Jesteś tu: Strona główna Artykuły Samorządowcy bez klasy

Samorządowcy bez klasy

Maciej Sikora 14/10/2014

Zbliżają się wybory samorządowe. Kandydaci do lokalnej władzy prześcigają się w licytacji kto co komu zapewni. Polityka lokalna wyróżnia się tym, że w przeciwieństwie do politykowania na szczeblu krajowym, nie porusza tematów światopoglądowo-obyczajowych, nie prowadzi wojen o to, kto ma rację w interpretacji historii ani nie prowadzi wielkich działań międzynarodowych, lecz ociera się o problemy dnia codziennego typu remont drogi osiedlowej, czy położenie kolejnego odcinka wodociągu. W zasadzie dla zwykłego obywatela polityka samorządowa powinna być bardzo istotna bo dotyczy bezpośrednio jego samego. Samorządowcy w kampanii, może niejako dlatego, że nie mają komfortu podyskutowania sobie o sprawach nieistotnych z punktu widzenia systemu gospodarczego takich jak aborcja, związki partnerskie czy ocena Powstania Warszawskiego, zmuszeni są poruszać bardzo istotne kwestie tj. bezrobocia w regionie i sposobów przeciwdziałania mu, a w przeciwieństwie do polityków na szczeblu centralnym mają w rzeczywistości znikome narzędzia do rozwiązania tego problemu.

 

W mojej małej gminie liczącej niecałe 20 tysięcy mieszkańców bez pracy pozostaje (w zależności od okresu) ok. 25 - 30% mieszkańców w wieku produkcyjnym. Jeden z kandydatów na burmistrza stwierdził, że „samorząd musi pomagać przedsiębiorcom tworzyć miejsca pracy poprzez zachęty inwestycyjne, poprzez stworzenie mądrego prawa, poprzez stworzenie wszelkich możliwych partnerstw przedsiębiorców. Każda gospodarka stoi dobrze, gdy ma wielu małych i średnich przedsiębiorców. Do tej pory o nich zapominaliśmy, a to właśnie oni tworzą miejsca pracy, a dalej dochody do budżetu.”

Przytaczam ten jeden cytat bo każdy z kandydatów, bez względu z jakiego jest komitetu i z poparcia jakiej partii, jak mantrę powtarza zawsze to samo – udogodnienia dla małych i średnich przedsiębiorstw bo one są podstawą gospodarki. Ale jakiej gospodarki?

Peryferyjnego i półperyferyjnego kapitalizmu.

Jest zupełnie odwrotnie niż przedstawia to ów kandydat (i inni) – mikroprzedsiębiorstwa są charakterystyczne dla państw niezamożnych. Są to biedabiznesy, nierozwojowe, niewydolne, niekonkurencyjne, nieinnowacyjne i (z uwagi na olbrzymią konkurencję) tnące wszystkie możliwe koszty przez co stwarzające złe warunki bytowe dla swoich pracowników oferując najczęściej umowy śmieciowe lub pracę na czarno. Spójrzmy na najbogatsze państwa Zachodu – charakteryzują się tym, że są siedzibami wielkich korporacji, które obracają na całym świecie wielkim kapitałem i zatrudniają setki tysięcy osób.

Obecnie najbogatsze polskie przedsiębiorstwa to inwestycje z okresu Polski Ludowej np. Grupa Lotos, KGHM, czy Orlen powstały z połączenia dwóch firm państwowych, a nie mali prywaciarze. Prywaciarze mogą powiedzieć, że stają się silnym graczem na rynku w momencie gdy ich firma rozrasta się, a nie pozostaje mikroprzedsiębiorstwem liczącym do 9 pracowników. Zanim to się stanie wielu z nich odpadnie z rynku, przetrwają jednostki. Dla Polski specyficzne jest to, że najwięksi przedsiębiorcy odnieśli sukces dzięki wykupieniu za grosze, na początku lat 90-tych, popeerelowskiej prywatyzowanej infrastruktury: np. firma meblowa Black Red White powstała na bazie Państwowego Ośrodka Maszynowego. I nawet pomimo tego, że jej szef jest Świadkiem Jehowy, co często jest gwarantem uczciwości, niedawno mogliśmy usłyszeć o wyzysku pracowników tej firmy. Po ponad dwudziestu latach dzisiejsi potencjalni przedsiębiorcy tak dogodnej sytuacji jednak już nie mają. Oprócz tego funkcjonują na rynku, który jest otwarty na wielki zagraniczny kapitał i któremu udzielane są przywileje w postaci specjalnych stref ekonomicznych.

Z jednej strony, kiedyś firmy zagraniczne przyjeżdżające do Polski zachęcały gwarancją lepszych warunków pracy i płacy, przywożąc ze swych krajów kulturę wypracowaną tam dzięki dużemu wpływowi związków zawodowych na politykę. Przykładowo więc np. ceniono sobie zatrudnienie w fińskim Cargotecu powstałym w Stargardzie Szczecińskim, ale również w japońskim Bridgestonie. Z drugiej, po latach zadomowienia się w Polsce, warunki pogarszały się. W końcu w kraju dużego bezrobocia łatwiej można narzucać niekorzystne warunki bo biedny Polak, nie mając innego wyjścia, zgodzi się na wiele byle tylko pracy nie stracić. Próba założenia związku zawodowego „Solidarność” w Bridgestonie skończyła się prześladowaniem pracowników i protestami pod zakładem pracy. Za to istniejący w moim mieście największy zakład z polskim kapitałem (po latach dopiero zawiązał współpracę ze Szwecją), zatrudniający ok. 1 500 osób, odkąd pamiętam zawsze nazywany był obozem pracy: minimalne pensje, upały na halach produkcyjnych, presja, duża rotacja pracowników i takie absurdy jak odliczanie bonów na święta od pensji. Ale i tak zatrudnienie tam daje większą stabilizację niż praca na śmieciówce u biedabiznesmena. 

Oczywiście nie mam zamiaru korporacji wychwalać bo są to siedziby wyzysku. Wyzysku różnego zresztą w zależności gdzie ta konkretna siedziba się znajduje. Inne są odczucia pracownika tej samej korporacji w Europie, a inne w Azji, jednakże każdy ma prawo subiektywnie odczuwać, że jest krzywdzony. Jeden dlatego, że musi zbyt długo odkładać aby wybrać się na wakacje, jak już uda mu się znaleźć czas pomiędzy nadgodzinami, a drugi dlatego, że pracując 16 czy 20 godzin dziennie nawet nie widzi sensu w tym aby wrócić do domu i śpi na stanowisku pracy. Pomiędzy nimi jest pracownik z kraju półperyferyjnego, który ma czas na sen w domu i na nic więcej. Na wakacje go nie będzie stać bo wszystko pochłaniają bieżące opłaty. Jednakże ci dwaj obywatele państw kapitalizmu centralnego i półperyferyjnego mają lepszą sytuację bytową właśnie dzięki trzecioświatowcom, którzy są dostarczycielami tanich produktów. Dlatego też mogą być mniej skłonni do zmiany status quo albo ograniczać się tylko do własnego podwórka. Niektórzy lewicowcy, mieniący się marksistami, często nie chcą przyjąć tego do wiadomości, mając klasę robotniczą za monolit, która zawsze ma wspólny interes, zapominając chyba przy tym, że Marks z Engelsem stosowali pojęcie „arystokracji robotniczej” w stosunku np. do robotników brytyjskich, których sytuacja nie jest jeszcze na tyle zła aby wyzwalać w nich potencjał rewolucyjny.

Korporacje stają się za to świetnym, gotowym materiałem do uspołecznienia  dla socjalistów i wprowadzenia zarządu pracowniczego zamiast menedżerów oraz przekształcenia stosunków pracy w bardziej równościowe i sprawiedliwe poprzez zmniejszenie dysproporcji w dochodach. W wielkich firmach pracownicy mają większe możliwości zorganizowania się w związki niż rozproszeni pracownicy mikrofirm. A co z małymi kilkuosobowymi przedsiębiorstwami w socjalizmie? Stanie się z nimi to samo co prędzej czy później stanie się z nimi na wolnym rynku – zostaną wyeliminowane w procesie konkurencji, a nie poprzez ustawodawstwo państwa robotniczego bezpośrednio w nie uderzające (dokładniej tę sytuację opisuje J. Ładosz w pracy pt. „Socjalizm i komunizm”). Z tym, że w kapitalizmie czekałoby ich, i właściciela i jego pracowników, bezrobocie, dalsza nierówna walka rynkowa lub zatrudnienie u wyzyskiwacza. Socjalizm musi pozytywnie wykorzystywać potencjał każdego człowieka i każdemu stwarzać warunki do rozwoju. W socjalizmie, czyli uspołecznionej gospodarce, nie dojdzie także do takiej sytuacji jaka np. niedawno miała miejsce w mojej miejscowości, kiedy to właściciel małego, lecz długo istniejącego przedsiębiorstwa odszedł na emeryturę, a zakład pracy został zamknięty zostawiając na bruku kilkudziesięciu pracowników.

 

Socjaliści powinni też walczyć z propagandowym językiem kapitalizmu i o przywrócenie do dyskursu politycznego klas społecznych. Prywatnym przedsiębiorcą jest prezes Black Red White, szef Bridgestona ale też pan Zdzisiu, który ma szczękę na bazarze lub pan Wiesiu, który muruje na budowie, bo panu Wiesiowi kazał zarejestrować działalność gospodarczą szef budowy, żeby nie płacić za niego składek.

Ciekawe porównanie zastosował T. Eagelton:

 

„Nie należy zapominać też o gigantycznej i rosnącej w niesłychanym tempie populacji światowych slumsów. O ile ich mieszkańcy nie stanowią już teraz większości miejskiej ludności świata, to niebawem tak się stanie. Ludzie ci nie są częścią klasy robotniczej w jej klasycznym sensie, ale nie znajdują się również całkowicie poza procesem produkcji. Zwykle balansują na jego granicy, dostarczając niskopłatnych, niewymagających kwalifikacji, dorywczych i nieobjętych żadnymi zabezpieczeniami usług, które świadczą bez umów, praw, przepisów i jakiejkolwiek możliwości negocjacji. Do tej grupy zaliczają się domokrążcy, drobni oszuści, pracownicy fabryk odzieżowych, sprzedawcy żywności, pracujące dzieci, prostytutki, rikszarze i samozatrudnieni mikroprzedsiębiorcy.”

Ci właśnie samozatrudnieniu mikroprzedsiębiorcy nie są przecież kapitalistami, nie są przedsiębiorcami równymi właścicielom korporacji – nie dysponują kapitałem, który tworzą poprzez wyzysk klasy robotniczej, lecz jedynie swoją siłą roboczą i czasem, które muszą sprzedawać aby przeżyć. I to o nich tak często chcą się troszczyć politycy w swej kampanii wyborczej, lecz czego by nie zrobili po dojściu do władzy to na wszelkich udogodnieniach, przywilejach i ulgach podatkowych i tak skorzystają tylko najwięksi i najbogatsi... właśnie m.in dlatego, że i samozatrudnionych i korporacje propagandowo wrzuca się do jednej klasy społecznej, więc obie grupy objęte są tym samym prawem. 

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia