Jesteś tu: Strona główna Artykuły Postpolityka: Miller, ...

Postpolityka: Miller, Ogórek, Seppuku

Tymoteusz Kochan 14/04/2015

Cechą panującego systemu jest absolutna pacyfikacji żywej polityczności. Polityka kapitalistyczna to zgodnie z marksowskimi przewidywaniami - wolność wybierania komitetu zarządzającego wspólną własnością kapitalistyczną. Pośród postpolitycznych agentów kapitału występują jednak zarówno ludzie rozważni i nastawieni na konkretne cele, jak i zaślepieni PRowską teorią samobójcy.

Wybór Magdaleny Ogórek na kandydatkę w wyborach prezydenckich to właśnie przejaw tego rodzaju tendencji samobójczych.

Aby jednak Magdalena Ogórek mogła zostać wybrana na “lewicową” kandydatkę na prezydenta wpierw zajść musiały bardzo istotne zmiany. Arbitralny wybór Leszka Millera, który sięgnął po kandydatkę spoza partii, bez żadnego doświadczenia, renomy, czy osiągnięć dowodzi, że współczesny Sojusz Lewicy Demokratycznej niewiele ma wspólnego z demokratyczną partią, która powinna przynajmniej usiłować realizować konkretny, polityczny program. SLD, tak jak i inne polskie partie, nie jest już partią programu politycznego, czy też partią działania zbiorowego.

Kres istnienia partii masowych i masowych ruchów politycznych nie nastał przypadkowo.

Biorąc pod uwagę fakt niewielkiej liczebności współczesnych partii politycznych można bowiem orzec, że będące niegdyś silnikiem napędowym zmian masowe partie robotnicze, czy też partie liberalne, przestały praktycznie istnieć. Polityka jako aktywność codzienna, popularna, ludowa i wyrastająca z osobistych interesów zastąpiona została polityką zawodowych polityków i elit, które wyraźnie separują się od mas, bardziej zwarte, trwałe i najbardziej szczere relacje budując nie z wyborcami, lecz pomiędzy własnymi działaczami w formie klanowych więzi. Max Weber stwierdził kiedyś, że kapitalistyczna nadbudowa zorganizowana jest na zasadzie kompetencji. Regułą specyficznej kompetencji rządzi się dziś także i przestrzeń polityki, wyraźnie oddzielona od ludowych namiętności, ludowych dążeń i programów, skupiona za to na sprawnym „zarządzaniu zasobami ludzkimi”.

Przedmiotowe traktowanie wyborców i elektoratu, tabloidyzacja polityki, opieranie się na opiniach PRowych speców, którzy doświadczenie gromadzili wciskając zbędną tandetę na kapitalistycznym rynku, wreszcie: infantylizacja i uproszczenie dyskursu politycznego do poziomu pozbawionej znaczenia pyskówki. Wszystko to działa na korzyść postpolitycznego świata, gdzie prawdziwe działanie oraz prawdziwe decyzje zarezerwowane są dla ekonomicznych ekspertów i “obiektywnych” komentatorów, zaś polityczne partie zajmują się wyłącznie tym, jak skutecznie oszukać i nabrać wyborcę. Partie polityczne zorganizowane na kształt rad nadzorczych bliższe są dziś feudalnym rodom samurajskim z Japonii i zamordystycznym korporacjom niż organizacjom ludowym, czy też organizacjom inteligenckim, w których dominującym czynnikiem spójności pozostawał czynnik konkretnej idei i wprowadzanej w życie utopii. Współczesne partie ogólne idee zastąpiły konkretno-klasową ideologią, najczęściej – co istotne - jedną i tą samą, wspólną dla wielu pozornie tylko odmiennych organizacji politycznych.

Efektów tych zmian nie trzeba szukać daleko. Narracje polskich polityków głoszące potrzebę “łączenia, nie dzielenia” i działania mające na celu wypracowanie jednego, wspólnego, hegemonicznego i uniwersalnego politycznego paradygmatu dowodzą, jak niewiele różni poszczególne grupy polityczne i jak blisko na politycznej mapie sąsiadują ze sobą ich pozornie tylko przeciwstawne interesy. Politycy rzadko są dziś ze sobą skłóceni, a większość żywi do siebie zawodowy podziw. Stawką jest bowiem sukces wyborczy, a nie jakakolwiek realna "polityczność". Nawet tzw. "kandydaci antysystemowi", którzy dowodzą rzekomo demokratyczności współczesnego nam kapitalizmu, domagają się tego samego, czego chce obecna władza. Chcą oni jednak jeszcze ostrzejszego kapitalizmu, jeszcze ostrzejszego zamordyzmu i zwielokrotnienia wyzysku. Ich antysystemowość jest więc w rzeczywistości hipersystemowością, a ich podstawowy zarzut do obecnie panujących jest taki, że nie realizują oni w pełni kapitalistycznej misji i nie usuwają dość skutecznie resztek "socjalizmu", ostatnich kłód spod burżuazyjnych stóp itd. Emanacją tego typu uniwersalistycznego myślenia jest też hasło wyborcze Bronisława Komorowskiego, który złowieszczemu “radykalizmowi” przeciwstawia “racjonalność”, która występuje rzecz jasna naturalnie tylko pod jedną postacią – Bronisława Komorowskiego właśnie.

Na oczach ostatniego pokolenia polityka przerodziła się w zawód, a uprawiający go w specyficzną grupę społeczną i całość, którą określić można mianem politycznej podklasy. Ta podklasa polityczna to ciało kompletnie odrębne od mas, stanowiące jednocześnie bezpośrednie zaplecze dla klasy kapitalistycznej. Nic więc dziwnego, że politycy z czołówki to bardzo często właściciele firm, działający zgodnie z regułą tzw. "partnerstwa publiczno-prywatnego", które dziś realizowane jest w formie: publicznych machlojek na rzecz prywatnej własności. Nowoczesna podklasa polityczna nie zabiega wcale ani o powszechne uczestnictwo w życiu politycznym, ani o merytoryczność dyskursu publicznego. Podklasa ta zamiast tego tworzy zamknięte grupy interesów, które w połączeniu z aparatem medialnym tworzą swoisty konglomerat władzy, nastawiony wyłącznie na władzy zachowanie i utrzymanie.

W świecie postpolitycznego marketingu wyborcy stali się natomiast klientami. Poszczególne partie to towary, które – zgodnie z rządzącym kapitalistycznym paradygmatem – różnić między sobą mogą się tylko pod względem etykiety, a więc pozorów i rodzaju używanego języka. Treść jednak pozostaje bezpiecznie taka sama. Niezależnie od rodzaju etykiety zawartością pozostaje nadal ta sama, modyfikowana genetycznie, papka, czy w przypadku polityki - kapitalistyczny, prawicowy bełkot o różnym natężeniu.

Brak realnego politycznego wyboru jest podyktowany przede wszystkim: narzucanym brakiem realnej alternatywy gospodarczej i sprawowaną władzą kapitału nad aktorami życia społeczno-politycznego, w tym przypadku nad społeczeństwami Zachodu. Demokracja parlamentarna pozostaje w kapitalizmie użyteczną tylko do czasu, do kiedy zabezpieczony i spacyfikowany władzą kapitału pozostaje rynek politycznych-partyjnych możliwości. Masy dopuszczono do partycypacji we władzy właśnie dlatego, że już jej nie zagrażają - a nie zagrażają jej, ponieważ ukształtowane i wychowane zostały przez kapitalistyczne/systemowe mechanizmy obronne. Stało się więc dokładnie tak, jak przewidywał Herbert Marcuse: siła aparatu kontroli systemu stała się tak wielka, że wyjście poza systemowy, ideologiczny paradygmat przestało być możliwe, nawet przy pomocy pozornie pluralistycznych i demokratycznych mechanizmów.

Na poziomie ideologii codzienności wszystko zapewnić ma jednak masy o tym, że “dzieje się dobrze”.

Kult jednostki i indywiduum, hasła “zaakceptuj siebie”, “bądź sobą”, “uwierz w siebie” to w kontekście kapitalistycznego totalitaryzmu nic innego, jak kolejne wezwania do zaakceptowania swojego przedmiotowego charakteru.

Wszystkie systemowe wezwania to wezwania do posłuszeństwa, akceptacji siebie jako jednostki skończonej już w tym, konkretnym momencie – co zapewnić ma państwowemu aparatowi pewność, że podporządkowane władzy owieczki nie spróbują się zmieniać, edukować, czy organizować, lecz pozostaną tym samym posłusznym, spokojnym i grzecznym stadem. Czczenie przeciętności, pacyfikowanie młodzieżowej energii, promowanie używek, kult orgiastycznego przeżywania bzdur i fascynacji upojeniem alkoholowym... wszystkie te kulturowe instrumenty to kolejne systemowe, pacyfikacyjne narzędzia. Poza konsumpcją, poza wiarą w kapitalistyczny sukces i poza kultem najbardziej prymitywnych, cielesnych uciech życie rzekomo nie istnieje.

Dla SLD i Leszka Millera cały okres po 1989 roku to czas dorastania do tej właśnie kapitalistycznej gry.

Początkowe, potransformacyjne zwycięstwa polityczne SLD były spowodowane przez rosnącą społeczną niechęć w stosunku do opłakanych skutków kapitalistycznych przemian. Czując jednak, że świat polityki ulega zmianie i pragnąc dostosować się do wymogów nowego Pana - kapitału, SLD rozpoczęło swą ewolucję w kierunku postpolitycznej elity. Pozorowane różnice, brak wyrazistości, ucieczka od lewicowych wartości i haseł, dostosowanie się do kapitalizmu i zamknięcie się partii stanowiły o "nowej jakości" w historii SLD.

Ewolucja SLD w kierunku elitarnego klanu politycznego zaszła tak daleko, że z procesu decyzyjnego praktycznie kompletnie wyłączono przeciętnych członków tej formacji, a wszystkie najważniejsze decyzje zaczęły zapadać wyłącznie w gronie ścisłego kierownictwa. Koła partyjne i działalność lokalną zmarginalizowano, walne spotkania i zgromadzenia praktycznie (poza z rzadka odbywającym się zarządem krajowym) przestały istnieć. Kierownictwo natomiast nie czuje się już wcale reprezentantem partii, czy jakiegokolwiek elektoratu/ludu, ale zamknęło się w swych warszawskich salonach, gdzie marzenia o służbie na rzecz UE, NATO, Obamy, burżuazji, czy innego możnego Pana to absolutny szczyt horyzontu poznawczego. Sojusz uwierzył też - zgodnie z popularną naiwnością politologów - że polityka polega na rywalizowaniu ze sobą 'politycznych przedsiębiorstw', a prawdziwe przekonania, poglądy i programy są kompletnie nieistotne.

Kolejne lata w SLD to kolejno: dojście do władzy Grzegorza Napieralskiego, który zasłynął głównie pozdrowieniami od internautów przekazanymi Barackowi Obamie, powrót "odnowiciela" Leszka Millera do władzy i akt ostatni - nominacja Magdaleny Ogórek na kandydatkę na urząd prezydenta (popieraną przez partię). W ewolucji SLD zawarta jest cała polityczna droga, którą przejść musiała ta partia starego typu aż do przemiany w klasyczną korporację władzy.

Jedyny problem, którego wodzowie SLD nie przewidzieli był taki, że w ramach rynkowej konkurencji firm politycznych nie przewidziano miejsca dla lewicowych formacji wyborczych, dla których akceptacja postpolitycznej, tabloidowej narracji oznacza rychły koniec i śmierć.

Marzenie o byciu "lepszą Platformą" z postsocjalistycznym obciążeniem od początku było skazane na porażkę, a to właśnie ślepa wiara w możliwy kompromis z prawicą, neoliberalizmem i NATO-wszczyzną od początku charakteryzowała podejście polityków SLD, gdy tylko znaleźli się oni w kapitalistycznej rzeczywistości. Z perspektywy systemu - neoliberalnego kapitalizmu - było jednak całkowicie oczywiste, że nawet neoliberalne i posłuszne niczym uległy niewolnik SLD nigdy nie zostanie uznane za prawomocnego reprezentanta kapitalistycznych interesów i godnego wyraziciela prawicowego, kapitalistycznego ducha, który zawładnął Polską po 1989 roku. Misja SLD była więc od początku misją przegraną, a obecne, rozpaczliwe poczynania Leszka Millera tylko dowodzą tego faktu, gdyż przewodniczący SLD permanentnie utracił już łączność z jakimkolwiek elektoratem i lewicowym programem, a zamiast tego stał się po prostu prezesem firmy, która zgodnie z podejrzanej jakości sondażami i eksperckimi opiniami usiłuje się "wstrzelić w polityczny rynek", traktując go tak, jak traktuje się rynek cukierniczy, rynek sieciówek typu fast food, czy rynek past do zębów.

Tabloidyzacja i urynkowienie polityki, instrumentalizacja jej do poziomu bitwy na pozbawione znaczenia spoty wyborcze przekreśla możliwość zaistnienia realnej alternatywy wyborczej. W takich warunkach "politycznej gry" partie, które mają szansę na sukces wyborczy to partie establishmentowe, jak najlepiej dostosowane do panującej i dominującej ideologii. W warunkach pozbawionej faktycznej treści politycznej gry o "politycznego klienta" dochodzi do zerwania z tradycyjnie rozumianą politycznością, która zastąpiona zostaje przez politykę tematów zastępczych. Dla lewicowych partii oznacza to po prostu - śmierć. Lewica bez swojego antyestablishmentowego charakteru, bez radykalizmu, czy gruntownej i ekonomicznej krytyki skierowanej przeciwko systemowi przestaje po prostu istnieć. Wszystkie historyczne lewicowe sukcesy wyborcze budowane były w oparciu o faktycznie lewicowy program i hasła, nawet jeśli potem hasła te i składane obietnice były wielokrotnie łamane. Zawsze jednak przynajmniej w pozorach były to partie konsekwentnie lewicowe, krytyczne i spójne wewnętrznie jeśli chodzi o treść. SLD Leszka Millera zerwał natomiast z tą tradycją i postawił na polityczną nowomowę, której przyjęcie oznacza dla Sojuszu niechybny koniec...

Po drugiej stronie tej samej barykady znajdują się 'lewicowe' partie, które swą lewicowość i charakter usiłują stale maskować. Prymitywne stwierdzenia, że w Polsce nie ma lewicowego elektoratu, a jest natomiast socjalny, czy naiwne złudzenia, że w związku z tym wystarczy tylko zrzucić z siebie socjalistyczny, czy też socjaldemokratyczny "bagaż" i pełen sukces (tak polityczny, jak i programowy) już jest gwarantowany prowadzą lewicę na skraj przepaści i ku zatraceniu swojej tożsamości, charakteru i historii.

Odwieczne drobnomieszczańskie marzenie klasy średniej - aby wygrać/wszystkich oszukać, wyjść na swoje i nikomu się nie narazić - to dziś dojrzała polityczna teoria i strategia działania.

Problem polega jednak na tym, że nie jest to strategia przygotowana pod lewicę, ale właśnie pod drobnomieszczańskie ruchy klasy średniej, zadowolonej z niezłego poziomu życia i nie chcącej jakichkolwiek zmian (abstrahuję w tym miejscu od faktu, że w Polsce klasa średnia, rozumiana jako stabilna klasa o stosunkowo wysokich dochodów, praktycznie nie istnieje, mamy jednak sporo osób stosunkowo zadowolonych z systemu  i politycznie tchórzliwych/oportunistycznych, których protest jest w gruncie rzeczy pozorowany, tak jak i ich polityka). Strategia dostosowawcza do kapitalizmu i do warunków rynkowo-komercyjnej gry politycznej to strategia prowadząca do zguby także dlatego, ponieważ prawicowa ideologia dobrze nauczyła polskie społeczeństwo odróżniać socjalizm od kapitalizmu i w związku z tym nie wystarczy wcale po prostu zmienić swą nazwę, aby głosujące 50% społeczeństwa przestało dostrzegać w tym programie, w tych ludziach i w tych hasłach ten straszny socjalizm, komunizm i lewactwo. "Lewacka" jest już nawet Platforma Obywatelska, a bez oczyszczenia tego pola i wyłożenia kart na stół nie da się ani czegokolwiek odkłamać, ani wyprostować, ani zbudować własnego przekazu.

Walka polityczna, którą stoczyć musi w Polsce lewica będzie więc koniecznie: walką jawną i otwartą, i będzie tak niezależnie od tego, czy lewica tego chce, czy też nie.

Postpolityczny, kapitalistyczny rynek polityczny stale także ewoluuje. W Polsce mamy obecnie to umiarkowane szczęście, że jesteśmy jeszcze w takim położeniu, które umożliwia choćby minimalną, oddolną aktywność organizatorską i polityczną. Przyszłość może jednak być znacznie mniej świetlana, a znacznie bardziej amerykańska. Wieczna pozorowana wojna pomiędzy PO a PiS to przecież nic innego jak przygotowywanie Polski do systemu dwupartyjnego, czemu służy też kompromitacja SLD, czy totalna klęska (konsekwentnego, prawicowego liberała) Palikota. W tym momencie wyłącznie istnienie Polskiego Stronnictwa Ludowego i wyraźnie odznaczająca się egzystencja klasy chłopskiej wraz z jej poglądami i interesami zabezpiecza nas przed ograniczeniem politycznego pola pseudomożliwości do samej Platformy i PiSu. W perspektywie słabnącego znaczenia rolnictwa w Polsce, prawdopodobnego kresu dopłat i coraz silniejszej polaryzacji na dwie strony konfliktu i PSL jednak może wkrótce przestać istnieć, a wówczas kapitalistyczne mechanizmy władzy i aparat kapitału zrobią swoje: zwycięskie PO i PiS staną się koncernami, kapitałowymi i finansowymi potęgami skutecznie wykluczając wszystkich pozostałych na wieki. Wtedy też faktycznie zlikwidowana zostanie możliwość powstania jakiejkolwiek alternatywy, a lewicowi wyborcy w Polsce staną przed tradycyjnym, ponurym wyborem amerykańskiej lewicy, która w każdych wyborach wybierać musi spośród Partii Republikańskiej i Partii Demokratycznej.

Ewolucji politycznego systemu w kierunku prawicowej hegemonii pomagają też zresztą pożyteczni idioci (agenci) systemu, w postaci Kukizów i innych, dla których jedynym gwarantem "wolności" są jednomandatowe okręgi wyborcze.

Ostatecznie jednak, jeśli przeciwko partiom kapitału i prawicy stanąć ma jakakolwiek realna lewica to musi ona użyć do swej politycznej walki wszystkich dostępnych środków. Bez wiodącej idei, socjalistycznego projektu i socjalistycznej utopii (w działaniu!) nie da się zwyciężyć z systemem, którego władcy doskonale wiedzą o swoich słabościach i w związku z tym są też gotowi stosownie do swych potrzeb pozorować przesunięcie na lewo i dzięki temu - od środka, poprzez swoje własne czyny, pacyfikować miękki, socjalliberalny program, który przeciwko nim wytoczą oczywiście doskonale zakamuflowani ze swą lewicowością demo-wege-eko-femi-cykli-socjaliberałowie.

Dlatego też obok postulatów socjalnych, ekonomicznych i stricte gospodarczych tak ważne są postulaty dotyczące obyczajowości, polityki międzynarodowej i kultury - ponieważ to one często stanowią dla prawicy barierę nie do przejścia, zaporę poznawczą i cywilizacyjną. To one także stanowią podstawowy fundament dla wszelkiej ekonomicznej "bazy" i programów socjalnych, ponieważ tylko z szacunku dla drugiego człowieka, równości, pracowniczej wspólnoty i walki o międzynarodową solidarność klas pracujących wynikać może socjalny program, który dokona trwałego jakościowego skoku. Problem polega jednak na tym, że tego typu program wymaga ostrego języka, wyrazistej, radykalnej polityczności i walki z całym establishmentem, którego łatwo jest się dziś przestraszyć i do którego łatwo też jest (choćby jedną nogą i nawet nieświadomie) przynależeć.

Alternatywą dla świata zdehumanizowanej postpolitycznej, marketingowej, totalitarno-kapitalistycznej gierki wyborczej jest więc walka o alternatywny system, która wyklucza przyjmowanie panujących zasad i wymusza budowanie nowej, radykalnej narracji. Wyjście z pułapki panującego aparatu to wyjście przez okno, wyjście przez dach... ale na pewno nie przez przygotowane przez speców od PRu drzwi prowadzące donikąd.

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia