Jesteś tu: Strona główna Artykuły Bajka o indywidualiście

Bajka o indywidualiście

06/12/2014

1. Indywidualizm średniowiecznego rycerza

 

W poniedziałek po Wszystkich Świętych, 3 listopada 1410 r., król Władysław Jagiełło rozmawiał z czeskim rycerzem Janem Zaicem, który kilka dni wcześniej w bitwie pod Tucholą popadł w polską niewolę. Walczył po stronie Krzyżaków, choć jego ojciec Wilhelm Zajic, zwany "mieczem ziemi czeskiej", poległ w bitwie z Niemcami, co syn winien był pomścić.

On jednak wybrał stronę jego wrogów. Zdawało się to tym bardziej dziwne, że przez związki rodzinne był dworzaninem i sługą Jagiełły. Pisał więc ze zdumieniem o tym zdarzeniu w swej kronice Jan Długosz. Przypomniał zaś o nim jakiś czas temu znany mediewista prof. Marek Cetwiński. Poświęcę więc i ja mu uwagę, bo jest pełne wciąż aktualnych treści.

Dlaczego tedy sprzeniewierzył się Zaic polskiemu królowi? Zapytany o to rzekł, że z tej przyczyny tylko, iż chciał być po stronie słabszych i przegranych. Wszak w owych czasach wojna była rodzajem Sądu Bożego. Kto wygrywał - miał po swej stronie Władcę Nieba i Ziemi. Przegrywający zaś był biedny i opuszczony.

Jana Zaica więc nie obchodziła żadna polska racja stanu, dworskie powiązania, wierność wymagana od sługi i lojalność. Nie chciał być tylko z tymi, co są górą dlatego tylko, że mają siłę. Postąpił więc tak, jak później Don Kichot - również rycerz spraw przegranych. A walczył dzielnie. Nawet gdy z pola walki uciekli Krzyżacy -  do ostatniej chwili odpierał i zadawał ciosy, aż wzięto go do niewoli.

Z pozoru postawa ta jest zaprzeczeniem etosu rycerskiego, ale - jak powiada prof. Marek Cetwiński - to nieprawda. Zakładał on wprawdzie dzielność oraz wierność władcy, lecz miał też i drugą stronę: skrajny indywidualizm. Mógł się on wyrazić w kontestacji zwycięzcy jako zwycięzcy. Również - we wzniesieniu się ponad ryzyko śmierci, gdy obierało się pozycję przegranego.

Było w tym coś zarazem samobójczego i arystokratycznie wytwornego. Wynosiło ponad to, co pospólne i - w spokoju prowokowanej śmierci - uwalniało od wszelkich wyborów.

Jan Zaic nie zginął jednak, lecz dostał się do niewoli. Schwytany powiada więc królowi, by uczynił z nim to, co mu się podoba. Ale na pytanie Jagiełły: co ma, jako zdradzony władca, czynić, mówi: to, co nakazuje ci twoja łagodność. Więc ten go uwalnia.

Badacze mówią, że Jan Zaic żył jeszcze w 1456 roku, więc długo po tym zdarzeniu.

 

2. Rycerze kapitału

 

Świat, w którym żyjemy, ma indywidualizm za fundamentalną wartość człowieka. Ale opowieść o Janie Zaicu nie może uchodzić za jej dzisiejsze ucieleśnienie. Od czasów bowiem nowożytnych, kiedy kształtują się zręby gospodarki kapitalistycznej, etos rycerski z wolna umiera, a indywidualizm swoiście się pospolituje. Staje się zaledwie wyświechtanym żetonem ideologicznym. A jeśli nawet coś znaczy, to bez jego dawnych blasków i wad. Zwłaszcza, gdy realizują go i głoszą rycerze kapitału i ich agenci.

W egoistycznej pogoni za zyskiem dla zysku łamią oni (lub gotowi są łamać) wszelkie, odbiegające od ich interesów, zasady wierności i lojalności. Oni jeno, jako "podmioty" i ich "wolność" się liczą. Więcej: określają czym jest racja stanu. Reszta zaś ma dla nich o tyle znaczenie, o ile jest im podporządkowana. Służy reprodukcji stosunków produkcji, umożliwiających wzrastającą akumulację kapitału i ich bogacenie się.

Wystarczy tu wspomnieć (by nie sięgać w zbyt odległą przeszłość) choćby o lukratywnych związkach znanych właścicieli kapitału amerykańskiego, angielskiego, francuskiego i in. z gospodarką nazistowskich Niemiec. Nie tylko zresztą przed II Wojną Światową, gdy Hitler doszedł do władzy i ją brutalnie umacniał, lecz także podczas jej trwania: kiedy to mordowano państwa i narody, ale należne zyski płynęły dyskretnie, choć wartką strugą na konta rycerzy kapitału zwalczających się stron.   

Tak zresztą dzieje się nadal, a rycerze kapitału zawsze robią to, co dla nich korzystne. Niezależnie od tego po czyjej stronie jest polityczna czy moralna racja. Chyba, że z głupoty lub braku racjonalnej ostrożności nazbyt wikłają się w politykę po tej czy tamtej strony. Jeśli jednak tego nie czynią, mają nie tylko szanse na wzrost swych bogactw, ale i szacunek rozmaitych kręgów politycznych oraz uwielbienie maluczkich, którym się marzy ich status.

           

3. Rycerze spraw przegranych

 

Czy więc opowieść o Janie Zaicu jest już całkowicie martwa? Niekoniecznie. Niezależnie bowiem od stosunków, narzucanych przez indywidualistycznych rycerzy kapitału i ich aparaty władzy - wciąż pojawiają się podobne do niego postaci. I raz po raz podejmują straceńczą walkę o sprawy słabszych i przegranych.

Wyobraźmy oto sobie, że w obecnej wojnie domowej na Ukrainie po stronie Republik Ludowych bierze udział Polak, który, mimo, że dzielnie się bronił, właśnie został schwytany przez wojska reżimowe. Przepytywany dajmy na to przez telewizyjnego reportera z TVN, Polsatu czy TVP Info, czemu walczył po tej właśnie stronie, odpowiada, jak ten średniowieczny rycerz, iż chciał być właśnie po stronie tych rosyjskich słabszych i przegranych.

Dodałby może, że nie postrzega ich ani jako separatystów, ani terrorystów. Przeciwnie: uważa, że większość z nich mierżą zarówno rządy oligarchów na Ukrainie, jak i kapitalizm, któremu podporządkowana jest Rosja. Że w gruncie rzeczy są to w większości, jak i on, Don Kichoci pragnący sprawiedliwego, bezklasowego ładu społecznego.

I może nawet przyznałby, że przez lata był członkiem SLD, bo sądził, że to partia klas ludzi pracy oraz wszystkich wyzyskiwanych i wykluczanych. Dodałby, że takie i podobne poglądy głosił też na różnych partyjnych konwentyklach, ale z rzadka spotykał zrozumienie. Najczęściej ironiczne uśmieszki i kąśliwe uwagi. Dlatego znalazł się na wschodzie Ukrainy i wziął broń do ręki, bo nic już dla siebie godniejszego nie widział.

Jak zareagowałyby na to nasze najwyższe polityczne czynniki - wiadomo. Na pewno zabrakłoby im wielkoduszności Jagiełły. Ich liberalizm, przywiązanie do pańskiego stołu kapitału i chęć bezwarunkowego służenia mu, nie przełożyłby się więc na postawę i działania podjęte onegdaj przez Jagiełłę wobec Zaica.

Przeciwnie: uznany by został za zdrajcę, potępiony, a może nawet skazany na więzienie. Przyklasnęli by temu, i dali wyraz w swych komentarzach, oślepieni nacjonalizmem telewizyjni reporterzy. Ci sami, którzy niemal jak bohatera narodowego potraktowali niedawno zastrzelonego polskiego ochotnika, walczącego po stronie ukraińskich nacjonalistów.

A jak zachowały by się władze SLD, czy innych, deklarujących lewicowość lub centrolewicowość, partii? Czy, w imię wolności przekonań i wyboru, uszanowałyby postawę i poglądy owego współczesnego Zaica? Czy broniliby go w - powiedzmy - "Faktach po faktach"? Czy wykroczyli by poza medialną histerię?

Retoryczne to pytania. Wszak oni wszyscy chcą znaleźć się w parlamencie kolejnej kadencji, współrządzić lub rządzić Polską, jaka jest. Nie zamierzają zmieniać panujących stosunków. Pragną przynajmniej być w przedpokojach możnych rycerzy kapitału, bo oni, gdy odejdą ze "służby w klasie politycznej państwa", dadzą im posady prezesów banków, dyrektorów rodzimych albo zagranicznych firm, menadżerów lub nieco mniejsze ochłapy.

Więc i dla nich opowieść o tym rycerzu i Jagielle to też tylko bajka. Dodajmy: szkodliwa, bo źle przekładająca się na słupki w badaniach opinii.

 

4. Co z tym zrobić?

 

Niewątpliwie zarówno ta średniowieczna historia o Zaicu, jak i współczesny przypadek owego domniemanego Polaka, ujętego na wschodzie Ukrainy, to gotowe materiały do komercyjnych produkcji przemysłu kulturowego. Można wszak na ich podstawie nakręcać przygodowe filmy i seriale o błędnych rycerzach, których indywidualizm pcha ku śmierci w obronie przegranych, biednych i opuszczonych. A środków na to dostarczą rycerze kapitału (też w imię indywidualizmu), jeśli zwietrzą w tym medialny sukces i materialne profity.

Również sfilmowany przypadek owego zabitego polskiego ochotnika może im przynieść zarobek, choć bardziej prawdopodobne, że sfinansują go państwowe aparaty polityczne, aby stał się patetycznym, słodkim i wyciskającym łzy symbolem braterstwa nacjonalizmu polskiego i ukraińskiego. Po czym rozbłyśnie to na ołtarzach telewizorów przed zbożnym znojem snu, by już rano o tym wszystkim nie pamiętać. Rycerze zaś kapitału, jak zawsze, wyjdą na swoje, a polityka potoczy się zwykłym dla niej torem.

Pokazuje to, że skrajna, indywidualna determinacja i poświęcenie nie ma dziś większego znaczenia, jeśli dokonuje się poza zorganizowanymi siłami, posiadającymi klasowe programy i odpowiednie zaplecze społeczne. Gdy tego nie ma - zostają rozpaczliwe gesty Don Kichota, pustka i barwne losowe przypadki, jako żer dla bakterii przemysłu kulturowego.

Z drugiej jednak strony dość częste pojawianie się takich zdeterminowanych osobowości jest świadectwem rozsypania się klasowej lewicy i bezsilnego szamotania się tych, co nie godzą się, że klasom pracującym zostaje tylko podporządkowanie się i posłuszeństwo rycerzom kapitału.

Aż chciałoby się w tej sytuacji zacytować Fryderyka Engelsa, który w swoim czasie, widząc nędzę niemieckiego ruchu robotniczego, mawiał: to dobry czas, by się od tego, co bieżące odwrócić i poważnie zająć się teorią. Choć w dzisiejszej Polsce chętnych do tego jest równie mało, jak owych Don Kichotów, bo poklasku (ani punktów za publikacje) to nie przynosi. Na dodatek można stracić uczelniany etat.

Komentarze

Film tygodnia