Jesteś tu: Strona główna Artykuły Czas budować czerwone...

Czas budować czerwone związki zawodowe

Dawid Jakubowski 16/05/2015

Wywiad z Mateuszem Cichockim, Inicjatorem Komisji Operatorów Żurawi Wieżowych.

Na początku tego wywiadu, chciałbym zaznaczyć, że opinia, którą tutaj przekażę jest moją prywatną opinią i nie musi się pokrywać z opinią innych operatorów.

Dawid Jakubowski: Jak to się stało, że wybrałeś ten zawód do uzwiązkowienia?

Mateusz Cichocki: Oczywiście mówienie w liczbie pojedynczej o tym fakcie jest przesadą. Trzeba podziękować wielu ludziom za pomoc w organizowaniu Komisji Operatorów. Już jako dziecko miałem styczność z budowlanką, mój ojciec był murarzem, który budował w latach PRL-u wielką płytę a po transformacji próbował działać na własne rękę, więc często dorabiałem sobie na budowach. Potem w okresie studiów i pracy w Warszawie często podejmowałem się pracy robotnika budowlanego, gdyż był to najłatwiejszy sposób zdobycia kasy do funkcjonowania w państwie kapitalistycznego wyzysku. Mieszkając w Warszawie związałem się grupą lewicowych działaczy, którzy zasadniczo ukierunkowali mnie na marksizm, który wraz z zdrową nienawiścią do klasowego ucisku i wyzysku dał solidne podstawy do świadomego buntu, właśnie o klasowym podłożu.

Warto także zaznaczyć, że od dziecka intrygowała mnie kwestia tego jak można pracować tak niebotycznie długo i ciężko przez całe życie kosztem normalnych relacji międzyludzkich, jak też rozwijania zainteresowań. Dlatego już wtedy przejawiałem solidny sprzeciw wobec tego systemu. Apogeum awersji do katorżniczej pracy robotnika budowlanego nastąpiło w momencie kiedy postanowiłem uciec od pracy fizycznej na dźwig, który wedle mojego mniemania był lżejszą formą pracy współczesnego proletariusza. Właśnie wtedy poprzez zmianę formy pracy, na bardziej swobodną pod względem dostępu do informacji, postanowiłem za pośrednictwem Internetu zjednoczyć operatorów w jeden wspólny front walki z wyzyskiem. W kwestii marksistowskiej warto zaznaczyć, że poziom samouzwiązkowienia się robotników najemnych z budów przebiega w tempie ekspresowym, co potwierdza słowa Marksa o tym, że robotnicy mają największą zdolność rewolucyjną.

Analizując nowoczesny proletariat miejski w stosunku do innych sektorów zatrudnienia trzeba świadomie zaznaczyć, że ich potencjał bojowy jest dużo większy, aniżeli tak zwanego "prekariatu", który jest pojęciem ukorzenionym w nowomowie socjalliberałów służącym jedynie stworzeniu fałszywego obrazu, że obecnie proletariat przestał istnieć. My sami, będąc proletariatem, doskonale rozumiemy, że posługiwanie się takową terminologią jest celowym działaniem i taktyką oportunistycznych prądów, wspieranych w ruchu antykapitalistycznej lewicy, które ma na celu wyrugowanie pewnych wartości robotniczych, a przede wszystkim rozdrobnienie klasy robotniczej. Uważam się za marksistę i robotnika, stąd postanowiłem odkłamać pewne pojęcia, które dziś są notorycznie pomijane w dyskursie publicznym, bądź ich kontekst jest fałszowany. Zwłaszcza, że wulgaryzacja marksizmu przez środowiska lewicowe nabiera rozpędu w momencie. kiedy nasza lewica przejawia stagnację, żeby nie powiedzieć marazm.

Dawid Jakubowski: Właśnie, jakie są powiązania dzisiejszego "nowoczesnego proletariatu miejskiego" z ruchem związkowym/pracowniczym?

Mateusz Cichocki: Dzisiejszy ruch związkowy w Polsce jest martwy, ludzie pracują często poniżej progu egzystencjalnego - a my operatorzy i wszelcy robotnicy zarabiamy często dosyć sporo. Jest to celowy zabieg kapitalistów, który ma nas trzymać w ryzach, ale trzeba zaznaczyć, że zarobki są okupione wielkim trudem (praca po 12 godzin dziennie to minimum). Mógłbym tutaj pokusić się o nazwanie nas "arystokracją pracy", gdyby nie fakt, że ubiór i ubrudzone ręce od smaru czy piasku zasadniczo nie pasują do arystokracji. Do tego dochodzi jeszcze kwestia pośredników zatrudnienia, którzy dostarczając kapitalistom siły roboczej, pobierają za to prowizje znacznie przekraczające robotnicze zarobki. Przyda się nadmienić, że stawki operatorów w stosunku do prowizji, którą pobierają pośrednicy, handlujący tanią siłą roboczą są zaskakująco niskie. Roboczogodzina pracy żurawia kosztuje 35 zł, kiedy nam się płaci nawet po 12 zł. Wartość dodana jest niebagatelna.

Wielu ludzi w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, że robotnicy nadal istnieją, pracują i mogą jeszcze sporo zmienić w sytuacji politycznej kraju rozwiniętej demokracji burżuazyjnej. Będąc młodym człowiekiem zauważam notorycznie, że dzisiejsza lewica, ta systemowa i antysystemowa skrupulatnie omija temat proletariatu, stąd mój niesmak do nowomowy socjalliberalów wszelkiej maści, którzy pragną zmiany polaryzacji wartości w świecie lewicy.

Dyskurs takiego działania wygląda tak, że kwestie pracownicze odrzuca się na dalszy plan, zastępując je frazesami w postaci haseł obyczajówki. Oczywiście nie mam nic do kwestii preferencji seksualnych, obyczajowych itp., a sam zaś odrzuciłem konserwatyzm w tych kwestiach już jakiś czas temu, jednak muszę nanieść problem na mapę lewicy z pozycji marksistowskich, gdzie kwestie walki klasowej są zagłuszane tematami zastępczymi. Jako zagorzały antykapitalista, rozumiem, że kwestia wyzwolenia ludzi z okowów konserwatyzmu, patriarchatu i naleciałości ojcowskiego dyktatu wiedzie tylko przez solidną negację kapitalizmu i obalenie go. Reformizm w żaden sposób nie jest w stanie wyzwolić gejów, transwestytów, czy osób powiedzmy bez urazy "innych" niż większość społeczeństwa.

Temat lewicowej nadwrażliwości lewicy moglibyśmy jednak kontynuować w nieskończoność, gdyby nie fakt, że wszystkie problemy tego zagadnienia zostały sprawiedliwie rozsadzone w książce Włodzimierza Lenina "Dziecięca choroba lewicowości w komunizmie". Wracając do meritum, po tym co powiedziałem zdaje sobie sprawę, że kwestie pracownicze (robotnicze), to cel pryncypialny lewicy a sprawa proletariatu jest wciąż żywa i aktualna. Wiemy z doświadczenia, że jak niegdyś proletariat fabryczny był siła napędową strajków, tak dziś dosyć prosto jest zaagitować miejski, nowoczesny proletariat budowlany, który skutecznie opiera się prekaryzacji poprzez swoją specyfikę zawodową, której siłą napędową nadal jest praca fizyczna rąk ludzkich. Narzucanie mowy socjaldemokratycznej, oportunistycznej i wszelkiej ugody, doprowadziło do tego, że dzisiejszy interes robotników zaczął być przez część z nich utożsamiany z interesem białych kołnierzyków a nie na odwrót. Dialektyka dziejów już pokazała, że kwestie pracownicze a szczególnie pracy fizycznej są motorem przemian, dlatego twardo stajemy po naszej robotniczej stronie, bo mało kto wie, ale my robotnicy mamy swoją moralność, swoje zasady i swoją chlubną tradycję.

Dawid Jakubowski: Dlaczego na lewicy panuje taka niechęć do proletariackich korzeni waszego ruchu? Czy jesteś w stanie naszkicować wizerunek robotnika najemnego z budowy?

Mateusz Cichocki: Nie wiem, czy "niechęć" to słuszne słowo, ale pewnego rodzaju awersja na pewno występuje. Problem pojawia się wraz z momentem kiedy zaczniemy analizować środowisko lewicy pozaparlamentarnej, która nie jest establishmentowa i raczej jeszcze nie przeniknęła neoliberalizmem. Bo jak wiadomo, nasze grono lewicy nie jest jednomyślnym bytem, który bez cienia zawahania się ze sobą zgadza, dlatego w momencie totalnej atomizacji działaczy, którzy są nie tylko nadmiernie obciążeni bieżącą aktywnością w kwestiach pracowniczych, ale publicystów, teoretyków czy ludzi po prostu twórczych trzeba czasem iść na szereg kompromisów. Oczywiście dbamy, aby to były kompromisy zgodne z założeniem kompromisu leninowskiego. Dlatego w dzisiejszym, jednym rzędzie działaczy antysystemowych, możemy zobaczyć obok siebie takie ideologie jak leninizm, luksemburgizm, trockizm, anarchizm czy nawet bardzo egzotyczny "operaizm". I to mimo, że niektórzy z teoretyków od których nazwisk utworzono te określenia, wcale nie dążyli do frakcyjności w ruchu robotniczym. Co nie przeszkadza jednak tym, którzy uważają się za ich ideowych spadkobierców formułować przekaz, w którym elementy socjalliberalne wypierają myślenie dialektyczne.

Zdawałoby się, że takowe mikrofrakcje mają drobne różnice ideologiczne, jednak fakty są zgoła inne i ciężko czasem zapanować nad postrzeganiem pewnych aspektów w jednakowym obrazie. Mimo wszystko sprawa pracownicza triumfuje i podziały schodzą na dalszy plan. Przy dzisiejszej hegemonii burżuazyjnych mediów nie jest także dziwne i to, że do naszego środowiska napływają elementy wsteczne i jawnie reakcyjne a w najlepszym wypadku elementy chwiejne, które otwarcie negują osiągnięcia socjalizmu, walki klas i ruchów robotniczych świata. Osoby te, często posługując się argumentami prawicy, nowomową socjaliberalną stoją po jednej stronie z neoliberalizmem i nawet nie wiedzą, że uczestniczą w procesie odbudowywania władzy klasowej. Bo jak wiemy, po transformacji i obaleniu realiów socjalizmu, panująca klasa polityczna jest kapitalistyczna i antyobywatelska, więc hasła "proletariat", "walki klas", czy "strajk - bunt", są jej nie na rękę. Natomiast głównymi siłami lewicy są reformiści, którzy jak wiemy muszą się posługiwać mową, którą narzucają okrzepłe już siły kapitalizmu, aby uczestniczyć w procesie formowania władzy burżuazyjnej.

Ktoś powie, że to przesada, ja myślę natomiast, że drobna ostrożność względem socjallilberalizmu przyda sie lewicy antysystemowej. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, że renegaci sprawy pracowniczej, non stop będą o nas mówić per "skansen", twierdzić, iż marksizm się zdezaktualizował, że socjalizm naukowy to kpina a materializm dialektyczny jest zbyt suchy. My, jednak uzbrojeni w marksizm-leninizm, jego naukową analizę rzeczywistości, jesteśmy w stanie demaskować wszystkie filisterskie metody podkopywania geniuszy teorii rewolucji socjalnej. Zdajemy sobie sprawę z tego, że społeczeństwo jest w kontrze do pojęcia komunizmu, ba nawet nie mamy zamiaru społeczeństwa pod tym kątem uświadamiać, gdyż wierzymy, że wyręczą nas z tego świadomi przywódcy związkowi, którzy nawet nie będą musieli używać tego słowa, aby akcentować interes wspólnotowości. Kluczem do takiego rozwiązania, jest silny ruch pracowniczy pod jurysdykcją robotników. Ten ruch właśnie wkrada się na niezagospodarowany sektor budownictwa. Tutaj pojawia się nasza kwestia, gdyż możemy swobodnie działać na przekór tym, którzy wstydzą się proletariatu i doszukują się prekariatu w miejscach gdzie go zwyczajnie nie ma.

Jak wygląda przeciętny robotnik budowlany z XXI wieku? Myślę, że zasadniczo nie różni się od tego z XX wieku w sensie wizualnym, nadal ma ubranie ochronne, nadal nosi kask, z tym, że w kwestiach komfortu życia wcale nie jest kolorowo. Robotnik budowlany pracuje tyle, co przeciętny pracownik fabryki z XIX wieku, nawet do 16 godzin dziennie a zdążają się przypadki, że potrafi pracować nawet 24 godziny! W odróżnieniu do okresu PRL-u, nie posiada świadczeń socjalnych, albo w bardzo rzadkich przypadkach je posiada, pracuje za średnią krajową, która skutecznie blokuje poczucie tego, że jest słabo opłacany. Świadomość klasowa takich robotników jest bardzo słaba, są wręcz odporni na kwestie pracownicze a ich środowisko bywa hermetyczne i klanowe. Klasowość widoczna jest jednak jak na dłoni. Cieślami, czy zbrojarzami są osoby, których łączą powiązania rodzinne, albo osoby zamieszkujące obręb jednej wioski, gdyż takowi robotnicy są ludnością napływową a exodus ludzi ze wsi do miasta nadal istnieje.

Sytuacja taka sprzyja temu, że są dużo bardziej łatwo manipulowani przez swoich szefów i ściśle podlegają ich sugestii. Mianowicie wystarczy jednego robotnika, prowadzącego bądź majstra przekupić, by przeciągnąć go na swoją stronę a jego osoba skutecznie już wpoi posłuszeństwo wobec "przedsiębiorcy" reszcie brygady Agitacja takich ludzi jest niesłychanie trudna, jednak nie niemożliwa, powinna odbywać się za pomocą nawiązywania przyjacielskich i bezinteresownych postaw w stosunku do robotników. Trzeba być szczerym i pełnym zrozumienia dla ich problemów, a równocześnie prezentować bunt klasowy od strony pozytywnej w atmosferze wzajemnego zaufania. Rozmowa zawsze działa skutecznie, dlatego pamiętamy, że jeżeli szef jest ich w stanie pozyskać, to i my jako myślący działacze związków zawodowych stojący po ich stronie tym bardziej jesteśmy w stanie tego dokonać, tyle, że z korzyścią dla nich. Jakie formy agitacji? Teraz po komisji operatorów zamierzamy uzwiązkowić cieśli i zbrojarzy, dlatego uważam, że plakaty i ulotki rozdawane pod budowami to bardzo dobry pomysł, plus nawiązywanie wzajemnych relacji z samymi pracownikami.

Dawid Jakubowski: Dlaczego Związek Zawodowy Inicjatywa Pracownicza stał się filarem proletariackiej Komisji Operatorów? Czy aby twoje marksistowsko-leninowskie poglądy nie kolidują z anarchosyndykalizmem?

Mateusz Cichocki: Zasadniczo nie, nie mam żadnych oporów, aby mówić, że cele anarchistów i komunistów są jednakowe - całkowite zniesienie własności prywatnej i walka o prawa pracownicze, dlatego wcześniej wspominałem, iż większe spory ideologiczne po stronie lewicy antysystemowej nie mają sensu, chyba, że zagraża im nacjonalizm, albo socjaldemokratyczny oportunizm. Inicjatywa Pracownicza, to związek zawodowy, który jako jedyny trzyma poziom i śmiało można go zakwalifikować do czerwonych związków zawodowych w kontrze do żółtych związków zawodowych, które wielokrotnie zdradzały sprawę pracowniczą. Warto w takim momencie wspomnieć np., że lubuską komisję środowiskową IP także tworzyli komuniści. Jestem żywym przykładem tego, że solidny antysystemowy sojusz może trwać w najlepsze mimo usilnych ataków sekciarskich frakcji dwóch antykapitalistycznych nurtów. W takich przypadkach warto mieć w pamięci fakt, iż w momencie formowania się Władzy Radzieckiej, pierwsze Rady Robotnicze były tworzone przy sporym udziale anarchistów a sam tow. Dzierżyński zwalniał z więzień ideowych anarchistów.

Polaryzacja pozaparlamentarnej lewicy w momencie, kiedy powstał podział na postępową lewicę i socjalszowinistów (Zmiana, Falanga) wyegzekwował u mnie wierność zasadom lewicy, zwłaszcza, że hasła narodowe skutecznie zaadoptowała prawica, dlatego optujemy przy sprawach pracowniczych i pracy u podstaw ruchu. Nie poniżamy się do nacjonalizmu i innych aspektów, które są modne wśród młodzieży. Oczywiście, możemy tkwić w antypragmatycznym stanowisku i stać po stronie socjalistów zawierających sojusze z nacjonalistami, albo stać po stronie anarchistycznych sekciarzy, którzy określają nas mianem "totalitarystów", co jest wierutnym kłamstwem, jednak my mierzymy trochę dalej. Nigdy nie byłem wrogiem anarchizmu, gdyż jest mi to obojętne. Straszak w postaci "stalinizmu" - terminu, którym uwielbiają się chłostać antykomuniści działa doskonale, chociaż w przełożeniu na rzeczywistość ma mało wspólnego z naszymi prawdziwymi ideałami. Reprezentujemy stonowany, zrównoważony marksizm, który wcale wcale nie jest ekstremistyczny.

Dawid Jakubowski: Czy masz na koniec rozmowy jakieś konkluzje?

Mateusz Cichocki: Tak, prace związkowe idą pełną parą, uzwiązkowiane są coraz to większe połacie budowlanki. Komisja w tej chwili stanowi blisko 200 operatorów i cały czas rośnie, dzięki dochodzeniu do niej nowych osób. Dla nas to jasny sygnał, że ta komisja jest preludium do uzwiązkowienia innych grup zawodowych na budowie. Nowa szansa dla budowlanki jest nadzieją na konkretne zmiany w sektorze budowlanym, który od 25 lat nie ma praktycznie żadnej reprezentacji związkowej. Jedyną siłą do tej pory, która pojawiała się przy kwestii budowlanej był związek zawodowy "Budowlani", który reprezentował interesy budownictwa jako takiego, a nie samej klasy wyzyskiwanej, przez co część niezagospodarowana budownictwa stała się naszym polem do manewru. Doceniamy klasę robotniczą, za jej zdolność organizacyjną i gotowość do buntu, czego raczej nie uświadczymy w zawodach prekariackich.

Całość mojego zestawienia chciałbym zakończyć pochwałą dla Inicjatywy Pracowniczej za zdolności organizatorskie i naszym hasłem, które jest początkiem organizowania się także i innych fachów:

"Budowlani wszystkich grup zawodowych łączcie się, życie i komfort pracy robotnika ważniejsze niż zawartość betoniarki".

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia