Jesteś tu: Strona główna Artykuły Czy Dzierżyński zas...

Czy Dzierżyński zasługuje, by stanąć po jego stronie?

Dawid Jakubowski 04/02/2014

Książka dziennikarki „Tygodnika Powszechnego” i „Nowej Polszy” Sylwii Frołow o Feliksie Dzierżyńskim ("DZIERŻYŃSKI MIŁOŚĆ I REWOLUCJA", wyd. ZNAK) już w pierwszych dniach od swej premiery wydawniczej zdążyła wywołać burzę w środowiskach antykomunistycznych.  Autorka przystąpiła do badań nad życiorysem Dzierżyńskiego, nie spodziewając się, by mogła dostrzec w nim cokolwiek przełamującego obraz, jaki utrwalił się już w jej świadomości. W jej środowisku życiowym i zawodowym Dzierżyński postrzegany był i jest nadal jako  antypatyczny wampir i kat zasługujący na nienawiść i pogardę. Ona sama – jak przyznaje – nienawidziła go od dziecka przez skojarzenie jego postaci z przymusem życia w systemie, który oskarżała o wszystkie niedostatki, wierząc w lepsze życie na zachodzie. Jej pierwotnym zamierzeniem było zmierzenie się z tym „potworem” z dzieciństwa, na którego imienia ulicy się wychowała. Dlatego też nie ukrywa, że niespodziewane odkrycie nieznanego jej oblicza Dzierżyńskiego jako człowieka zasługującego na sympatię było dla niej szokiem.

Po początkowej zapowiedzi wydawnictwa, w której padło słowo terrorysta, spodziewałem się opowieści obliczonej na sensację, raczej ubarwiającej fakty, niż starającej się zaprezentować je w większym spectrum. Tymczasem Sylwię Frołow zainteresował Dzierżyński jako żywy człowiek, a nie postać z mitu i pomnika. Postanowiła poznać jego osobowość i dowiedzieć się co ją ukształtowało. W efekcie powstał szkic do portretu wielobarwnego i po raz pierwszy od długiego czasu w publikacji głównego nurtu towarzyszyła temu rzeczywista próba weryfikacji narosłych mitów i przekłamań. Wyzwanie to było bez wątpienia dla samej autorki doświadczeniem nowym, a materiały, z którymi się stykała, mnożyły sprzeczne emocje i nie mogło w tych warunkach dojść do ostatecznego rozprawienia się z całym balastem fałszerstw.  Nikt z tego zadania nie byłby w stanie przy pierwszym podejściu do tematu wywiązać się do końca. Niemniej jest to pierwsza od de facto niemal 30 lat praca ukazująca się w wydawnictwie komercyjnym, przypominająca fakty, które znajdowały się poza wiedzą większości krytyków Dzierżyńskiego, odrzucających z założenia publicystykę lewicową, starającą się przebić z częścią z faktów do szerszej wiadomości publicznej.

Duże wrażenie budzi sama próba naukowej krytyki źródeł podjęta przez Sylwię Frołow, przy widocznej chęci zastępowania poszukiwań sensacji samodzielną analizą. Dążąc do zdemaskowania ocen uproszczonych i powstałych na podstawie plotek i bałamutnych kłamstw beletrystów takich, jak Ossendowski czy Ronikier, autorka nie zawsze jest jednak w stanie oprzeć się sile innych tego typu „prawd”.  Stąd w jej podejściu do głównego bohatera i całego jego systemu przekonań zaznacza się wyraźna sprzeczność. Z jednej strony odczuwa ona autentyczną sympatię do Dzierżyńskiego jako człowieka, inteligentnego i wrażliwego humanisty o subtelnej osobowości i szlachetnych porywach. Pod wpływem tych emocji, których nie ukrywa, staje w jego obronie, traktuje go jako kogoś, kogo trudno nie polubić i zaznacza to, pisząc żartobliwie, że przeszła z nim na „ty”. Z drugiej strony jednak ma do niego pretensję, że będąc dobrym człowiekiem uwikłał się w system, który ocenia jednoznacznie. 

Stąd czytelnik znajdzie w jej książce także przypisywanie Feliksowi kochania ludzkości miłością inkwizytora, a do tego jeszcze bardziej bulwersujące porównania do Marata, czy wręcz banalnego zła, jakie Hannah Arendt przypisuje Eichmannowi. Szczególnie absurdalne jest porównanie postaci o tak skrajnie różnych biografiach, osobowościach i dorobku, reprezentujących zupełnie odmienne dążenia i poziom. Jeśli celem Dzierżyńskiego było społeczeństwo jednoklasowe, to jak sama autorka przyznaje, ani on, ani Lenin nie zamierzali tego osiągnąć drogą eksterminacji  i ludobójstwa.  Służbiści nazistowscy, jak Eichmann traktowali natomiast planowe zadanie wytępienia innych niż nordycka ras, jako jeden z wielu szczebli w ich karierze urzędniczej i politycznej.  Faktycznie, jeśli zdobywali się na jakieś gesty, nie czynili tego, jak sądziła Arendt, jedynie powodowani budzeniem się odruchów współczucia, ale najczęściej z myślą zabezpieczenia sobie alibi na wypadek przegrania wojny przez Niemcy, co dla wielu oficerów stawało się coraz bardziej jasne od momentu agresji na Związek Radziecki. Ponadto narodowy socjalizm został wykreowany po to, by wyprzeć  i zniszczyć  rosnące w warunkach światowego kryzysu kapitalizmu wpływy komunistyczne. Nie na darmo partie faszystowskie otrzymywały olbrzymie dotacje od rodzimych i zagranicznych przemysłowców i finansistów, jak też obcych rządów, a pierwszymi więźniami politycznymi w Rzeszy i wszystkich państwach odwołujących się do podobnej ideologii byli komuniści, traktowani jako wróg publiczny numer jeden, podobnie jak ich pisma polityczne - skazane na niebyt przez cenzurę.

Dzierżyński nie zasłużył na ocenę inkwizytora, gdyż bynajmniej nie był związany z systemem, który w takim kierunku zmierzał.  Autorka stawia błędne założenie, że dorobek bohatera jej książki można wpisać w kategorię prób humanizowania ustroju, który ma prowadzić nieuchronnie do nieludzkich rozwiązań. W związku z tym stwierdza, że wierzył on, że czyni dobro, ale na tym poprzestaje.  A przecież same wyniki jej  własnych badań naukowych mówią coś więcej. Pokazują niezbicie, że zarzuty wysuwane w stosunku do Dzierżyńskiego o rozpętanie terroru mylą adresata. Stając na czele WCzK  nie przemienił się on z bojownika o sprawiedliwość w oprawcę i ciemiężyciela, zdolnego wprawdzie do ludzkich gestów, ale wciąż stojącego po stronie, którą należy zdecydowanie potępić i zrzucić na nią odpowiedzialność za wojnę domową i terror. Jak pisałem w moim najnowszym opracowaniu o Dzierżyńskim przedrukowanym w dzienniku „Trybuna”:

„Do przemilczanych obecnie faktów należy, że do czasu wybuchu powstania lewicowych eserowców w sierpniu 1918 r. skutkującego rozstrzeliwaniem komunistów w 23 miastach Rosji, Lenin i Dzierżyński powstrzymywali egzekucje z przyczyn politycznych, mimo, że przeciwnicy rewolucji nie szczędzili zamachów przeciw władzy radzieckiej. Po przejęciu władzy w 1917 roku przez bolszewików najcięższą karą dla przeciwników politycznych było więzienie w zakresie roku, dwóch lub przyrzeczenie, że nie będą szkodzić władzy Kraju Rad. Dopiero biały terror wymusił konieczność obrony w postaci czerwonego terroru, inspirowanego i realizowanego zresztą na własną rękę również przez czynniki oddolne.

Wbrew komentatorom, którzy na siłę chcieliby przedstawić go jako dyszącego żądzą mordu potwora, Dzierżyński nie był zbrodniarzem łaknącym ofiar i krwi. Obecnie łatwo przemilczeć, że trwała okrutna wojna, kapitaliści potracili olbrzymie majątki w Rosji i tracili równie wiele pieniędzy na sponsorowanie bezwzględnej walki przeciwko bolszewikom. W sytuacji, jakiej się znalazł Dzierżyński, musiał przeciwstawić się tym, przeciwko którym przez całe życie konsekwentnie i z determinacją walczył. Biorąc pojmanych na spytki, umiał dostrzec przyczyny ich postępowania, odróżniał ludzi, którzy walczyli dla mamony od przypadkowo uwięzionych i walczących dla swojej idei. Tych drugich szanował i często uwalniał, jak chociażby wspomnianych wyżej anarchistów, czy księży, którzy musieli wywrzeć swoją pokorą i wiarą wrażenie na Feliksie. I nie ważne dla niego było czy ich wiara zgadzała się z jego, umiał uszanować ludzi takich jak on sam, ludzi przesiąkniętych ideowością i pragnieniem zmiany człowieka na lepsze”[1].

Sylwia Frołow pracowała nad przygotowaniem swojej książki przez cztery lata. Studiowała świadectwa historyczne i poznawała członków rodziny jej bohatera. Starała się wniknąć w jego osobowość i zachować uczciwość ocen. Już samo podjęcie tych  badań wzburzyło także jej bliskich, którzy wypominali jej, jak może zajmować się postacią mordercy, o czym wspomina w jednym z wywiadów. Mimo tych wysiłków i chęci obalania mitów, niektóre z nich autorka mimowolnie utrwala. W jej postrzeganiu historycznego ciągu przyczynowo-skutkowego sprawdza się znana i podkreślana także przez naukę marksistowską prawda, że ustroje polityczne oparte na klasowym ucisku utrzymują się dzięki temu, że alternatywa przeciw nim zostaje skompromitowana wszelkimi sposobami i przedstawiona jako coś z natury nierealnego, prowadzącego do jeszcze gorszej sytuacji niż utrzymywanie status quo. Przykładem ulegania takiemu myśleniu jest następująca linia obrony Dzierżyńskiego, jaką autorka ze szczerym przekonaniem podejmuje we wspomnianym wywiadzie, mimo, że towarzyszy temu chęć rozprawy ze stereotypowym myśleniem:

„On naprawdę dążył do sprawiedliwości. A cała tragedia polega na tym, że był idealistą i chciał wcielać w życie utopię. Jak świat światem, takie próby zawsze kończyły się źle. Bo ludzkości nie wolno uszczęśliwiać na siłę”[2].

Wypowiedź ta nawiązuje do treści plakatu, o którym autorka wspomina w swojej książce i który miał być rozwieszany po rewolucji. Napis na nim głosił: „Żelazną ręką zapędzimy was do szczęścia”. Autorka przypisuje Dzierżyńskiemu, że wierzył w jego przesłanie i że to jego największy grzech. Tymczasem rzeczowa analiza wykazuje, ze hasło to  zostało umieszczone na bramie obozu na Sołowkach już po śmierci Dzierżyńskiego. Przekazy, które sytuują je w okresie przedstalinowskim można śmiało uznać za apokryf.  Jeśli w dobie porewolucyjnej ktoś  propagowałby takie koncepcje, byłby co najwyżej sabotażystą, świadomie wypaczającym pewien passus „Państwa a rewolucji” Lenina, który Sylwia Frołow zresztą przytacza, mówiący o złamaniu żelazną ręką uzbrojonych robotników oporu wyzyskiwaczy stanowiących garstkę społeczeństwa. Każdy ze świadomych bolszewików odwołując się do tych słów zwracałby uwagę na kontekst, którym była potrzeba ujarzmienia mniejszości chwytającej się każdej zbrodni w obronie traconych przywilejów. To nie przekonywanie gwałtem było tu treścią, ale zapobieganie jego eskalacji. W jednej z późniejszych polemik, omawiając zagadnienie przemocy rewolucyjnej, Lenin detalicznie opisał sytuację, w której białogwardziści i ich agentura aresztują rewolucjonistkę i chcą ją zgwałcić i zamordować. W momencie, gdy przystępują do tej zbrodni, wkracza oddział uzbrojonych rewolucjonistów – robotników, którzy powstrzymują napastników, aresztują ich i uwalniają ich ofiarę. Jeśli oprawcy będą nadal dręczyć uwięzioną i otworzą ogień do wybawicieli, robotnicy mają moralne prawo użyć broni, a nawet położyć ich trupem. Lenin podkreślał pełne prawo moralne stojące za taką obroną, łącząc to z drwiną wobec burżuazyjnych filistrów broniących pacyfistycznych frazesów:

„Zapomi­nacie, że nowa władza nie spada z nieba, lecz wyrasta, powstaje obok starej, wbrew starej władzy, w walce przeciwko niej. Bez zastoso­wania gwałtu wobec gwałcicieli, mających w ręku narzędzia i organy władzy, nie można wy­bawić ludu od gwałcicieli.

Oto macie najprostszy przykład, p. Blank i p. Kiesewetter, abyście mogli przyswoić sobie tę niedostępną dla kadeckiego rozumu, ‘oszałamiającą’ dla kadeckiej głowy arcymądrość. Wyobraźcie sobie, że Awramow pastwi się nad Spiridonową i torturuje ją. Przypuśćmy, że po stronie Spiridonowej są dziesiątki i setki nieuzbrojonych ludzi, po stronie Awramowa garstka kozaków. Co zrobiłby lud, gdyby Spiridonową torturowano nie w katowni? Użyłby przemocy wobec Awramowa i jego świty. Poświęciłby może kilku bojowników zastrzelonych przez Awramowa, ale jednak siłą rozbroiłby Aw­ramowa i kozaków. Zabiłby przy tym naj­prawdopodobniej na miejscu kilku z tych, za pozwoleniem, ludzi, pozostałych zaś osa­dziłby w jakimś więzieniu, aby uniemożliwić im dalsze bezeceństwa i oddać ich pod sąd ludu.

Otóż widzicie, p. Blank i p. Kiesewetter:  kie­dy Awramow ze swymi kozakami torturuje Spi­ridonową, to jest to wojskowo-policyjna dykta­tura nad ludem. Kiedy rewolucyjny (zdolny do walki z gwałcicielami, a nie tylko do nakłania­nia, pouczania, ubolewania, potępiania, utyski­wania i narzekania, nie po mieszczańsku ogra­niczony, ale rewolucyjny) lud stosuje przemoc wobec Awramowa i Awramowów - to jest to dyktatura rewolucyjnego ludu. Jest to dyktatu­ra, ponieważ jest to władza ludu nad Awramowem, władza nie ograniczona żadnymi prawa­mi (mieszczuch prawdopodobnie byłby przeciw­ny temu, by Spiridonową odbić siłą Awramowowi: jest to, powie, niezgodne z «prawem»! Czy jest u nas takie «prawo», by zabijać Awra­mowa? Czy niektórzy ideologowie mieszczańst­wa nie stworzyli teorii niesprzeciwiania się złu przemocą?)”[3].

Ten wywód w notatkach Lenina z października 1920 r. powinien uzmysłowić, że bynajmniej nie chodziło o zapędzanie ludzkości siłą do szczęścia, lecz o ludową samoobronę powstrzymującą wszelkimi koniecznymi środkami przemoc i zbrodnie. Dla zwolenników  bredni rozpowszechnianych do dziś przez popularne portale i tendencyjną literaturę, że przywódca bolszewików nigdy nie współczuł „swoim ofiarom” powinno być szokiem, gdy określa on sadystów – zbrodniarzy mianem „za pozwoleniem, ludzi”. Czyż nie przyklasnęli by zresztą tym słowom związanym z okrucieństwem epoki wszyscy współcześni zwolennicy kary śmierci za popełnione zbrodnie i recydywę patologii społecznych? Być może nie, gdyby nie wiedzieli, że Lenin piętnował również ekstremizm i te nadużycia, którym winni byli komuniści[4].

Autorka uważa, że odgórne próby ukrócenia nadużyć, mimo stojących za nimi dobrych intencji, zamiast powstrzymać demoralizację, pogłębiały ją tylko i tworzyły samonapędzające się koło represji. Sama jednak publikuje fakty poświadczające, że koło przemocy napędzało nie co innego, tylko nieustanne i nie podlegające kontroli masowe zbrodnie białych. A gdy także po ich stronie trafiał się ktoś, kto zamierzał z nimi walczyć (w książce jest to przykład Nestora Machno) i tak nie liczono się z nim. To w jaki sposób Sylwia Frołow odnosi się do jego „trzymania w ryzach zapędów swoich ludzi” i braku możności zapanowania nad nimi, równie dobrze można odnieść w pewnych sytuacjach do Lenina i Dzierżyńskiego. Jest na to aż nadto dowodów.

Jednym z bardziej znamiennych jest reakcja Lenina na bunt białogwardyjski, jaki wybuchł na Krymie. 6 grudnia 1920 r. stwierdzał: „Dziś na Krymie jest 300 000 burżuazji. To źródło przyszłej spekulacji, szpiegostwa, wszelkiej pomocy dla kapitalistów. Lecz my się ich nie boimy. My mówimy, że ich przyjmiemy, wyprostujemy, podporządkujemy, przekształcimy”. Gdy już doszło do obustronnych krwawych walk, wypowiedział się Dzierżyński:  „Widzicie, tutaj popełniono wielki błąd. Krym był głównym gniazdem białogwardzistów, więc aby rozwalić to gniazdo, posłaliśmy tam towarzyszy z absolutnie nadzwyczajnymi uprawnieniami. Lecz w żaden sposób nie mogliśmy pomyśleć, że oni TAK wykorzystają te pełnomocnictwa”[5].  Autorka wspomina depeszę wysłaną przez Dzierżyńskiego 16 listopada 1920 r. do szefa WCzKw Symferopolu Wasilija Mancewa z następującej treści poleceniem: „Zróbcie wszystko, by z Krymu nie uszedł na ląd stały żaden białoarmista”. Depesza, której treść poznała po latach odcisnęła się także na losach jej pradziadka Matwieja, pułkownika znajdującego się wśród 857 żołnierzy Wrangla straconych z rozkazu trójki kierowanej przez Mancewa. Jakkolwiek za takim rozporządzeniem Dzierżyńskiego nie stały mordercze intencje, a jedynie chęć powstrzymania jatki, realia  wojny domowej pokazały także na tym przykładzie, że obie strony we wzajemnym starciu nie przebierały w środkach. Przywódcy bolszewiccy nie ukrywali faktu niemocy zapanowania nad chaosem i zakorzenionym barbarzyństwem. W sprawozdaniu politycznym KC na XI Zjazd RKP (b) z 27 marca 1922 r. w podsumowaniu minionego okresu, Lenin tłumaczył, dlaczego mimo, że wrogowie wyśmiewali to, że uchwały i zarządzenia rewolucjonistów są często sabotowane, wydawano je nadal:

„Jeśli jednak idzie o pracę prak­tyczną, to sytuacja wygląda tak, że jeśli komuniści nie zdołają udzielić rzeczowej pomocy masom chłopskim, to masy te ich nie poprą. Główna uwaga nie powinna kon­centrować się na wydawaniu ustaw, jak najlepszych de­kretów itd. Mieliśmy okres, kiedy dekrety stanowiły for­mę propagandy. Szydzono z nas, mówiono, iż bolszewicy nie pojmują tego, że ich dekrety nie są wykonywane; w związku z tą sprawą cała prasa białogwardyjska kpi sobie z nas na potęgę — jednakże okres ten był uzasad­niony, kiedy bowiem bolszewicy ujęli władzę w swe ręce powiedzieli szeregowemu chłopu, szeregowemu robotni­kowi: chcielibyśmy, żeby państwem rządzono właśnie tak — macie dekret, spróbujcie. Nasze poglądy polityczne przedstawialiśmy od razu zwykłemu robotnikowi i chłopu w postaci dekretów. W rezultacie zdobyliśmy owo wielkie zaufanie, które miały i mają do nas masy ludowe. To sta­dium, ten okres był niezbędny na początku rewolucji — w przeciwnym razie nie stalibyśmy na czele fali rewolucyj­nej, lecz wleklibyśmy się w ogonie, a ci wszyscy robotnicy i chłopi, którzy pragnęli zbudować życie na nowych pod­stawach, nie mieliby do nas zaufania”[6].

 

Jak pisał prof. Konstanty Grzybowski, dawniej, przed wojną związany z obozem konserwatywnym, Lenin „był zdania, że „’sprawa socjalizmu będzie zabezpieczona’, ‘warunek zwycięstwa socjalizmu’ zagwarantowany, jeśli będzie istnieć ‘kontrola robotnicza nad fabrykami, następujące po tym ich wywłaszczenie, nacjonalizacja banków, utworzenie najwyższej rady ekonomicznej, regulującej całą gospodarkę narodową”[7].

Trzeba podkreślić, że we wspomnianym wyżej wywiadzie, podobnie jak w swojej książce, Sylwia Frołow obala mit, że dyktatura proletariatu oznaczała w założeniu masowe morderstwa. Jej zdaniem „Lenin naiwnie myślał, że wystarczy odstawić pokazówkę, rodzaj teatru, aby naród się podporządkował. Aresztować kilku burżujów, zabrać im majątki, zmusić do samokrytyki i wypuścić. Inni wtedy pójdą za ich przykładem. Nagle jako nowy władca został skonfrontowany z rzeczywistością, w której Rosja wciąż prowadziła wojnę zewnętrzną, panował porewolucyjny chaos, społeczeństwo z dnia na dzień coraz bardziej się demoralizowało, grasowały bandy, gwałcąc i mordując, no i szykowała się wojna domowa”[8].

Należało by podsumować kilka kwestii. Jak już wspomniano, celem leninowskiego projektu bynajmniej nie było uszczęśliwienie społeczeństwa na siłę, jakkolwiek prawdą jest, że Lenin nie planował masowych mordów. Jego koncepcja nie polegała jednak na podporządkowaniu narodu, ale jedynie stawiającej bezwzględny opór garstki wyzyskiwaczy w obronie traconych przywilejów. Pojęcie dyktatury proletariatu oznaczało zaś treść klasową władzy w opozycji do dyktatury burżuazji i zostało już przed Leninem opisane w pracach Marksa i Engelsa. Oprócz teatru, o którym wspomina autorka, znacznie większą rolę przekonującą do nowego ustroju miała odgrywać zgodność teorii z praktyką rewolucyjną, a szczególnie większe osiągnięcia planowej i uspołecznionej gospodarki i odnoszone z niej korzyści społeczne w przeciwieństwie do półfeudalnego zacofania, jakie charakteryzowało wcześniejsze rządy.  Nie wiem też, czy przystoi określenie „nowy władca Rosji” wobec działacza, który, gdy w grudniu 1920 r. zepsuł się mu samochód, udał się piechotą przy 20. stopniowym mrozie do najbliższej stacji kolejowej i zabraniając naczelnikowi stacji, który zdumiony stał z otwartymi ustami, podstawienia specjalnego składu, powrócił do Moskwy najwcześniejszym pociągiem towarowym[9].

Podobne  zdarzenia można, jeśli ktoś chce, interpretować jako przejaw przesadnej konsekwencji, niekiedy uciążliwej dla otoczenia, ale prezentują one Lenina zupełnie innego niż przedstawia go w swojej książce Sylwia Frołow. Kreśli ona jego obraz jako kogoś kto uważa się za geniusza, nieledwie Boga kierującego procesem rewolucyjnym i ustalającego rządzące nim prawidła. Stosunki między nim a Dzierżyńskim wyglądają tam jak typowa relacja między szefem a podwładnym-służbistą. Dzierżyński musi czynić to, co każe Lenin, czy się z tym zgadza, czy nie. Czasami jego opinia może być wysłuchana, ale to do wodza rewolucji należy ostanie słowo. Tymczasem Lenin bynajmniej nie wynosił się ponad swoich współpracowników. Potrafił ostro skrytykować nie tylko ich pracę, gdy dostrzegł błędy, ale piętnował i te, które sam popełniał. W publicznym wystąpieniu 30 grudnia 1920 r. na wspólnym posiedzeniu delegatów Rad, Moskiewskiej i Ogólnorosyjskiej Rady Związków Zawodowych oraz członków RKP (b) w dyskusji poświęconej związkom zawodowym przyznał, że nawymyślał sobie od głupców za to, że w poprzednim referacie na ten temat na V Ogólnorosyjskiej Konferencji Związków Zawodowych z początków listopada tego roku przeoczył projekt rezolucji w tej sprawie napisany przez Jana Rudzutaka[10].

Błędna jest także zawarta w książce sugestia, że Lenin formułował swój system poglądowy w oparciu głównie o niemiecką szkołę myślenia, czy też, że jego wyobrażenie społeczeństwa socjalistycznego w okresie przejściowym ograniczało się do podobieństwa do poczty, z jaką miał do czynienia na emigracji w Szwajcarii. Czyniąc takie porównanie w „Państwie a rewolucja” bynajmniej nie wyczerpywał zagadnienia. Obcy był mu automatyzm podsuwający proste wizje kopiowanych rozwiązań. Nie ograniczał swoich zainteresowań do  filozofów reprezentujących jeden kraj, czy krąg kulturowy.  Interesowało go zgłębienie całego dorobku myśli naukowej od czasów starożytnych i tą pasją pragnął zarażać. Był miłośnikiem filozofii, studiując zapamiętale dzieła myślicieli z różnych epok, ale podchodził do niej realistycznie, sprawdzając naukowo jej zgodność z praktyką. Nade wszystko Lenin chciał obudzenia nieskończonych pokładów innowacyjności i samodzielnego współkształtowania życia społeczno-politycznego, do czego stopniowo miało się włączać coraz więcej robotników, a w końcu i obywateli. W „Zadaniach Związków Młodzieży” – przemówieniu do młodych komsomolców z 2 października 1920 r. zawarł rady, by nie ograniczali oni swego horyzontu poznawczego wyłącznie do haseł i teorii komunistycznej, ale nauczyli się poznawać i krytycznie interpretować przy wykorzystaniu marksistowskich narzędzi cały dorobek myśli ludzkiej. Postulował równocześnie odrzucenie nauki metodą bezmyślnego wkuwania, czy dawnej tresury na rzecz rozumnego przyswajania[11].

Czy te założenia o wszechstronnym i całkowicie samodzielnym  myślowo społeczeństwie można zaklasyfikować jako utopię? Lenin doskonale zdawał sobie sprawę, że spadek carskiej tresury postępowania i myślenia, podobnie jak barbarzyństwo, nie zostanie przezwyciężony w krótkim czasie, dlatego wskazywał jedynie odpowiednią ścieżkę, która w konkretnych okolicznościach może w dłuższej perspektywie doprowadzić do osiągnięcia tego celu. Tak samo, rozumiał odległość perspektywy przejścia do komunizmu, jak i postulowanego zniesienia podziału pracy na umysłową i fizyczną. Zaznaczał jedynie jakie korzyści przyniosłyby pewne rozwiązania, ale zarazem podkreślał, że droga do ich realizacji jest daleka i bez pracy w tym kierunku nie zostanie nigdy osiągnięta nawet w minimalnym zakresie.  Charakterystyczne, że ten sam Lenin, który uważał, że zniknięcie opresyjnych stosunków produkcji stopniowo będzie likwidowało jej cechowość i rozgraniczenie pracy na fizyczną i umysłową, równocześnie postulował wypieranie biurokratyzmu przez profesjonalizm w połączeniu z uczciwością i uaktualnianiem wiedzy. Autorka nie ma racji, sądząc, że tylko Dzierżyński doceniał fachowców i że Lenin chciał powierzyć władzę ludziom do tego nieprzygotowanym.

„Trzeba przyjąć za regułę: lepiej mniejsza ilość, ale wyższa jakość. Trzeba przyjąć za regułę: lepiej w ciągu dwóch lat, nawet trzech, aniżeli na chybcika, bez jakiejkolwiek nadziei uzyskania solidnego materiału ludzkiego. Wiem, że regułę tę trudno będzie utrzymać i zastosować do naszej rzeczywistości. Wiem, że przez tysiące szczelin będzie u nas torowała sobie drogę reguła przeciwstawna. Wiem, że będzie tu potrzebny opór gigantyczny, wytrwałość diabelna, że praca będzie tu, przynajmniej w pierwszych latach, diabelnie niewdzięczna; mimo to jestem przekonany, że tylko taką pracą zdołamy dopiąć celu i że dopiero po osiągnięciu tego celu stworzymy republikę rzeczywiście godną nazwy radzieckiej, socjalistycznej itd. itd. itp.”[12] – pisał Lenin w tekście Lepiej mniej, ale lepiej z 2 marca 1923 r,, krytykując pracę Inspekcji Robotniczo-Chłopskiej kierowanej przez Stalina i ogólnie styl pracy radzieckich urzędów.

To, na ile możliwy był do osiągnięcia początkowy etap tego procesu pokazuje wyraźnie opis pogrzebu Lenina zachowany w dziennikach dziadka Leonida Mleczina, wówczas 20-letniego studenta moskiewskiej Wyższej Szkoły Technicznej: „27 stycznia przyszedłem na Plac Czerwony, gdzie płonęły ogniska. Przy ogniu grzali się milicjanci - było ich bardzo mało - równie nieliczni czerwonoarmiści oraz ludzie, którzy przyszli pożegnać się z Leninem.

Kto wpadł na pomysł, by w tych mroźnych dniach przywieźć opał i w kilku miejscach placu rozpalić ogniska? Ten człowiek sam zasługuje na pomnik. Nie tylko dlatego, że uratował przed odmrożeniami setki, a może nawet tysiące ludzi. Pokazał naocznie, co należy robić nawet w takich chwilach, gdy wszystkie sprawy bieżące, codzienne, powszednie wydają się nieważne, ulotne, trzeciorzędne.

Do Sali Kolumnowej, a następnie na Plac Czerwony, poszliśmy we dwóch z Mironem Borysowiczem Wolfsonem. Był to rewolucjonista ze starej szkoły, dwa lub trzy razy uciekał z najcięższego, zabójczego zesłania w Wierchojańskim Kraju, pokonując tysiące kilometrów nie przebytej tajgi, gdzie nic można znaleźć żadnego schronienia ani pożywienia [ … ]. Na Plac Czerwony dostaliśmy się bez trudu. Ludzi było dużo, ale żadnego ścisku, żadnego bałaganu. I mało milicji. Porządek panował jakoś sam z siebie. Nie było ogromnego tłumu: szły tysiące ludzi i każdy instynktownie znał swoje miejsce, nikt się nie tłoczył, nie przepychał, nie starał się wyrwać do przodu, przed innych.

Takiego pozornie przez nikogo nie kontrolowanego, naturalnie utrzymywanego porządku nigdy już później nie widziałem, ani podczas defilad, ani demonstracji: z roku na rok przybywało podczas tych uroczystości stróżów porządku, natomiast wewnętrzna dyscyplina i samoorganizacja mas malały. Ludzie z podziwu godnym uporem oduczali się samodzielnie poruszać się po życiu... I po ulicach także..."[13].

 

Uważny czytelnik mający wiedzę historyczną dostrzeże także w książce błędy merytoryczne.  Na przykład, mimo krytyki Ossendowskiego, z drugiej strony autorka go chwali za pracę agenturalną po stronie białych (których zbrodniom także poświęca niemało miejsca), twierdząc, że to jego zasługa, że upublicznił dowody rzekomego szpiegostwa Lenina na rzecz Niemiec i finansowania bolszewików przez bankierów z USA. Broni go, że przywódców bolszewickich znał jedynie z anegdot. A przecież Ossendowski nie mógł nie wiedzieć, że zmyśla. Tak zwane dokumenty Sissona, mające dowodzić szpiegowskich powiązań Lenina okazały się fałszywką już w 1956 r. Pisze o tym także Andrzej Witkowicz, którego opracowanie „Wokół terroru białego i czerwonego 1917-1923” autorka także wykorzystuje w bibliografii. Na marginesie dodam, że nie przeszkadza to współczesnym antykomunistycznym historykom, jak Antony C. Sutton wykorzystywać te obszerne materiały, by fałszywie obciążać bolszewików stałą współpracą z Wall Street.

Sylwia Frołow podtrzymuje też mit demokratycznych rządów Kiereńskiego, który wbrew namowom Sawinkowa nie wprowadził stanu wyjątkowego. Jej zdaniem rząd tymczasowy nie był w stanie zapanować nad sytuacją w kraju, wskutek kryzysu i głodu spowodowanego przez przeciągający się udział Rosji w I wojnie. Zapomina jednak, że rząd ten utracił legitymację wskutek sprzeniewierzenia obietnic wycofania się kraju z tej międzynarodowej rzezi. Owa władza ukrywająca za szyldem demokratycznym, a nawet i lewicowym, była realną dyktaturę wielkiego kapitału, podobnie jak i carat nie przebierała w środkach w walce z rosnącym w siłę ruchem rewolucyjnym. Już w lipcu 1917 r. pokazała swoje prawdziwe oblicze częstując kulami robotników żądających władzy rad. W liście do robotników Europy i Ameryki z grudnia 1918 r. Lenin wspominał tamte fakty:

„Przeżyliśmy w Rosji latem 1917 roku ‘dni lipcowe’, kiedy rosyjscy Scheidemannowie, mienszewicy i eserowcy, również ‘w interesie państwa’ osłaniali ‘zwycięstwo’ białogwardzistów nad bolszewikami, kiedy na ulicach Piotrogrodu kozacy linczowali robotnika Woinowa za rozpowszechnianie bolszewickich odezw. Wiemy z doświadczenia, jak szybko takie ‘zwycięstwa’ burżuazji i jej pachołków leczą masy z iluzji burżuazyjnego demokratyzmu, ‘ogólnoludowego głosowania’ i tym podobnych”[14].

Mało kto wie, że te same siły, mając na sztandarach stale i nieprzerwanie frazesy o demokracji, a nawet odwołujące się przedtem do haseł lewicowych, nie miały żadnych skrupułów, by, gdy zostały obalone przez bolszewików, zorganizować obozy pracy i więzienia, w których więziono przeciwników politycznych. 

Nie przypadkiem współczesna historiografia milczy jak zaklęta o tym, kto jako pierwszy zarządził powołanie sołowieckiego obozu pracy na terenie dawnego więziennego kompleksu carskiego. Wówczas cały dyskurs o głoszącej demokratyczne hasła Konstytuancie, od którego miejscami nie jest także wolna książka Sylwii Frołow, okazałby się kolejnym wielkim kłamstwem historii, które należałoby obalić. Podwaliny tego obozu kładł bowiem nie kto inny, tylko Rząd Północny z siedzibą w Archangielsku kierowany przez gen. Jewgienija Millera i działacza eserowskiego Nikołaja Czajkowskiego. Rząd ten składał się z byłych deputowanych Konstytuanty.  Zaiste prawdziwe oblicze „wolności” ograniczonej do haseł pokazali oni, gdy 3 lutego 1919 r. wydali rozkaz na mocy którego obywatele, których działania uznano  za szkodliwe, mieli podlegać aresztowi i zesłaniu w pozasądowym trybie.

Jak pisałem w artykule „Czy Józef Stalin był demokratą? Polemika z artykułem dra Tomasza Sommera” drukowanym także w wersji skróconej w Trybunie:

„Zgodnie z tym, co napisał badacz historii wojny domowej P. A. Golub, politycy ci w późniejszej działalności obarczali bolszewików winą za powołanie tego obozu, przemilczając, że przetarcie drogi w tym kierunku było ich zasługą. Istnieją dane mówiące, że zanim dyktatura Millera i Czajkowskiego, otwarcie popierających zachodnią demokrację, upadła w roku 1920, w więzieniach i obozach pracy przymusowej białych na tych terenach zdążyło znaleźć się ok. 11% ówczesnej ludności Północnej Rosji.

W tym czasie istniały rzecz jasna radzieckie miejsca odosobnienia w Pertomińsku, Chołmogorach i koło Archangielska. Jednak ani współczynnik karceryzacji ani warunki w nich panujące nie dają się podciągnąć pod kategorię totalitaryzmu. Mimo iż wojna domowa wymuszała stosowanie takich środków, utrzymywały się one w tym czasie z pieniędzy lokalnych, bez finansowego wsparcia Moskwy. Dokumenty władz bolszewickich zawierają także czytelne kryteria pozbawiania wolności.

28 lutego 1920 roku, miesiąc po zniesieniu kary śmierci, Dzierżyński podpisał rozporządzenie prezydium WCzK nr 21, które brzmiało: Zanim dokona się aresztowania tego czy innego obywatela, koniecznie należy wyjaśnić, czy jest ono potrzebne. Często można prowadzić śledztwo bez aresztowania, ograniczając się do innych środków: podpisania deklaracji o nieopuszczaniu miejsca zameldowania, kaucji itd., itp. i doprowadzić sprawę do końca. Dzięki temu CzK osiągnie to, że aresztowane będą tylko te osoby, których miejsce jest w więzieniu, a pozbędzie się niepotrzebnych i szkodliwych drobnych spraw, które tylko sprawiają kłopot, powodują przeciążenie CzK pracą, co pozbawia ją możliwości zajęcia się poważnymi sprawami...

Z kolei na mocy rozporządzenia nr 186 z 30 grudnia 1920 roku, kierownictwo WCzK zaleciło, by aresztowanych za działalność polityczną członków różnych partii antyradzieckich traktować nie jako osoby ukarane, ale czasowo izolowane od społeczeństwa dla obrony interesów rewolucji, a warunki ich przetrzymywania nie powinny mieć charakteru represyjnego.

Natomiast okrutne  i nieograniczone zbrodnie białych w wielu rejonach byłego imperium carskiego zaczynały budzić coraz większe protesty nawet wśród zażartych przeciwników czerwonych, jak np. baron Budberg, którego wspomnienia odnotowują odrazę postępowaniem degeneratów podcinających ścięgna uwięzionym bolszewikom i oddających ich na egzekucję Chińczykom, a ich wnętrznościami wyściełających masowe groby”.[15]

 
Ciąg dalszy w części drugiej...


[1] Dawid Jakubowski - my - komuniści, powinniśmy żyć tak... F. Dzierżyński: http://lewica.pl/blog/jakubowski/28639/, wersja skrócona, p.t. Nieznany Feliks Dzierżyński: dziennik Trybuna nr 109, 25.10.2013, s.16-17

[2] Sylwia Frołow - Spodziewałam się kontrowersji, pisząc książkę na temat Feliksa Dzierżyńskiego: http://wiadomosci.onet.pl/swiat/sylwia-frolow-spodziewalam-sie-kontrowersji-piszac-ksiazke-na-temat-feliksa/0dpzy

[3] W.I. Lenin – Przyczynek do historii zagadnienia dyktatury (notatka), w:  Lenin - O dyktaturze proletariatu (wybór). Ksiażka i Wiedza, Warszawa 1982,s.298-299

[4] Więcej na ten temat w: Andrzej Witkowicz – Wokół terroru białego i czerwonego 1917-1923, Książka i Prasa, Warszawa 2008; Dawid Jakubowski - Lenin, przemoc i egzekucja carskiej rodziny: http://www.konserwatyzm.pl/artykul/10372/lenin-przemoc-i-egzekucja-carskiej-rodziny

[5] Rieabilitirowannyje istorijej. Awtomnaja Riespublika Krym, http://www.reabit.org.ua/files/store/Kr.Tom1.pdf, dostęp: 22.08.2010

[6] W. I. Lenin - O normach życia partyjnego i zasadach partyjnego kierownictwa, Książka i Wiedza, Warszawa 1975, s. 448-449

[7] Konstanty Grzybowski - Refleksje sceptyczne T. I, „Książka i Wiedza", Warszawa, styczeń 1970 r.  Wyd. I, s. 229

[8] Sylwia Frołow - Spodziewałam się kontrowersji, pisząc książkę na temat Feliksa Dzierżyńskiego: http://wiadomosci.onet.pl/swiat/sylwia-frolow-spodziewalam-sie-kontrowersji-piszac-ksiazke-na-temat-feliksa/0dpzy

[9] Laszlo Gyurko – Lenin – Październik, przełożył Tadeusz Olszański, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1970, s.11

[10] Włodzimierz Lenin – O związkach zawodowych, Wybór, Książka i Wiedza, Warszawa, 1982, s.85

[11] Włodzimierz Lenin – Zadania Związków Młodzieży, przemówienie wygłoszone na III Ogólnorosyjskim Zjeździe Komunistycznego Związku Młodzieży Rosji 2 października 1920 r., Książka i Wiedza, Warszawa 1950, wersja elektroniczna: http://www.1917.net.pl/?q=node/152

[12] Włodzimierz Lenin – Lepiej mniej, ale lepiej, Dzieła Wszystkie, tom 45, Warszawa 1989, wersja elektroniczna: http://www.marxists.org/polski/lenin/1923/03/lepiej_mniej.htm

[13] Leonid Mleczin - Ojcowie terroru, t. I, tłumaczyła Anna Kędziorek, Wydawnictwo Adamski i Bieliński Warszawa 2003, s.57-58

[14] Włodzimierz Lenin- List do robotników Europy i Ameryki,  opublikowany 21 01 1919, W.I.Lenin – Dzieła, t.28, Warszawa 1955, s.453 

[15] Dawid Jakubowski – Czy Józef Stalin był demokratą? Polemika z artykułem dra Tomasza Sommera http://www.konserwatyzm.pl/artykul/11058/czy-jozef-stalin-byl-demokrata-polemika-z-artykulem-dra-toma

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia