Jesteś tu: Strona główna Artykuły O niezdrowym radiu i n...

O niezdrowym radiu i nie tylko

Maciej Sikora 05/01/2014

Czy istnieje coś takiego jak obiektywizm? Według mnie nie. Można próbować zachowywać bezstronność ale własne zdanie na dany temat zwykle się posiada. Od dziennikarzy zazwyczaj wymaga się aby ową bezstronność zachowywali. Polscy żurnaliści są podobno jednymi z najbardziej upolitycznionych w Europie.

W programie Trzecim Polskiego Radia nadawana jest audycja „Za, a nawet przeciw” Kuby Strzyczkowskiego. Poruszane są tam problemy społeczne i gospodarcze. Głównie gospodarcze. Wydaje mi się, że ta audycja ma aspiracje do bycia czymś w rodzaju przestrzeni dla obiektywnej debaty, prezentującej różne stanowiska w różnych sprawach. Jednakże w praktyce - wychodzi to słabo.

Strzyczkowski nie jest raczej związany z żadnym sejmowym ugrupowaniem politycznym. Wręcz przeciwnie - pozostaje wobec nich krytyczny, jednakże jest on jednocześnie zawziętym funkcjonariuszem ideologii wolnorynkowej.

 

Zatrudnionym w polskim radiu.

Publicznym.

Utrzymywanym z abonamentu, czyli środków społecznych.

           

Audycja ma charakter otwarty. Słuchacze sami mogą zadzwonić lub w e-mailu wyrazić swoje zdanie. Wypowiadają się również różnego rodzaju eksperci (właściwie „różnego rodzaju” to za dużo powiedziane). Kiedyś jeden ze słuchaczy określił to, co gospodarz „Za, a nawet przeciw” uprawia na antenie, „neoliberalną socjopatią”.

Tylko jedna rzecz mnie zastanawia: jak to jest, że tacy ludzie jak ten od „neoliberalnej socjopatii”, wypowiadają się bardzo rzadko, trafiają się raz na kilkanaście audycji? Za to wciąż możemy usłyszeć od dzwoniących: „prowadzę własną firmę i…”, „ja prowadzę działalność gospodarczą"… i nadają jak to są gnębieni, zniewalani kosztami pracy, zusami, składkami, zmaganiem się z niewdzięcznymi roszczeniowcami itd. itp. Krytykują wszystko co publiczne.

Kiedy tematem audycji były polskie rodziny i sposoby na to, jak można byłoby im ulżyć, mogliśmy głównie usłyszeć, że wystarczy zlikwidować wszelkie podatki dochodowe (a co za tym idzie i świadczenia) i wtedy każdego będzie stać na to, żeby samemu, we własnym zakresie zatroszczyć się o własną rodzinę. Zgodnie z tą logiką zostawić należy tylko VAT. Liberałom zawsze marzył się liniowy. Jest to w rzeczywistości zaprzeczenie wszelkiej logiki, ponieważ wysoki VAT uderza w tych najmniej zarabiających, których przecież jest najwięcej. W końcu każdy musi ubrać się i jeść.

Aby pokazać, że likwidacja podatków i wszelkich składek prowadzi donikąd można posłużyć się innym niedawnym tematem audycji, a mianowicie publiczną służbą zdrowia. Oczywiście istnieją powody do krytyki polskiej służby zdrowia, lecz w tym programie nie usłyszymy właściwych wniosków, dlaczego jest nie tak, jak powinno być, ani tym bardziej słusznych recept na poprawę funkcjonowania opieki zdrowotnej. Jedyne lekarstwo – prywatyzacja. Dlaczego więc w krajach skandynawskich, a nawet na Kubie, publiczna opieka medyczna stoi na tak wysokim poziomie? To tylko kwestia odpowiedniego rozłożenia środków w budżecie i chęci sprawnego nim zarządzania. Ale do tego potrzeba odpowiedniego planu i organizacji, a rządzący nami politycy wywodzą się przecież z ideologii wolnorynkowego chaosu i próbują od środka zniszczyć to, co ze sfery publicznej jeszcze pozostało.

Jednemu z dzwoniących słuchaczy, który wyłamał się ze schematu „neoliberalnej socjopatii”, prawie udało się wytłumaczyć dlaczego prywatna służba zdrowia nie zda egzaminu: przy średniej pensji roczna składka oscyluje wokół kwoty 2 tysięcy złotych. Tyle przeciętnie płacimy za usługi medyczne poprzez odprowadzanie jej od dochodu. Słuchacz nie zdążył wytłumaczyć do końca na czym polega problem - bo został rozłączony a redaktor sam dopowiedział, że to faktycznie mało i służba zdrowia jest niedofinansowana.

To że jest niedofinansowana to jedna rzecz, ale jest jeszcze druga, ważniejsza, do której jak mi się wydaje zmierzał słuchacz. Do różnego rodzaju usług medycznych mamy dostęp za relatywnie niską kwotę właśnie dzięki systemowi składkowemu, na którym opiera się opieka publiczna. Kogo na wolnym rynku stać byłoby na przykład na chemioterapię? Koszt jednego zabiegu zaczyna się od 100 tysięcy złotych. Koszt zabiegu wycięcia głupiego wyrostka robaczkowego to prawie 3 tysiące złotych, co przewyższa większość pensji wypłacanych w Polsce. Samo zapalenie wyrostka jest z punktu widzenia lekarza chorobą niezbyt skomplikowaną, lecz jeśli operacja nie zostanie przeprowadzona szybko, choroba może zakończyć się nawet śmiercią pacjenta.

Coś, co może przytrafić się nam w każdej chwili – złamanie kości. Koszt leczenie złamania zamkniętego to około 1000 – 2500 złotych, złamania otwartego - 3500 – 5500 złotych. Wynika z tego, że cztery miesiące chodziłbym z wystającą z ręki kością zanim zarobiłbym na gips i rehabilitację.

W filmie Michael’a Moore’a „Sicko” pokazane są liczne tego typu przypadki, na przykładzie amerykańskiej prywatnej służby zdrowia. Mamy więc przypadek mężczyzny pozbawionego palców, albowiem koszt przyszycia palca serdecznego to 12 tysięcy dolarów, a środkowego - 60 tysięcy dolarów. Czy Ci, co stworzyli taki system boja się, żeby ktoś w końcu nie pokazał im faka?

Kiedyś, podczas dyskusji na forum, krytykowałem prywatną służbę zdrowia twierdząc, że - „jak to? Jeśli dojdzie do wypadku i potrzebna będzie natychmiastowa pomoc, nie da się jej udzielić jeśli lekarz zacznie od wyceny i będzie czekał aż poszkodowany dokona przelewu za usługę.” Na to liberał odpowiedział, że przecież „jeśli idzie się do restauracji to najpierw dostaje się jeść a dopiero potem rachunek. Usługa medyczna będzie działać na tej samej zasadzie.” Pomyślałem sobie wtedy: no tak, faktycznie tak jest…

Ale zaraz, przecież to dalej jedna wielka bzdura. Jeśli do restauracji wejdzie ktoś, po kim na pierwszy rzut oka widać, że nie ma pieniędzy, dajmy na to bezdomny, to nikt go przecież nie obsłuży, a jeszcze na zbity pysk może wywalić, bo swoim istnieniem psuje dobre samopoczucie reszcie klientów. Po danej osobie bieda może nawet nie być widoczna, ale i tak może jej być nie stać na lekarza. Gdy taka osoba zostanie obsłużona, nie zapłaci i co wtedy? Karetką prosto do wiezienia? Są różnego rodzaju restauracje – drogie, z wykwintnymi daniami, dostępne jedynie dla elit oraz tanie, dla mas, z których jedzenie mogłoby napędzać reaktory atomowe. Czy z prywatnymi szpitalami nie byłoby tak samo?

Oczywiście istnieją prywatne firmy ubezpieczeniowe. Tylko, że zanim podpiszą umowę to najpierw prześwietlą cały życiorys potencjalnego klienta... czy czasem nie choruje i czy nie jest genetycznie obciążony (kartę chorób rodziny też prześwietlą). Ubezpieczą jedynie okaz zdrowia, któremu pomoc lekarska z dużą dozą pewności się nie przyda.

Załóżmy więc, że likwidujemy wszystkie składki i podatek dochodowy. O ile wzrosną pensje? O 500 – 800 zł? To kropla w morzu potrzeb. A jednocześnie - zgodnie z tego typu ideologią - znika Kodeks Pracy i pracownik jako jednostka, jest na straconej pozycji, jeśli chodzi o negocjacje z pracodawcą - zwłaszcza, jeśli mamy dookoła szalejące bezrobocie. Tym bardziej, że wszystko staje się płatne (od szkół do odcinka drogi, który trzeba przejechać). Jeżeli jednocześnie usunie się wszystkie instytucje kontrolujące (w znikomy sposób) rynek, takie jak np. urząd ochrony konsumentów - droga do monopolów stanie otworem, ponieważ jest to naturalny, ewolucyjny bieg kapitalizmu wynikający z procesu konkurencji, w którym silny pożera słabego. Tacy ludzie jak Strzyczkowski żyją więc utopią, w której małe podmioty konkurują ze sobą. Tylko, że ponadnarodowe korporacje nie wyrosły dzięki jakiejś społecznej rewolucji, lecz właśnie dzięki sile swojego kapitału opanowującego rynek. Gdybyśmy przyjęli założenie, że gospodarka ma być oparta na równorzędnych, konkurujących ze sobą firmach, musiałaby chyba powstać nadrzędna instytucja mająca za zadanie niedopuszczenie do zbytniego nagromadzenia kapitału przez jedną z nich, zapobiegając tym samym jej rozrostowi. Prosty wniosek – coś musiałoby ograniczać rynek aby liberalna, wolnorynkowa utopia mogła działać. To jedna wielka sprzeczność.

Druga sprawa – czegoś takiego jak wolny rynek, którym kierują abstrakcyjne siły (niewidzialna ręka wolnego rynku, swoisty liberalny bóg) nie ma. Wszystko jest robione według planu, w tym przypadku układanego przez kapitalistów i realizowanego na przykład za pomocą kampanii reklamowych, które mają za zadanie wytworzyć w ludziach chęć posiadania ich towaru, produktu. I dopiero wtedy powstaje popyt. Tak czy inaczej będzie to gospodarka zaplanowana przez konkretne osoby kierujące się chęcią wzbogacenia się.

Dodajmy do tego prawo tworzone przez polityków podporządkowanych rynkowej ideologii, które ma wpływ na procesy gospodarcze, takie jak np. ograniczenie roli związków zawodowych, czy odbieranie praw pracowniczych. Wolny rynek, aby był wolny, wcale nie dopuszcza wolności, wciąż mamy więc do czynienia z kapitalizmem, czyli z podziałem na tych, którzy są właścicielami środków produkcji i tych, którzy zmuszeni są do sprzedaży swojej siły roboczej.

Zadaniem gospodarki uspołecznionej - socjalistycznej - jest zapewnienie godnego bytu ogółowi społeczeństwa. Najpierw według pracy, następnie według potrzeb.

Wracając do audycji. Jak już wspomniałem - jakieś 80% rozmówców to gnębieni przedsiębiorcy. Tacy zapracowani, zaharowani... a jednak znajdujący czas na słuchanie i na udział w programie, który emitowany jest od godziny 12 do 13. Ciekawe czemu tak rzadko dzwonią tam pracownicy etatowi? Może po prostu w tym czasie na was pracują, burżuje?!

Druga sprawa to dobór przez redaktora ekspertów lub stron w debacie. Prawie w każdej audycji wypowiadają się: przedstawiciel Centrum im. Adama Smitha, przedstawiciel związków prywatnych przedsiębiorców, przedstawiciel-obrońca prywatnych funduszy emerytalnych. No i czasem pojawia się sam Janusz Korwin-Mikke. Czemu akurat on? No dobrze, jeśli miałbym wskazać konkretną opcję polityczną, z którą sympatyzuje (głównie gospodarczo) Kuba Strzyczkowski - byłaby to właśnie opcja korwinowska.

Do tego dodajmy jeszcze - często dzwoniących do rozgłośni - "głosicieli dobrej nowiny", którzy twierdzą, że tylko Kongres Nowej Prawicy wie jak uratować Polskę...

Właściwie ludzie z tego typu poglądami są zwykle jedynym głosem w debacie. Czasem jako stronę przeciwną dobierze się kogoś z „Solidarności” lub też polityka opcji rządzącej, czyli tak naprawdę mamy do czynienia z różnymi odcieniami tej samej prawicowej opcji. Z tym, że tych drugich pokazuje się zawsze jako ekstremalne lewactwo.

Jak już wspomniałem uważam, że obiektywizm jako taki nie istnieje. Są po prostu wartości lepsze i gorsze. Chciałbym, aby zerwano z tym obłudnym zachowywaniem równowagi w dyskusji, w czym często przoduje środowisko liberalno-lewicowe, posuwając się do takich absurdów, jak: obrona prawa do wolnej wypowiedzi w prywatnej ale ujawnionej przez wikileaks korespondencji niejakiego Przemysława Holochera, byłego prezesa Obozu Narodowo Radykalnego i współorganizatora Marszu Niepodległości, któremu marzy się, aby mordować lewaków (czyli każdego kto jest inny niż on) na ulicach. Tacy ludzie mają być stroną w debacie?

Mają prezentować swoje „wartości”? My, lewicowcy nie możemy stawać z nimi na przeciwnych końcach tej samej osi, ponieważ w swoich przekonaniach nie jesteśmy im równi. Jesteśmy od nich wyżej. Jesteśmy wyżej od wszelkiej maści wyzyskiwaczy, szowinistów, mizoginów, rasistów, ksenofobów, homofobów itp. Dodatkowo stworzenie takiej osi powoduje, że rodzi się wizja "centrum", które jest obiektywne i neutralne, natomiast ci po bokach, to szaleńcy i fanatycy. W obecnym, polskim systemie politycznym to centrum reprezentowane jest przez Donalda Tuska, a lewica godząc się na taki dyskurs polityczny ustawia się w roli szaleńca będącego alternatywą dla prawicowego fanatyka. Nie możemy być żadną alternatywą dla fanatyzmu, lecz wartością samą w sobie.

Ten program, jak i większość wszelkiego rodzaju audycji ekonomicznych w naszym kraju, promuje te gorsze wartości (w przeciwieństwie do naszej strony internetowej promującej lepsze i nazywające je wprost, po imieniu – socjalizmem :) ) i wcale mnie to nie dziwi, w końcu żyjemy w kapitalizmie, który musi mieć swoje propagandowe tuby. Chciałbym tylko, aby wszystko było jasne. Aby audycja nie uchodziła za przedstawiającą naturalną i obiektywną wizję świata, lecz była po prostu odbierana jako twór mający na celu upowszechnianie ideologii wolnorynkowej. Zauważmy, że ideologiczne aparaty państwa kapitalistycznego nie dopuszczają do dyskusji głosu przeciwnego, jeśli chodzi o sprawy fundamentalne dla systemu (stosunki ekonomiczne) tworzą natomiast złudzenie, że różnorodność wypowiedzi istnieje. Takie złudzenie tworzyć mają debaty dotyczące spraw obyczajowych, np kwestii typu in vitro.

Żeby była jasność nie chodzi mi wcale o wprowadzenie nagłej instytucjonalnej cenzury, lecz o to, że różnica pomiędzy nimi a nami jest taka, że my jako marksiści mamy narzędzia do tego aby zrozumieć skąd ich poglądy się biorą (byt określa świadomość) więc powinniśmy też wypracować sposób aby zmienić ich postrzeganie świata.

A co do samej cenzury: była kiedyś audycja związana z PRL-em, w której często sprawa owej cenzury się pojawiała. Dosyć zabawnie to wyglądało - kiedy po rozważaniach na ten temat zadzwonił słuchacz z pretensjami, że cały ten dzisiejszy budżet utrzymuje się z prywatyzacji tego, co w poprzednim systemie wypracowano. I w pół słowa został rozłączony. Program jest krótki, czas wypowiedzi ograniczony, lecz zwykle sygnalizuje się tym, którzy za bardzo się rozgadają, że należy kończyć, albo chociaż pozwala się im dokończyć zdanie i przejść do puenty. Ten słuchacz dopiero zaczął mówić... I nie skończył. No cóż, ideologia wolnorynkowa ma swoją cierpliwość...

I jeszcze konkluzja na koniec: słucham Trójki ze względu na dobrą muzykę i czasem niezłe audycje społeczne i kulturalne. Natomiast audycje ekonomiczne w tym, jeszcze raz powtórzę - publicznym, państwowym, utrzymywanym z abonamentu czyli środków społecznych, radiu... są jedną wielką promocją wolnego rynku. Rozgłośnia protestuje więc przeciwko temu, dzięki czemu istnieje.

Z kolei w stacjach prywatnych, komercyjnych, typu Radio Zet czy RMF obok tandetnej muzyki jedyne co się promuje to drętwe żarty i wąskie horyzonty prowadzących. Ciekawe zjawisko...

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia