył Panu tekę ministra nauki i szkolnictwa wyższego, od czego zacząłby Pan urzędowanie?

- Mam opowiedzieć bajkę? Od ręki podniósłbym, i to skokowo, od razu o 100 proc., płace na wyższych uczelniach. Przy wszystkich szaleństwach, o których opowiadam, największym jest to, że obecny system marnuje mnóstwo wspaniałych ludzi, zwłaszcza młodych. Są wykształceni, znają kilka języków, rozsadza ich energia, skłonni by byli góry przenosić, a tu co?... Kończą studia, zaczynają pracę na uczelni, dostają ok. 1 700 złotych brutto miesięcznie. Kupienie książki przy takich zarobkach to czyn heroiczny! Przywaleni zajęciami, nie mają możliwości intelektualnego rozwoju. Drogi awansu, zdobywania prestiżu i szacunku społecznego – bo o to przecież też chodzi! – są zamknięte. Reszta społeczeństwa traktuje ich jak idiotów, którzy deklasują się za dziadowski grosz.

Drugim krokiem byłoby zlikwidowanie licencjatu i dwustopniowego studiowania a tym samym przywrócenie normalnych pięcioletnich studiów. Trzeba zatrzymać awanturę, której celem jest przekształcenie uniwersytetów w pomaturalne szkoły zawodowe.

Trzecim… ustawowe umocowanie wydatków na naukę na poziomie nie mniejszym niż średnia w Unii Europejskiej…

Ale to już byłby coraz bardziej bieg na sto metrów a nie pierwszy krok! Chodziłoby też przecież o powszechny system stypendialny dla studentów, kredyt studencki z możliwością całkowitego umorzenia po uzyskaniu średniej ze studiów powyżej: na przykład 4,0….

Generalnie chodziłoby o poważne potraktowanie wyzwania tworzenia społeczeństwa wiedzy i gospodarki wiedzy!

- Sami siebie też chyba tak traktujecie. Profesor nauk fizycznych Łukasz Turski, specjalizujący się w fizyce materii skondensowanej i mechanice statystycznej, były członek rady Komitetu Badań Naukowych i Komitetu Etyki w Nauce PAN uważa, że robienie kariery naukowej w Polsce wymaga wizyty u psychiatry. „Po co to robić? – pyta. - Po co?!”.

- Po co? Właśnie z szaleństwa. Z chorobliwego pożądania tego, żeby wciąż stawać wobec takich problemów, których nigdzie indziej nie można spotkać. Przyjemność odkrycia czy wynalezienia czegoś nie da się z niczym innym porównać. Inwestowanie w szaleńców jest bardzo opłacalne. Niestety, nastała moda na to, aby poniżyć pracowników naukowych, zrobić z nich oszustów, naciągaczy, złodziei. Na naszych oczach zwalnia się tysiące nauczycieli ze szkół… i nie ma oporu! Jest nagonka na nauczycieli i Kartę Nauczyciela, na „nieuzasadnione przywileje” … To jest kreowanie antyinteligenckich nastrojów w naszym społeczeństwie, pogardy wobec szkoły i nauki. Gdyby chodziło tylko o prasowe fikołki, to nie byłoby tak źle. Ale jeśli tak bezrozumna staje się polityka państwa, to mamy do czynienia wręcz ze zbrodnią na polskiej kulturze, nauce… i na przyszłości naszego społeczeństwa, Polski!

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia