Jesteś tu: Strona główna Artykuły Fidel Castro: niepodle...

Fidel Castro: niepodległość albo śmierć!

Dawid Jakubowski 22/08/2014

13 sierpnia 2014 r. lider rewolucji kubańskiej i wieloletni przywódca państwa i partii komunistycznej dr Fidel Castro Ruz skończył 88 lat. Emerytowany od 8 lat rewolucjonista o poglądach marksistowsko-leninowskich nazywany przez swoich licznych zwolenników "Dowódcą", a sam określający siebie mianem żołnierza idei wciąż prowadzi aktywne życie, m.in. spotykając się z różnymi postaciami ze świata polityki i intelektualistami oraz pisząc artykuły na tematy dotyczące krajowych i zagranicznych problemów. Jego szczególnym zainteresowaniem cieszą się kwestie związane z zagrożeniami ekologicznymi, a także problematyką nowych technologii produkcji żywności. Prowadzi też własną farmę.

Z okazji urodzin Fidela Castro, przyjaciela i towarzysza walki Che Guevary, w imieniu własnym i Redakcji portalu „Socjalizm Teraz” składam mu najserdeczniejsze życzenia wszelkiej pomyślności i dalszej owocnej pracy, której celem było i pozostało dobro innych.

Dla zilustrowania i przybliżenia myśli społecznej i dotychczasowego dorobku Fidela Castro rekomenduję poniższe niedługie fragmenty jego tekstów przekazujące jego myśli dotyczące istoty procesu rewolucyjnego i zagrożeń dla Ameryki Łacińskiej związanych z imperialistycznymi zakusami Stanów Zjednoczonych.

Dawid Jakubowski

 

Rewolucja zmienia, co powinno ulec zmianie

Rewolucja ma wyczucie historycznego momentu; ona zmienia wszystko, co powinno ulec zmianie; ona oznacza pełne równouprawnienie i wolność; ona ma służyć byciu traktowanym po ludzku i takiemu traktowaniu innych; ona ma moc wyzwalającą sama przez się i przez nasze własne wysiłki; to przeciwstawienie się potężnym siłom działającym w ramach środowiska narodowego i społecznego i poza nimi; ona staje w obronie wartości, w które wierzymy za cenę wszelkich poświęceń; ona oznacza skromność, bezinteresowność, altruizm, solidarność i bohaterstwo; ona ma za cel prowadzenie walki ze śmiałością, inteligencją i realizmem; ona oznacza nigdy nie kłamać ani nie łamać zasad etycznych; to głębokie przekonanie, że nie istnieje na świecie siła zdolna zgnieść siły prawdy i idei.. Rewolucja jest jednością, niezależnością; ona ma walczyć o realizację naszych marzeń o sprawiedliwości dla Kuby i dla świata, będąc podstawą naszego patriotyzmu, naszego socjalizmu i naszego internacjonalizmu.

[Fragment przemówienia z okazji Święta Pracy 1 maja 2000 r.]

 

Ojczyzną jest ludzkość

My, Kubańczycy, możemy być dumni, że jesteśmy świadomi odpo­wiedzialności historycznej, jaka w długiej walce o wolność i sprawie­dliwość spoczywa na naszym narodzie. Dysponujemy też duchem internacjonalistycznym, ukształtowanym przez 42 lata walki z najpotęż­niejszym imperium, jakie kiedykolwiek istniało, co uprawnia nas do stwierdzenia, że doskonale rozumiemy i przyswoiliśmy sobie niezwy­kłą ideę Marti wyrażoną w słowach: „Ojczyzną jest ludzkość".

Nigdy nie zrezygnujemy z zasad, jakie przyjęliśmy w walce, w której chodziło o zaprowadzenie w naszej ojczyźnie sprawiedliwości poprzez położenie kresu wyzyskowi człowieka przez człowieka, na­tchnieni doświadczeniami dziejowymi ludzkości i myślą najwybitniej­szych teoretyków i promotorów socjalistycznego systemu produkcji i dystrybucji bogactw, jedynego, jaki jest w stanie stworzyć naprawdę sprawiedliwe i ludzkie społeczeństwo: Marksa, Engelsa, a następnie Lenina. Nigdy nie zapomnieliśmy ich imion - w przeciwieństwie do wielu renegatów i tchórzy.

Już 16 kwietnia 1961 r., w przeddzień podstępnego ataku imperiali­stycznego na plaży Girón, w którym chodziło o zajęcie skrawka nasze­go terytorium i o zainstalowanie na nim rządu mającego jedynie utoro­wać drogę krwawej interwencji obcych wojsk w naszej ojczyźnie, mia­łem przywilej proklamowania socjalistycznego charakteru naszej rewo­lucji. Dla tej świętej sprawy naród nasz szczodrze przelał swoją krew, podobnie jak w dniach kryzysu październikowego 1962 r. potrafił ze spartańską odwagą narazić raczej swoje przetrwanie, niż pójść na nie­godne ustępstwa. Z taką samą odwagą potrafił wykonać chwalebne mi­sje internacjonalistyczne walcząc z kolonializmem i odrażającym reżi­mem apartheidu - spadkobiercą nazizmu i do końca swojego ponurego istnienia wspólnikiem Zachodu. W walce z kolonializmem i aparthei­dem krew przelali również Kubańczycy, a przecież nie posiadamy tam - ani w Angoli, ani w żadnym innym zakątku Afryki - ani jednej in­westycji, ani jednego metra kwadratowego ziemi, ani jednej śruby w fa­bryce. Oto co nas odróżnia od imperium i jego sojuszników. Oto co w walce na idee wynosi nasze morale ku gwiazdom.

[Fragment przemówienia z okazji Święta Pracy 1 maja 2001 r.]

 

Ameryce Łacińskiej i Karaibom grozi aneksja

Przez prawie dwa stulecia ludność tubylcza Ameryki Północnej oraz narody Ameryki Łacińskiej i Karaibów padały ofiarą ekspansjonistycznej polityki Stanów Zjednoczonych - parcia na zachód i połu­dnie pierwotnego terytorium Trzynastu Kolonii, które w 1776 r. uwol­niły się od panowania angielskiego i ogłosiły niepodległość. Najpierw, w toku parcia na zachód, Stany Zjednoczone dokonały niemal całkowi­tej eksterminacji Indian. Następnie, w 1835 r., doprowadziły do nie­podległości Teksasu, w którym uprzednio osiadło wielu kolonistów północnoamerykańskich. W 1847 r. najechały Meksyk, rozpętując przeciwko niemu brutalną wojnę i w rezultacie, w lutym 1848 r., zagar­nęły 55 proc. jego terytorium. Tak oto Stany Zjednoczone, po wyni­szczeniu Indian i wysiedleniu ich z terenów, jakie zamieszkiwali od niepamiętnych czasów, po wykupieniu terytoriów należących do daw­nych metropolii europejskich, anektowaniu innych, jak to było w przy­padku Teksasu, i podboju jeszcze dalszych, jak te, które zabrały Me­ksykowi, zasilane w drugiej połowie XIX w. wielkimi migracjami z Europy, już wówczas stały się potężnym i kwitnącym państwem, pod­czas gdy, w wyniku walk wszczętych przez Wenezuelę w 1810 r. na obszarze byłego imperium hiszpańskiego od Patagonii po granice z Ka­nadą powstały odrębne i izolowane państwa.

20 czerwca 1898 r. Stany Zjednoczone dokonały interwencji woj­skowej na Kubie, która w rezultacie bohaterskiej i przewlekłej walki swoich najlepszych synów znajdowała się o krok od uzyskania niepod­ległości, podczas gdy Hiszpania była wyczerpana i zrujnowana. Stany Zjednoczone okupowały nasz kraj przez prawie cztery lata.

W 1902 r. ich wojska opuściły wyspę, przy czym najpierw zasadzi­ły na niej neokolonię, w której zasoby naturalne, grunty i służby pu­bliczne pozostały w ich rękach, co gwarantowała narzucona naszej kon­stytucji poprawka dająca im prawo do interwencji wojskowych. Chwa­łą okryta partia, którą stworzył Marti, została rozwiązana, a Armia Wyzwoleńcza, która walczyła przez trzydzieści lat, została rozbrojona. Jej miejsce zajęła instytucja wojskowa, zorganizowana i wyszkolona przez Stany Zjednoczone na wzór i podobieństwo swojej własnej ar­mii. Nieraz, pod jakimkolwiek pretekstem, Stany Zjednoczone korzy­stały z arbitralnego prawa do interwencji.

Portoryko, kraj, który w swoich dążeniach wyzwoleńczych jest bli­źniaczą siostrą Kuby - „u ptaka są dwa skrzydła" - stał się kolonią Sta­nów Zjednoczonych i po dziś dzień taka jest jego smutna kondycja. Na Haiti, w Republice Dominikańskiej, Gwatemali, Nikaragui i innych państwach Ameryki Środkowej, a nawet w Meksyku, wielokrotnie do­szło do bezpośrednich lub pośrednich interwencji wojskowych Stanów Zjednoczonych. Okupowały one Przesmyk Panamski, aby dokończyć budowy strategicznego kanału i zapewnić sobie nad nim kontrolę; za­rządzały tym kanałem przez prawie sto lat. Przenikanie do pozostałych państw Ameryki Południowej przebiegało za pośrednictwem wielkich inwestycji, zamachów stanu, rządów wojskowych i narastającej inge­rencji politycznej, ideologicznej i kulturalnej. Po drugiej wojnie świa­towej Stany Zjednoczone manipulowały jak chciały wszystkimi tymi państwami.

Pierwsza wielka przeszkoda dla ekspansjonizmu Stanów Zjedno­czonych i ich dominacji politycznej i ekonomicznej nad Ameryką Ła­cińską powstała na Kubie, wraz z Rewolucją 1 Stycznia 1959 r. Odtąd zaczyna się nowy etap w historii tej półkuli. Cena, jaką płaci za to na­sza ojczyzna, jest znana. Bardzo mało brakowało, a z tego powodu po­chłonęłaby nasz kraj wojna nuklearna.

To wszystko, co od tego czasu aż do chwili obecnej uczyniły Stany Zjednoczone, było w wielkiej mierze podyktowane obsesją i lękiem, które wywoływała budząca lęk obecność Rewolucji Kubańskiej - tak było w dniach inwazji najemników na plaży Girón i w czasach So­juszu dla Postępu; tak było i teraz, gdy w bunkrze w Quebecu Bush wy­głaszał swoje oświadczenie, w którym powołał się na Jose Marti przy­pisując mu błędnie słowa o wolności. Jeśli jednak zwycięstwo Rewolu­cji Kubańskiej wywołało w Stanach Zjednoczonych dezorientację, to odnosi się często wrażenie, że jej godny podziwu, ponad czterdziesto­letni opór zbił je z tropu.

W sposób tak podły i odrażający, że przejdzie to do historii jako bezprecedensowy przypadek nikczemności, wszystkie rządy latynoa­merykańskie z wyjątkiem Meksyku przyłączyły się z mniejszymi lub większymi oporami do polityki izolacji i blokady Kuby. OPA [Organi­zacja Państw Amerykańskich] została tak ciężko zraniona, że nigdy nie stanęła już na nogach. W chwili, gdy knuje się plany aneksji krajów Ameryki Łacińskiej na gigantyczną skalę, nikt nie wie, po co jeszcze istnieje ta budząca odrazę instytucja, na zawsze moralnie kaleka z po­wodu swojego sprzedajnego i zdradzieckiego charakteru, i dlaczego wydaje się na nią pieniądze.

Imperium chce, aby to, co wówczas, jako narzędzie Stanów Zjedno­czonych, uczyniła OPA, dziś uczynił Układ Obu Ameryk o Wolnym Handlu (ALCA), nie po to jednak, aby izolować Kubę, lecz po to, aby zlikwidować suwerenność, uniemożliwić integrację, pochłonąć zasoby i pozbawić nadziei ogół narodów, które - bez narodów anglojęzycz­nych - liczą łącznie 500 milionów osób mówiących językami romań­skimi i mającymi wspólną historię i kulturę.

Jeśli kiedyś OPA oddała swoją duszę diabłu zdradzając i sprzedając Kubę, za co kraje latynoamerykańskie w nagrodę otrzymały do podzia­łu kubańską kwotę cukrowniczą - kilka milionów ton cukru na rynku północnoamerykańskim - i inne dary, to czegóż można dziś oczekiwać od kilku pozbawionych zasad politycznych i etycznych rządów burżuazyjnych i oligarchicznych, które z oportunizmu lub tchórzostwa za­głosowały w Genewie wraz ze Stanami Zjednoczonymi, na srebrnej ta­cy podając skrajnie prawicowemu rządowi preteksty i usprawiedliwie­nia, które służą utrzymaniu ludobójczej blokady, a mogłyby posłużyć nawet za pretekst do agresji na naród Kuby?

Nic dziwnego, że rozpacz spowodowana ogromnymi i niespłacalnymi długami oraz totalną zależnością gospodarczą doprowadzi wiele in­nych rządów, porwanych przez ten zgubny prąd aneksjonistyczny, do samobójstwa - przystąpienia do ALCA.

Są tacy politycy latynoamerykańscy, którzy słysząc o wolnym han­dlu mniemają, że to miód na ich serce - tak, jakby żyli jeszcze w poło­wie ubiegłego stulecia, gdy ich kraje zależały jedynie od eksportu su­rowców i błagały o zniesienie przez Stany Zjednoczone zapór celnych. Nie zdają sobie sprawy, że świat się zmienił, że wiele owych produk­tów, takich jak włókna, kauczuk i inne zastępują wyroby syntetyczne, że taki artykuł spożywczy, jak cukier z trzciny, zastępuje słodsza i za­wierająca mniej kalorii fruktoza pochodzenia kukurydzianego, którą woli wiele osób, że naturalny smak waniliowy czy truskawkowy i sma­ki wielu owoców tropikalnych i na wpół tropikalnych zastępują sztucz­ne smaki. Ich umysły zastygły na poziomie sytuacji sprzed półwiecza. Trucizna neoliberalna i inne fałszywki zaślepiają ich nieuleczalnie, a nawet wprowadzają jeszcze w błąd liczne środowiska społeczne, które nie rozumieją istoty problemów, na jakie cierpią, i którym nicze­go się nie tłumaczy lub przed którymi zataja się informacje.

Nie ulega wątpliwości, że przynajmniej rządy takich dwóch - nale­żących do grona najważniejszych - krajów Ameryki Łacińskiej, jak Wenezuela boliwariańska i Brazylia, największe i najludniejsze pań­stwo latynoamerykańskie, rozumieją te realia i przewodzą ruchowi oporu.

Dla Kuby jest absolutnie jasne, że tak zwany Układ Obu Ameryk o Wolnym Handlu prowadzi niechybnie do aneksji Ameryki Łacińskiej przez Stany Zjednoczone. Tego rodzaju stowarzyszenie między ogrom­nym mocarstwem przemysłowym, technologicznym i finansowym a krajami cierpiącymi ubóstwo, niedorozwój i zależność finansową w stosunku do instytucji pozostających pod kontrolą Stanów Zjednoczonych, które dzierżą ster i decydują w Międzynarodowym Funduszu Walutowym, Banku Światowym, Międzyamerykańskim Banku Roz­woju itp., narzuca takie warunki nierówności, że pociągnie jedynie za sobą całkowite wchłonięcie gospodarki krajów Ameryki Łacińskiej i Karaibów przez gospodarkę Stanów Zjednoczonych.

Wszystkie banki, towarzystwa ubezpieczeniowe, zakłady telekomu­nikacyjne, linie żeglugowe i lotnicze będą północnoamerykańskie. Handel przejdzie w ręce północnoamerykańskie - od wielkich sieci komercja­lizacji po pizzerie i McDonalds.

Przemysł chemiczny, samochodowy, maszynowy i inny o podstawo­wym znaczeniu stanie się przemysłem północnoamerykańskim.

Wielkie ośrodki badawcze, biotechnologia, inżyniera genetyczna i wielkie firmy farmaceutyczne będą własnością przedsiębiorstw po­nadnarodowych Stanów Zjednoczonych. Patenty i technologie niemal bez wyjątku będą północnoamerykańskie. Najlepsi uczeni latynoame­rykańscy będą pracowali w laboratoriach północnoamerykańskich.

Wielkie sieci hotelowe będą północnoamerykańskie.

Tak zwany przemysł rozrywkowy będzie niemal totalnie zmonopoli­zowany przez Stany Zjednoczone. Hollywood jako niemal wyłączny do­stawca będzie produkował dla Ameryki Łacińskiej filmy i seriale, pro­gramy telewizyjne i kasety wideo; w naszych krajach już obecnie wyro­by północnoamerykańskie, które niszczą wartości i kultury narodowe właściwe tym krajom, stanowią 80 proc. ogółu konsumowanych produk­tów przemysłu rozrywkowego - a gdy do tego dojdzie, ich spożycie je­szcze bardziej wzrośnie. Będzie cudownie - w Ameryce Środkowej i Po­łudniowej z pewnością powstaną ze dwa czy trzy Disneylandy!

Narody latynoamerykańskie pozostaną zasadniczo producentami surowców, dostawcami dóbr pierwotnych i źródłem kolosalnych zy­sków dla wielkiego kapitału ponadnarodowego.

Rolnictwo północnoamerykańskie jest dotowane przez państwo na około 80 miliardów dolarów - i w ten czy inny oszukańczy sposób bę­dzie również dotowane w przyszłości. Ze względu na stosowanie wiel­kich i wyszukanych maszyn i dużych ilości nawozów sztucznych jego wydajność na jednego człowieka i na jeden hektar jest dużo większa niż w Ameryce Łacińskiej. W Stanach Zjednoczonych będzie rosło gene­tycznie zmodyfikowane ziarno, ponieważ niezależnie od tego, czy daje się ono pogodzić ze zdrowiem ludzkim, czy nie, jest ono dużo bardziej wydajne.

W rezultacie w wielu krajach latynoamerykańskich niemal zupełnie zniknie kukurydza, żyto, ryż, soja, a bezpieczeństwo żywnościowe tych krajów przestanie istnieć.

Gdy wielka susza lub inne klęski żywiołowe dotkną produkcję rol­ną na rozległych obszarach świata, takie wielkie kraje, jak Chiny, które posiadają obfite rezerwy wymienialnych dewiz, czy Indie, które posia­dają mniejsze rezerwy, ale dysponują sporymi zasobami finansowymi, mogą być zmuszone do zakupu dziesiątków milionów ton ziarna. Jeśli tak się stanie, a produkcja ziarna w krajach latynoamerykańskich bę­dzie zlikwidowana przez ALCA, ceny mogą wzrosnąć do nieosiągalne­go dla wielu z tych krajów poziomu. Bez względu na rozmiary zbiorów w Stanach Zjednoczonych, kraj ten może wyprodukować jedynie nie­wielką część żywności, której potrzebuje przyrastająca ludność świata - dziś wynosi ona już 6100 milionów. Spadek produkcji żywności w Ameryce Łacińskiej może odbić się fatalnie nie tylko na tych kra­jach, ale również na reszcie świata.

W coraz trudniejszych i coraz bardziej nieznośnych warunkach Ameryka Łacińska będzie odgrywała rolę dostawcy surowców i coraz tańszej siły roboczej w porównaniu z tym, co zarabia się w Stanach Zjednoczonych - płace są tam od piętnastu do dwudziestu razy wyższe od tego, co wielkie przedsiębiorstwa ponadnarodowe płacą swoim pra­cownikom w fabrykach instalowanych w regionie latynoamerykań­skim, przy czym ze względu na wzrost automatyzacji i wydajności pra­cy w tych fabrykach zatrudniają one coraz mniej osób. Złudne jest więc mniemanie, że zapewnią obfitość miejsc pracy. Była już mowa o tym, co stanie się z rolnictwem, a ono jest przecież bardzo praco­chłonne, toteż bezrobocie poważnie wzrośnie. Choć Niemcy i inne kraje europejskie mają ogromny przemysł i rozbudowane usługi, bezrobo­cie dochodzi tam do 10 proc.

Państwa latynoamerykańskie staną się olbrzymimi strefami wolno­cłowymi, w których nie płaci się podatków albo płaci się bardzo niskie. Za wszelką cenę muszą one rywalizować między sobą o inwestycje za­graniczne. Zachęca się je do produkcji warzyw sezonowych i owoców tropikalnych, a do zapełnienia nimi rynku północnoamerykańskiego wystarczy milion hektarów dobrze uprawianej ziemi.

Być może będzie do nich przyjeżdżało więcej turystów północnoa­merykańskich, tylko że po rozległych terytoriach Ameryki Środkowej i Południowej będą oni podróżowali samolotami lub krążownikami pół­nocnoamerykańskimi, mieszkali w hotelach północnoamerykańskich, korzystali z usług telekomunikacji północnoamerykańskiej, żywili się w restauracjach północnoamerykańskich, kupowali w sklepach północ­noamerykańskich towary wyprodukowane z surowców latynoamerykań­skich przez przedsiębiorstwa północnoamerykańskie. W zamian będą eksportowały do Stanów Zjednoczonych paliwo, miedź, boksyt, mięso (jeśli nie wybuchnie choroba wściekłych krów) oraz banany i inne owo­ce, ale pod warunkiem, że zamiast taryf celnych USA nie zastosują in­nych środków protekcjonistycznych, a także niektóre wyroby rzemiosła.

Co pozostanie? Kondycja z reguły najgorzej opłacanych i wykonu­jących najcięższe prace robotników przedsiębiorstw północnoamery­kańskich lub służących w domach menedżerów i kierowników północ­noamerykańskich, wysoko wykwalifikowanych fachowców lub resztek miejscowej burżuazji. Coś zyskają na tym jedynie mniejszości - uprzy­wilejowana burżuazja, warstwy średnie i arystokracja robotnicza. Będą istniały wielkie nadwyżki siły roboczej - tak, jak to dziś dzieje się w Argentynie, gdzie stopa bezrobocia wynosi od 15 do 20 proc. - po­zbawione wszelkich zasiłków. Aby się o tym wszystkim przekonać, wystarczy już teraz przyjrzeć się owocom globalizacji neoliberalnej - i to mimo dziesiątków miliardów dolarów zainwestowanych kapitałów zagranicznych, wyprzedania przedsiębiorstwom zagranicznym niemal wszystkich przedsiębiorstw państwowych i ogromnego zadłużenia, do jakiego doprowadziły pozaciągane pożyczki.

ALCA będzie oznaczał więcej neoliberalizmu, mniej ochrony prze­mysłu i interesów narodowych, więcej bezrobocia i problemów spo­łecznych.

Jest absolutnie pewne, że znikną waluty narodowe. Żadna z nich nie zdoła się utrzymać - zastąpi je dolar. Jeszcze nie istnieje ALCA, a już, poczynając od decyzji, jaką w tej sprawie podjął Ekwador, przez wiele krajów Ameryki Łacińskiej przechodzi wartki prąd dolaryzacji. W każdym kraju latynoamerykańskim Bank Rezerw Federalnych Sta­nów Zjednoczonych będzie dyktował politykę walutową. Na Układzie Obu Ameryk o Wolnym Handlu, korzystnym jedynie dla wielkiego ka­pitału ponadnarodowego, nie skorzystają również pracownicy północ­noamerykańscy, z których wielu straci pracę. Dlatego ich przedstawi­ciele głośno protestowali w Quebecu, a przedtem, w Seattle, zaciekle protestowali przeciwko Międzynarodowej Organizacji Handlu.

Gdyby Kuba nie prowadziła suwerennej polityki walutowej, nigdy nie mogłaby siedmiokrotnie zrewaloryzować swojego peso, co uczyni­ła w latach 1994-1999, i nie mogłaby podołać okresowi specjalnemu.

Dwa czynniki miały decydujące znaczenie: to, że Kuba nie należy do Międzynarodowego Funduszu Walutowego i że prowadzi niezależną politykę walutową.

W chwili, gdy stanie się to, co powiedzieliśmy o ALCA, nie będzie już można mówić o niepodległości krajów Ameryki Łacińskiej, a aneksja stanie się faktem. W tym, co tu powiedziałem, nie ma ani odrobi­ny przesady.

Najgorsze, najsmutniejsze, najbardziej cyniczne i pełne hipokryzji jest to, że to wszystko zamierza się uczynić nie konsultując się z naro­dami. Oto na czym polega demokracja, na jaką stać imperium i jego służalców.

Tak, jak jestem głęboko przekonany, że dekadenckie imperium mo­że pożreć Amerykę Łacińską i Karaiby, ale nie będzie w stanie ich przetrawić, ponieważ ludy sprawią, że narody naszego kontynentu po­wstaną ze swoich własnych popiołów i zintegrują się między sobą tak, jak godzi się zintegrować i połączyć narodom poszukującym lepszego i godniejszego losu, tak też jestem przekonany, że byłoby lepiej, gdyby setki milionów Latynoamerykanów i Karaibczyków zaoszczędziły so­bie tego niesłychanie ciężkiego etapu na drodze prowadzącej do naszej przyszłej walki wyzwoleńczej.

Uniknijmy aneksji! Stanowczo i bezzwłocznie zażądajmy, aby ża­den rząd nie mógł sprzedać swojego narodu za plecami ludu! Nie bę­dzie aneksji, jeśli będzie plebiscyt! Posiejmy świadomość niebezpie­czeństwa, jakie stanowi ALCA!

Przywróćmy godność i postarajmy się ożywić marzenia Bolivara, przywróćmy godność i postarajmy się ożywić marzenia San Martina, O'Higginsa, Sucre, Morazana, Hidalga, Morelosa, Juareza i Marti!

Niech nikt nie żywi złudzeń, że narody opuszczą ręce i pozwolą sprzedać się jak niewolnicy na licytacji!

Dziś urządzimy pierwszy protest. Za parę minut wraz z setkami ty­sięcy Kubańczyków wyruszymy w latynoamerykański marsz protesta­cyjny przed Biuro Interesów Stanów Zjednoczonych pod hasłem: Aneksja nie, plebiscyt tak! Niech głośno zabrzmi - tak, aby usłyszano je w Waszyngtonie.

Powiedzmy dziś, razem z setkami działaczy ruchu robotniczego i przedstawicieli pracowników z Ameryki Łacińskiej, Karaibów, Sta­nów Zjednoczonych, Kanady, Europy, Azji i Afryki:

Niepodległość Ameryki Łacińskiej i Karaibów albo Śmierć!

Zawsze do zwycięstwa!

Zwyciężymy!

[Fragment przemówienia z okazji Święta Pracy 1 maja 2000 r.]

Fidel Castro

 

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia