Jesteś tu: Strona główna Artykuły Je suis Charlie, je su...

Je suis Charlie, je suis Le Pen

Tymoteusz Kochan 31/03/2015

Przypadki islamskiego terroryzmu to w Europie rzadkość. Zdecydowanie więcej jest ekscesów europejskiego terroryzmu separatystycznego, bezprecedensowym okrucieństwem charakteryzowała się też akcja Andersa Breivika w Norwegii. Nie wywołuje to jednak w Europie żadnych zbiorowych reakcji, masowych akcji solidarnościowych ani nie staje się przyczyną wdrażania rzeczywistej polityki zderzenia cywilizacji. Zupełnie inaczej dzieje się z “islamskim terroryzmem”, który otwiera w Europie nowy rozdział polityki militaryzmu i rasizmu, zupełnie nową epokę w historii coraz bardziej podupadającego na duchu i wartościach Zachodu.

 

Zderzenie cywilizacji

Atak na redakcję Charlie Hebdo przestawiany jest przez media i dominujący dyskurs publiczny jako świadome działanie islamskiego fundamentalizmu, który w swej dzikości i irracjonalności postrzegany jest przez zachodni kapitalizm jako przede wszystkim nieludzki. Przedmiotem krytyki jest więc zgodnie z zasadą orientalizacji obcej rzeczywistości dzikość i irracjonalność działań islamskich radykałów, którzy za cel obrali sobie karykaturzystów, artystów i dziennikarzy “reprezentujących” niewinność i czystość zachodniej cywilizacji.

Nie niewinność i czystość stoją w opozycji do owej dzikości i irracjonalności, lecz dojrzały i wyrachowany zachodni imperializm, którego “antyterrorystyczna” polityka i “wojna z terroryzmem” przedstawiane są jako całkowicie usprawiedliwione i racjonalne, jako działania dążące do ugruntowania światowej demokracji, światowej wolności i światowych wartości, w tym dyskursu racjonalności i laickości. Ta ostatnia jest już zresztą od bardzo dawna zakładniczką islamofobicznych radykałów.

Bezwzględna obłuda kapitalistycznych klas panujących i ich ideologów pozwala łatwo i w sposób naturalny wojskowe interwencje w Libii, Syrii, Mali, Jemenie czy Iraku przedstawiać jako racjonalne, rozumne przedsięwzięcia, do tego jeszcze powodowane i motywowane najszczytniejszymi intencjami. Ofiary tych wojen nie są zaś w żaden sposób ofiarami terroryzmu. Nie są też w ogóle ofiarami, stanowią raczej wyparty “produkt uboczny” zachodniej walki o demokrację, walki, która zdaje się nie mieć końca i która dziwnym zbiegiem okoliczności prowadzona jest w pobliżu wartych zawłaszczenia złóż ropy, gazu czy innych cennych surowców. W taki właśnie sposób dyskurs ideologiczny tworzy zarówno człowieka, jak i prawo do bycia ofiarą. Nie-ofiarami i nie-ludźmi automatycznie stają się tu wszyscy ci, którzy zginęli na ołtarzu najgoręcej wyznawanej przez Zachód wartości, jaką jest czysty zysk.

Zdziesiątkowane i zdestabilizowane przez Zachód i jego interwencje, a także działania zachodniego kapitału, pozostają całe narody i państwa. Kapitalistyczna i kolonialna walka o zysk zostawia za sobą ruiny i to nie tylko ruiny obiektywnej, materialnej rzeczywistości, ale także ruiny ludzkiej świadomości i tożsamości.

Życie w warunkach zagłady cywilizacyjnej i zagłady podmiotowości produkuje zarówno: religijne tożsamości, które stają się jedynym, dostępnym (bo przetrwałym) spoiwem kulturowym, jak i fundamentalizm, który w swej religijnej formie staje się formą irracjonalnej, religijnej reakcji na rzeczywistą szkodę, której doświadczają dziś ze strony Zachodu liczne państwa. Francuskie, militarystyczne działania w Libii czy w Afryce nie są jednak przedmiotem politycznej krytyki. Zachodnie społeczeństwa w swej większości ufają burżuazyjnej, militarystycznej propagandzie, ponieważ są też i świadome tego, że ich kapitalistyczny dobrobyt uzależniony jest w olbrzymiej mierze od skutecznych działań ich sił wojskowych, które z całego niemal świata uczyniły sobie poligon.

Zgodnie z takimi właśnie wymogami kapitalizmu i imperializmu prawa człowieka czynią dziś ludźmi wszystkich Francuzów, lecz nie czynią nimi obywateli Maghrebu, Iraku, czy Pakistanu, gdzie nawet już rejestrowane ofiary amerykańskich dronów nie stają się niczym więcej, jak tylko suchą statystyką na stronie internetowej którejś z zachodnich organizacji walczących bez większych sukcesów o prawa człowieka. Dlatego prawdopodobnie nigdy się nie dowiemy, czy przez imperialistyczne wojny i bomby świat islamski stracił jakiegoś rysownika, czy też nie.

Dochodzimy dziś do sytuacji, w której na świecie walczą ze sobą dwa potężne fundamentalizmy i dwie skrajne, polityczne siły. Obie jednak nie mają wiele wspólnego z troską o świat pracy czy rzeczywistą demokrację, która - jak słusznie podkreślała Róża Luksemburg - nie może istnieć bez socjalizmu.

Pierwszym, skrajnym i najpotężniejszym fundamentalizmem - jeśli weźmiemy pod uwagę dostępne sposoby i środki - jest dziś zachodni, kapitalistyczny, świecko-religijny liberalizm i zachodni “demokratyzm”, który każdą istniejącą opozycję określa mianem terroryzmu. Kieruje się on wyłącznie kapitalistycznymi i imperialistycznymi dążeniami i nie istnieje dlań żadna wartość poza bogactwem elit, w których imieniu walczy. Drugim rodzącym się fundamentalizmem jest powstający z nieszczęścia i krzywdy fundamentalizm uciskanych. Przybiera on i przybierał będzie coraz częściej religijną postać, ponieważ w sytuacji, kiedy “wyłączona” i  skutecznie rozbita jest socjalistyczna i rewolucyjna świadomość a także świadomość i tożsamość państwowo-narodowa, jedyną dostępną formą świadomości i podmiotowości, która w dodatku wyraźnie oddziela Wschód od Zachodu, pozostaje i staje się religia istniejąca współcześnie pod wieloma – także skrajnymi – postaciami.

Wróg, którym dawniej dla Zachodu był komunizm dziś już nie jest wrogiem aktualnym, żywym, ponieważ wszyscy starzy komuniści od czasu upadku muru berlińskiego stali się wpierw socjaldemokratami, a później liberałami i zgodnie dołączyli do bractwa wojny cywilizacji (egzotyczny dla większości społeczeństw zachodnich wróg - komuch reanimowany jest jeszcze tylko przez archaiczny i zacofany polski prawicowy dyskurs). Klasycznym przykładem ewolucji tego typu są drogi polskich polityków SLD, którzy bez żadnych politycznych oporów, wręcz z silną wewnętrzną wiarą, przebyli drogę od realnego socjalizmu do realnego imperializmu i skrajnie pronatowskiej wizji zderzenia cywilizacji i wojny z terrorem. Polityczna jedność europejskich społeczeństw, które zdominowane zostały przez kolonialny kapitalizm i jego ideologie doprowadziła też do zniesienia wizji alternatywnych globalizacji.

Globalizacja ma dziś zawsze twarz neoliberalnej, kapitalistycznej, zachodniej rzeczywistości, a wszyscy, którzy nie zgadzają się z jej panowaniem stają się naznaczeni i przedstawiani są jako wrogowie postępu i cywilizacji. Tak realizowana jest jednowymiarowość i w ten sposób też historyczności odmawia się wszystkiemu, co nie pochodzi z Zachodu. W ten sposób także zniesiony całościowo zostaje paradygmat emancypacji krajów Trzeciego Świata i peryferii, które dziś emancypacji doznać mogą już tylko i wyłącznie wchodząc w obszar oddziaływania globalnie panującego nad światem zachodniego kapitału.

Nic więc dziwnego, że ostatni wrogowie zachodniej globalizacji neoliberalnej to państwa, które zachowały daleko idącą samodzielność i nie wpuściły w swe granice finansowego imperializmu. Takim wrogiem neoliberalnej globalizacji są więc Białoruś czy Iran, lecz nie są już nimi “dogadane” (przynajmniej na poziomie elit) z Zachodem Arabia Saudyjska czy Bangladesz. Podmiotowość i uznanie w wymiarze neoliberalnej globalizacji uzyskuje się właśnie poprzez wejście w strefę oddziaływania globalnej finansjery, a nie w następstwie zaspokojenia podstawowych potrzeb społecznych czy praw. Te ostatnie – określane prawami człowieka – mają więc wszyscy ci, którzy mogą sprzedawać swoją siłę roboczą na globalnym rynku pracy, nie ma ich jednak ten, kogo kupić nie mogą – choćby w sposób zdalny – amerykańskie koncerny czy niemieckie banki.

Współczesny, rodzący się na naszych oczach imperialistyczny fundamentalizm jako “terroryzm” ocenia nie tylko incydenty, które zdarzają się na terytorium państw Pierwszego Świata, ale i każde odstępstwo od wymogu podporządkowania wszystkiego i wszystkich jego regułom i instytucjom. W wyniku takiego fundamentalistycznego pojmowania świata populacje danych krajów mogą zostać pozbawione praw do panowania nad własnym terytorium. Jeśli bowiem tylko nie respektują zachodnich praw do kolonialnych aktywności, z natury są już “terrorystyczne”, terroryzm zaś polega w tym przypadku na przeszkadzaniu i sabotowaniu dziejowej misji eksploatacyjnej, realizowanej przez imperialistyczne podmioty.

Prawdziwe prawo do Iraku, prawo do ropy w ogóle mogą mieć więc wyłącznie obywatele Zachodu.

Imperialistyczny fundamentalizm nie kieruje się też żadną “zasadą racjonalności” czy prawdy i zgodnie z regułą ideologicznego wyolbrzymienia, jako równorzędnego wroga przedstawia często organizacje, dla których środkiem lokomocji bardzo często pozostaje osiołek. Dzięki temu Zachód jest też w stanie pozorować swą słabość i udawać pacyfizm. W jego oczach jedyną siłę zdolną do agresji i czynienia zła stanowią wychowani w nienawiści do świata i życia terroryści. Ich grzechem jest też to, że do zbrodni “dorzucają” emocje (terrorysta zawsze jest wściekły i wrzeszczy), czego nie powinien przecież robić żaden wyrachowany morderca, który na temat swych mrocznych motywów i intencji zawsze powinien przecież milczeć, ani tym bardziej bohater Zachodu - prawdziwy “profesjonalista”, którym dziś jest coraz częściej operator zdalnie działającego sprzętu bojowego.

Po upadku Bloku Wschodniego i wraz z narodzinami jednowymiarowego świata Pax Americana zabrakło też wsparcia dla ruchów wyzwoleńczych i w dużym stopniu zamarła socjalistyczna ideologia emancypacyjna, która dawniej swe główne źródło ideologiczne miała właśnie w państwach socjalistycznych. Przedmiotem krytyki ze strony zachodniej, kapitalistycznej monokultury stały się natomiast wszelkie lokalne i “odmienne” tożsamości oraz podmiotowości i zgodnie z rynkowym kryterium jedną z najważniejszych kwestii stała się tak zwana kwestia “uznania”. To obiecywane przez zachodnie kapdemokracje uznanie Innego nie może być jednak uznaniem nikogo, kto nie uznaje kapitalizmu, kapitalistycznej demokracji, kapitalistycznego prawa do działań imperialistycznych czy imperialistycznego militaryzmu. Tak jak w paradygmacie uznania i równouprawnienia w multikulturalnym społeczeństwie nie chodzi wcale o zmianę zachodniego stylu życia ani o zmianę zachodnich praktyk politycznych i wojskowych, tak samo wyłączone i spacyfikowane przez europejskie ruchy neonacjonalistyczne i faszyzujące zostały wszystkie koncepcje komunistycznej wspólnoty narodów czy marksowskie wizje łączenia uciskanych proletariuszy ponad narodami w imię wspólnych interesów i wspólnej przyszłości.

Istniejące misje to już wyłącznie misje wojskowe, w miejsce zaś utopii społecznych, które mogłyby być rzeczywistymi projektami prowadzącymi zarówno do odnowienia zachodniej tożsamości, jak  i reanimacji zachodniego oświecenia w jego dziejowej misji, otrzymujemy dziś utopie izolacjonistyczne, ksenofobiczne, skupione na obronie europejskich fortec przed inwazją orków z Krain Wschodu. Oczywiście, “z rozpędu” nikt nie bierze pod uwagę, że dla mieszkańców takich państw, jak Polska fortece owe od 1989 roku nie stanowiły żadnej realnej propozycji, zamiast tego uraczono nas raczej wersją neoliberalno-prywatyzacyjnej rzeźni numer pięć, z wojną polsko-ruską i papieską restauracją religijnego średniowiecza dla poprawy samopoczucia.

 

...czy walka klas?

Rzeczywistymi autorami ataków na redakcję Charlie Hebdo byli urodzeni w Paryżu obywatele francuscy zagranicznego pochodzenia. O problemach mniejszości imigranckich we Francji wiadomo nie od dziś, temat ich deklasacji i marginalizacji przewija się w debacie publicznej, jest też przedmiotem mainstreamowych dzieł z gatunku popkultury - chociażby głośnej francuskiej komedii Nietykalni. Konsekwentna “gettoizacja” szerokich rzeszy imigrantów prowadzi do powstawania głębokiego odczucia wyrzucenia poza nawias społeczeństwa i kapitalistycznego sukcesu, którym mamieni są wszyscy żyjący na Zachodzie i zbiorowego poczucia klęski. Z braku innej tożsamości, reakcją na tego typu deklasację może być więc reakcja podyktowana znajdującą się pod ręką i specjalnie niewymagającą religijną ideologią. Można rzec, że w tym konkretnym przypadku nienawiść do Zachodu wyrażona została w sposób nieprzemyślany i lekkomyślny, podyktowany rozpaczliwą sytuacją i rozpaczliwym poszukiwaniem jakiejkolwiek dającej poczucie bezpieczeństwa politycznej platformy. Działanie napastników nie było więc wcale działaniem podyktowanym irracjonalnym poczuciem zagrożenia, typowym dla tkwiących w dzikości imigranckich mniejszości, a raczej odpowiedzią na konkretne, rzeczywiste krzywdy, które definiują współczesny żywot imigranta. Kwestii traktowania imigrantów w Europie i otwartości granic nie da się też omówić bez dyskusji na temat europejskiego systemu pomocy społecznej i planu wyrównywania europejskiego poziomu życia, także i być może przede wszystkim w stosunku do imigrantów przybywających do Europy z regionów ogarniętych przez imperialistyczne wojny.

W oczach zachodniej ideologii kolonialnej ocena napastników nie zmieniłaby się jednak wcale gdyby zamiast redakcji czasopisma zaatakowali oni na przykład francuskie ministerstwo obrony czy też inną siedzibę władz. Sprawców opisuje się zresztą wcale nie jako ofiary kryzysu społecznego dotykającego imigrantów, przedstawicieli marginesu społecznego, ofiary biedy i kultury przestępczej, czy jako zdeklasowanych Francuzów. Zdecydowanie chętniej widziani są oni przez system jako “pozairacki” element irackiego Państwa Islamskiego, które w swym misternym planie zła rzekomo tworzy na całym świecie ambasady terroryzmu i prowadzi z Zachodem wojnę jak równy z równym. Tak nieudolnie wyglądają właśnie burżuazyjne usiłowania przedstawiania ofiar swoich własnych działań jako swych głównych wrogów.

Zbiorowo i powszechnie wypierana jest świadomość toczącej się nieustannie walki klas, która istnieje dziś przede wszystkim na poziomie globalnym i realizuje się głównie jako sprzeczność i antagonizm pomiędzy eksploatującymi państwami Globalnej Północy i eksploatowanymi państwami Globalnego Południa oraz jako sprzeczność pomiędzy rdzennymi mieszkańcami Zachodu i jego najbogatszymi mieszkańcami a imigrantami i mieszkańcami krajów peryferyjnych, które pozostają źródłem taniej siły roboczej i wartości dla kapitalistycznej akumulacji.

Oprócz tego nieustannie toczy się też walka ekonomiczna pomiędzy państwami zachodnimi a odnoszącymi coraz większe sukcesy Chinami i innymi państwami Wschodu, których ekonomiczny sukces zmuszał będzie Zachód do poszukiwania zysków z tradycyjnego dla siebie źródła – wojny.

Rzeczywista walka klas, po nacjonalistycznej i militarystycznej przeróbce, dokonanej za sprawą ideologicznych aparatów systemu, łatwo przekształcona zostaje w walkę narodów i kultur, a nowy, funkcjonalny rasizm staje się systemowo serwowanym “socjalizmem” dla ubogich, którzy nie wiedzą nawet, z której strony i przez kogo zadany został im cios skazujący na elastyczność zatrudnienia, ubożenie i trwałą niepewność egzystencji. Tę ostatnią usiłuje się dziś zresztą zakamuflować i sprzedać jako “naturalne” i neutralne zjawisko prekaryzacji, zamiast nazwać rzecz po imieniu i przyznać, że zachodni system to po pierwsze po prostu kapitalizm, wiecznie dążący do maksymalnej eksploatacji pracownika  (proces ten przybrał tylko na sile od momentu upadku konkurencyjnego wcześniej bloku socjalistycznego), ale i kapitalizm przegrany, który przegrywa obiektywną, ekonomiczną rywalizację w wymiarze światowym i którego przetrwanie uzależnione jest od zysków z wojny i dóbr z kolonii.

Z tej perspektywy, militaryzm jest więc fundamentalnym narzędziem klas panujących, służącym jako polityczny wytrych i narzędzie do zmiany historii. Rozstrzyganie globalnego podziału dóbr i zysków poprzez wojny jest zresztą trwałą cechą każdego kapitalizmu wojennego, który dominuje przede wszystkim w państwach o silnej wojskowej aktywności i dużych nakładach na zbrojenia. Wówczas to kapitał zainwestowany w wojsko, sprzęt i kadry wojskowe “zachowuje się” jak zwyczajny kapitał i dąży po prostu do przetrwania i reprodukcji, co w sytuacji, gdy inne sposoby zarabiania zawiodą, prowadzi nieuchronnie do wybuchu wojen i wdrażania w czyn zasad rządzących globalnym rynkiem wojennym.

Kwestie nadbudowy, świadomości i kulturowej obsługi konfliktu są wówczas drugorzędne i, tak jak w przypadku prezentacji sytuacji na Ukrainie, na bieżąco dopasowywane do potrzeb militarystycznej propagandy.

Propaganda militarystyczna ma jednak to do siebie, że najchętniej działa na bazie zastanych i wyprodukowanych już, a także odtwarzanych bez przerwy przez kapitalizm, ideologicznych antagonizmów. Liberalno-kapdemokratyczna wizja walki narodów i walki cywilizacji zupełnie jest przy tym pozbawiona trzeźwej analizy światowego podziału zasobów i zaawansowania technologicznego, wojskowego, czy naukowego. Zachodnie prawo do interwencji na całym świecie jest zaś tożsame z prawem do negacji wszystkiego, co nie stanowi elementu własności/kultury najbogatszych krajów świata i ich tożsamości kulturowej. Zachodnie, kapitalistyczne wolności - łącznie ze świętymi prawami własności prywatnej są zaś uniwersalizowane i na ich zasadzie tworzone jest imaginarium konsumpcyjnego symulakrum, gdzie wszystkie znaki odsyłają konsumentów, zgodnie z zasadą wiecznego powrotu, w kierunku jedynego prawomocnie i wiecznie panującego uznania – uznania światowej hegemonii Zachodu.

W takich właśnie warunkach rodzi się na naszych oczach europejski faszyzm, który zamiast Żydów, jak było dawniej, obecnie obiera sobie za wroga ludność muzułmańską, w obliczu zaś braku lewicowej i socjalistycznej reakcji na zaistniały kryzys będziemy mieli do czynienia właśnie z narastającą reakcją rasistowską i faszystowską. Najlepszym tego zwiastunem są już polityczne nastroje we Francji i Anglii, gdzie ostatecznie jedyną, rzeczywistą receptą na ten kryzys okazuje się być rozkwit polityki zamknięcia granic i obrony dotychczasowego - osiągniętego kolonialnymi metodami, także dzięki łupom z Polski - dobrobytu poprzez intensyfikację działań rabunkowo-finansowych, kolonialnych i militarystycznych. Wcale nieprzypadkowe jest więc także stopniowe budowanie – na bazie konfliktu Zachodu z Islamem – poparcia dla wypowiedzenia przez państwa UE układu z Schengen, co przecież uderzy przede wszystkim właśnie w obywateli Unii Europejskiej i w biedniejszą ich część, która pozbawiona zostanie nawet możliwości wewnętrznej emigracji za pracą i chlebem.

Zamiast socjalistycznej gospodarki, która byłaby w stanie stworzyć faktyczny system równości – kosztem zaledwie wyzyskiwaczy a raczej wyzysku – zacznie panować program polityczny, który winą za kryzys ekonomiczny i utratę raju welfare state’ów obarczy imigrantów “nierespektujących zasad demokracji”. Wrogość wobec imigrantów, rasistowskie i fanatyczne poparcie wobec zmasowanych, wojskowych działań kolonialnych już są podstawowym budulcem tożsamości Zachodu, którego nowy duch to duch Marine Le Pen i marszów “jedności narodowej”, w które w opozycji przeciwko terroryzmowi zaangażować ma się teraz cała biała rasa i ci, którzy zostali przez nią “uznani” za godnych. Tak jak Gilles D’Elia możemy teraz stwierdzić, że ostatni etap historii kolonializmu jest kolonizacją samej jego historii, z tą tylko różnicą, że teraz to wyparcie historii kolonializmu i jego praktyk dokonuje się na bieżąco, praktycznie na żywo i przy jednoczesnej koronacji Francois Hollande’a i Angeli Merkel na tronie nowego sumienia świata i nowego dziejowego rozumu.

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia