Jesteś tu: Strona główna Artykuły Nie idź na wybory, ni...

Nie idź na wybory, nie wybieraj okupanta

Tymoteusz Kochan 08/05/2015

Niedzielne wybory prezydenckie niczego nie zmienią. Polska – niezależnie od tego, który kandydat wygra – pozostanie peryferyjnym państwem kolonialnego kapitalizmu, który utrzymuje się z taniej siły roboczej i żyje z wyzysku biednych-pracujących. Lewica nie ma w tych wyborach swojego kandydata, a sam kapitalistyczny proces wyborczy to dla lewicowego wyborcy żadna świętość. Nie wstydźmy się więc nie iść na te wybory i nie wstydźmy się nie głosować.

Ostatnia debata prezydencka i kolejne wypowiedzi poszczególnych kandydatów udowodniły, że wszyscy kandydaci na urząd prezydenta to reprezentanci i przedstawiciele ideologii neoliberalnej.

Jest to o tyle specyficzne, że w wymiarze światowym neoliberalizm i klasyczna neoliberalna teoria ekonomiczna coraz szybciej odchodzą w zapomnienie i wypierane są przez różne neokeynesowskie podejścia teoretyczne, które coraz wyraźniej uwzględniają też kluczową rolę państwa. Z perspektywy socjalisty to oczywiście nic szczególnie atrakcyjnego – dobrze bowiem wiemy, że samo reformowanie kapitalizmu i podłączanie mu kroplówki przez zmianę samej redystrybucji dóbr niczego nie da, ponieważ prawdziwym źródłem społecznego zła jest sam proces kapitalistycznej produkcji i akumulacji kapitału.

W przypadku Polski do czynienia mamy jednak z politycznym skansenem.

Powszechnie uwierzono w kapitalistyczny mit i przyczyn klęski kapitalizmu wszyscy upatrują wyłącznie w mechanizmach funkcjonowania resztek “teoretycznego państwa” polskiego. Urząd prezydenta to nie urząd, który pozwalałaby w sposób istotny zmieniać gospodarkę, jest to jednak urząd, który ma duże znaczenie przy współpracy z rządem i daje możliwość np. wetowania niekorzystnych ustaw. Z powodu braku lewicowych kandydatów – jedyna pseudolewicowa kandydatka SLD domaga się obniżania podatku CIT i przyzwolenia na przestępczość gospodarczą – nie można się jednak nawet łudzić, że którykolwiek ze zwycięzców niedzielnych wyborów zawetowałby ustawę godzącą w jakikolwiek sposób w świat pracy.

W czasie kampanii walczono jedynie o głosy właścicieli i przedsiębiorców - żaden z kandydatów nie stanął po stronie pracownika najemnego i własności społecznej.

Z tego względu nie warto głosować na “mniejsze zło”, ponieważ wszyscy kandydaci ubiegający się o urząd prezydenta to przedstawiciele tej samej klasy społecznej i tych samych, ekonomicznych elit. Bycie socjalistą nie oznacza co prawda bycia propaństwowcem, lecz w chwili obecnej brak w Polsce nawet ogólnie “propaństwowych” kandydatów. Polityka burżuazyjna, głos “przedsiębiorców”: ich zrzędzenie na państwo, na system ‘socjalistyczny’, na podatki, na biurokrację, na nie dość uelastyczniony rynek pracy, na złe kwalifikacje pracowników, na pracownicze "przywileje"... to wszystko stało się fundamentem myślenia wszystkich politycznych partii establishmentu. Takie myślenie jest nam obce i nigdy nie udzielimy mu poparcia, nawet taktycznego, czy krótkoterminowego.

Jako socjaliści wiemy, że system parlamentarny to potencjalnie dobra i słuszna droga do zwycięstwa politycznego, ale wyłącznie w takim przypadku, kiedy posiadamy własną i realnie socjalistyczną partię.

Przypadek grecki udowadnia, że nawet deklaratywnie socjalistyczna partia wygrywająca w wyborach to jeszcze nie samo rozwiązanie, ponieważ czym innym jest przedwyborcza propaganda, a czym innym są powyborcze czyny. Nie da się też budować partii lewicy socjalistycznej bez teorii i programu wywodzących się z marksizmu. W Polsce nie mamy jednak deklaratywnej partii socjalistycznej, ani nawet deklaratywnej partii socjaldemokratycznej, która mogłaby otrzymać od nas głos w ramach walki ze skrajnie prawicowymi ugrupowaniami. Od dawna pozorujący swą lewicowość Sojusz Lewicy Demokratycznej w tych wyborach wystawił kandydatkę, która sama odcina się nawet od tej pozorowanej lewicowości. Inni kandydaci to natomiast istny festiwal i mieszanina poglądów konserwatywnych, skrajnie prawicowych, neoliberalnych, militarystycznych, czy nacjonalistycznych.

Żaden z tych komponentów nie jest tym, na czym nam zależy i dlatego nie ma dla nas w tych wyborach żadnego "mniejszego zła". Wybory parlamentarne są dla ludzi lewicy wartością dopiero wtedy, kiedy startują w nich ludzie godni zaufania i godni oddawanego na nich głosu. Nie istnieje żaden “obywatelski obowiązek”, który nakazywałby nam oddawać swe poparcie osobom, które posiadają poglądy przeciwstawne do naszych i które w wymiarze obiektywnej polityki są naszymi przeciwnikami i wrogami.

Wszyscy musimy zadbać o to, aby w kolejnych wyborach, w przyszłych latach istniała lewicowa alternatywa warta tego, by ją wspierać. Do tego czasu jednak wybory pozostają po prostu: kolejnym mechanizmem panowania kapitału i elit nad światem pracy i skutecznym narzędziem kapitalistycznej demokracji, gdzie obce klasowo poglądy narzucane są społeczeństwu, które staje się politycznie wyobcowane i pozbawione własnego, politycznego głosu.

Jedynym racjonalnym wyborem w okolicznościach kapitalistycznej okupacji jest bunt.

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia