Jesteś tu: Strona główna Artykuły Anabaptysta Jan Sowa

Anabaptysta Jan Sowa

Tymoteusz Kochan 17/06/2015

Czyli o fałszywych przyjaciołach Marksa

Bardziej zorientowane osoby mogły dziwić się czemu książka autora, który wprost i otwarcie przyznaje się do Marksa i komunizmu pojawia się w dziennikarskim mainstreamie. Obecność Jana Sowy w kręgach tradycyjnie neoliberalnych i establishmentowych dziwi jednak jedynie na pierwszy rzut oka. W praktyce trudno w Polsce w ostatnich latach o bardziej antymarksistowską, antysocjalistyczną i antykomunistyczną książkę niż „Inna Rzeczpospolita jest możliwa!”. Stanowi ona swoisty, kuriozalny rezultat stosowanego w praktyce skrajnie idealistycznego anarchizmu, przebierającego się w marksistowskie szaty i udającego komunizm, który to konkretnie pojawia się w książce głównie pod postacią wiary w spontaniczne nadejście idealnego społeczeństwa i ducha świętego.

Książka Jana Sowy z pewnością nie jest pracą naukową, nie jest też dziełem specjalnie spójnym i na tyle zwartym, aby traktować je jako pracę teoretyczną z prawdziwego zdarzenia. „Inna Rzeczpospolita jest możliwa!” to raczej specyficzny i autorski esej, podzielony przy tym tematycznie na dwa najważniejsze dla autora bloki: ten dotyczący przeszłości i ten dotyczący stawianych przez niego prognoz.

Już w początkowych partiach książki dowiadujemy się od autora o jego antysocjalistycznych poglądach. Sowa wprost krytykuje socjalizm, stwierdzając, że:

„Rzeczywistość lat trzydziestych i pięćdziesiątych XX wieku, w której Keynes, Kalecki czy Robinson formułowali swoje diagnozy, jest już historią, dlatego właśnie trzeba w imię postępowo emancypacyjnych ideałów powiedzieć socjalizmowi „Do widzenia!”, jak przekonywał kiedyś Antonio Negri, i trzeciej drogi szukać gdzie indziej.”[1]

Co mają Keynes i Kalecki do socjalizmu? Oczywiście nic, ponieważ byli to teoretycy nauk ekonomicznych zajmujący się reformowaniem kapitalizmu, żywiący gorącą nadzieję, że przy dobrym jego zarządzaniu uda się ów kapitalizm doprowadzić do równowagi i wręcz doskonałości. Trzymanie się porządku definicji niewiele jednak obchodzi autora, dla którego socjalizmem jest generalnie każda forma gospodarki, gdzie istnieje jakiś rodzaj państwa – przy czym państwo rozumie on zawsze jako państwo w sensie potocznym, czyli jako ogół urzędników-pasożytów i przedstawicielskich form zarządzania.  

Sowa ewidentnie nie rozumie i nie jest w stanie rozróżnić i wyodrębnić marksowskiej definicji państwa jako aparatu klasowego ucisku, które jest stawką proletariackiej walki o wyzwolenie. Swoje antymarksistowskie podejście zaznacza on też pisząc o „własności państwowej[2], abstrahując od zawsze klasowej natury państwa i powtarzając potoczne przekonanie, które każe mu sądzić, że państwo i jego urzędnicy to swoista trzecia klasa społeczna, byt poza burżuazją i poza proletariatem, który ma własne demoniczne interesy. Własność jest bowiem przez Sowę definiowana formalno-prawnie i teoretycznie nie sięga on w żaden sposób poziomu analizy realnego korzystania z własności - zamiast tego, jako idealista[3] i myśliciel religijny, dąży on do zniesienia każdej hierarchiczności i wszystkich podziałów. Aby dowiedzieć się czym dla Marksa jest państwo i dlaczego pełne i natychmiastowe odrzucanie  państwa – jak czyni to Sowa – jest absolutnie sprzeczne z marksowskim paradygmatem nie trzeba sięgać daleko, wystarczy bowiem na sekundę zerknąć do „Manifestu Partii Komunistycznej[4]:

„Proletariat – piszą Marks i Engels - użyje swojego panowania politycznego po to, by krok za krokiem wyrwać z rąk burżuazji cały kapitał, by scentralizować wszystkie narzędzia produkcji w ręku państwa, tj. w ręku zorganizowanego jako klasa panująca proletariatu i by możliwie szybko zwiększyć masę sił wytwórczych.”[5]

Sowa kurczowo trzyma się jednak swojego paradygmatu i stosując swoje specyficznie, anarchistyczne podejście za rzekome utożsamienie własności społecznej z państwową krytykuje jednak zarówno realny socjalizm, który określa mianem „bolszewicko-„komunistycznego” eksperymentu”, jak i generalnie każdą historyczną formę występowania formacji socjalistycznej. Szczególnie odpychające jest przy tym jego eurocentryczne i imperialistyczne podejście –powołując się na Marksa autor stwierdza bowiem, że marksowski komunizm zaistnieć może jedynie w najbardziej zaawansowanych państwach kapitalistycznych:

„Marks miał racjonalne argumenty przeciw próbom przeprowadzenia rewolucji komunistycznej w Rosji. Zgodnie z postulowaną przez niego logiką rozwoju historycznego budowa komunizmu ma sens i szanse powodzenia tylko w kraju, w którym panuje dojrzały kapitalizm. Nie wynika to bynajmniej z przesłanek metafizycznych, ale czysto pragmatycznych. […] Projekt społeczeństwa komunistycznego nie jest pomyślany jako powrót do gospodarki prymitywnej.” [6]

Sowa nie  bierze wcale pod uwagę tego, że Marks już za swego życia oczekiwał rewolucji w Anglii i we Francji i uważał XIX-wieczne europejskie kapitalizmy za wystarczająco zaawansowane formy kapitalizmu aby zaistnieć mogła rewolucja. Dla Sowy – raz autonomisty wierzącego w to, że jedynie spontaniczna wola oburzonych może zaprowadzić komunizm, a raz specjalisty od żelaznych praw, zgodnie z którymi tylko w najbardziej „rozwiniętym kapitalizmie” mogłoby dojść do rewolucji - najwyraźniej nawet obecne formy kapitalizmu nie są jednak dość zaawansowane. Rewolucja na Kubie, w Rosji i inne zapewne byłyby zgodnie z tym rozumowaniem aktywnie przez Sowę zwalczane, a żądni rewolucji chłopi i robotnicy z państw Trzeciego Świata byliby przez niego skazani na czekanie na rewolucję w Londynie! Tego typu podejście w kwestii rewolucji i przejścia od kapitalizmu do komunizmu zdradza nie tylko brak elementarnego marksistowskiego warsztatu teoretycznego, ale również niezrozumienie marksizmu i nauk Marksa, który wielokrotnie podkreślał, że dopiero zorganizowana walka klasowa prowadzona przez proletariat może obalić kapitalizm i że to ona jest kluczem dla robotniczego sukcesu.

Usiłując przekreślić całą historię komunizmu i zrobić więcej miejsca dla siebie, bardzo wiele fragmentów Sowa poświęca też na walkę z rewolucją październikową i osiągnięciami rosyjskiej rewolucji. Sowa stwierdza wprost, że w Rosji nie było ani socjalizmu, ani komunizmu – panowała za to „unikatowa formacja[7] zwana przez niego „państwem leninowskim”. Przy okazji krytyki Lenina i wszystkich osiągnięć bolszewików Sowa stwierdza też, że „Z punktu widzenia marksizmu przeprowadzenie rewolucji w carskiej Rosji było oczywistym absurdem[8], co czyni z niego niespodziewanego, stosunkowo otwartego zwolennika caratu.

Swoją pozorowaną w całej książce marksistowską orientację Sowa sam wielokrotnie też demaskuje. Czyni tak m.in. w dość istotny sposób zafałszowując teorię samego Karola Marksa i wmawiając mu swoje przekonanie. Gruntownie krytykując porewolucyjną Rosję i abstrahując całkiem od jej powojennego i porewolucyjnego  wyniszczenia /będącego między innymi rezultatem zbrojnej interwencji armii kilkudziesięciu państw/ Sowa pisze, że:

„Zdaniem Marksa komunizm miał dzięki postępowi technicznemu i zmianie relacji własności doprowadzić do zniesienia pracy. W „komunistycznej” rzeczywistości mieliśmy do czynienia z technologicznym zacofaniem i obsesyjnym kultem pracy, poniekąd silniejszym nawet niż w ideologii burżuazyjnej, a na pewno bardziej nachalnie propagowanym.”[9]

Pomińmy milczeniem to „naiwne” oczekiwanie bogactwa i rozkoszy w porewolucyjnej Rosji. Zwróćmy uwagę na to, że Marks nigdzie w swoich pracach nie twierdził, że kiedykolwiek dojdzie do zniesienia pracy w ogóle, co więcej wielokrotnie podkreślał, że to praca czyni człowieka i jego człowieczeństwo oraz  że pozwala na wszechstronny rozwój jednostki ludzkiej. Przedmiotem zainteresowań działalności komunistycznej jest natomiast zniesienie pracy najemnej w kapitalizmie. Kolejnym kłamstwem zawartym w powyższym cytacie jest to dotyczące rzekomego „zacofania technologicznego” w realnym socjalizmie. Autor ignoruje w ten sposób nie tylko całe, wcześniej już istniejące, zapóźnienie cywilizacyjnego państw przyszłego bloku socjalistycznego, lecz także  ignoruje też rzeczywiste sukcesy techniczne i technologiczna państw socjalistycznych. Ich przykładem jest wyścig w kosmos z Gagarinem na czele, a także niewątpliwe sukcesy w technologiach atomowych i zbrojeniowych.

Mamy tu do czynienia z przykładem swobodnego pisania przez autora historii na nowo i w poczuciu kompletnej wolności – tym razem bez Gagarina. Takie pisanie historii jest elementem strategii zapalczywej krytyki realnego socjalizmu.

Kilka stron dalej Sowa  kontynuuje ujawnianie swej głębokiej niechęci wobec wszystkiego, co kojarzy mu się z „państwem” i ponownie atakuje realny socjalizm:

„Nie znikają wyzysk i alienacja, a nawet wręcz przeciwnie – osiągają one swoje maksimum, ponieważ zwykły człowiek nie ma żadnych szans stać się nawet w najwęższym wycinku rzeczywistości właścicielem narzędzi swojej pracy, podczas gdy oficjalna ideologia wmawia mu, że należą one w absolutny sposób do niego (oczywiście za pośrednictwem partyjnej awangardy, która posiada je w jego imieniu i dla jego dobra).” [10]

Narzędzia swojej pracy” to między innymi młotek. Sowa stwierdza więc ni mniej ni więcej, że nawet młotka nie miał ów biedny radziecki robotnik, wszystko za to miała za niego wyzyskująca go partia, która gorsza jest niż wszystkie dyktatury razem wzięte. Ten skrajnie komiczny miks anarchizmu z lumpeninterpretacją trockizmu w ogólności każe Sowie dążyć do takiego stanu, w którym to każdy robotnik byłby właścicielem wszystkich „narzędzi swojej pracy”. W sposób oczywisty modelem własności dla naszego badacza jest drobnomieszczański czy drobnochłopski model własności: szewc ma kopyto na własność a chłop posiada grunt i krowę… To, co bardziej skomplikowane i rozwinięte przerasta wyobraźnię teoretyczną autora.

W praktyce oznacza to optowanie za niemożliwym – lub za asimovską „Gają”, fantastycznym systemem, gdzie wszyscy członkowie wspólnoty dysponują jednym i tym samym mózgiem – jako jedna wieloistotna (wielość!) pozostają więc wszyscy w tym samym stopniu właścicielami zarówno wszystkich środków produkcji i narzędzi swojej pracy. Wyłącznie w takiej w sytuacji, w której każda fabryka zostałaby podzielona na sto równych wagą części, przypadających na każdego robotnika z osobna, mielibyśmy do czynienia z wymarzoną przez autora wersją komunizmu.

Oczywiście podejście to zakłada przy okazji niemożliwość powstania praktycznie każdej instytucji, w tym byle jakiej szkoły, przedszkola, również fabryki, czy nawet sklepu spożywczego. Tego typu podejście zdradza – obok infantylizmu teoretycznego -  brak doświadczenia w działalności politycznej i związkowej oraz zupełną bezużyteczność teoretyczną koncepcji autora.

Swoją – typową dla anarchistycznego idealizmu – postawę skierowaną przeciwko każdej formie władzy przedstawicielskiej i hierarchicznym formom organizacji Sowa podkreśla dobitnie także w innych fragmentach książki:

„Michael Hardt i Antonio Negri [...] poddają bliższej analizie trzy przykłady dóbr wspólnych, które mają w naszym dzisiejszym świecie status o tyleż fundamentalny, co kompletnie zafałszowany. Są to naród, rodzina i korporacja. […] Ich funkcjonowanie z jednej strony ma w sobie nieusuwalne elementy wspólnotowości i kooperacji, a więc coś istotowo charakterystycznego dla dóbr wspólnych, z drugiej jednak jest w nieusuwalny sposób hierarchiczne oraz ekskluzywne, co stanowi wyraz ich „zepsutej” natury.”[11]

W tym miejscu możemy pokusić się nawet o rozwinięcie koncepcji, którą Sowa przejmuje od Hardta i Negriego i stwierdzić odważnie, że zasadniczo każda forma organizacji społecznej jest hierarchiczna i ekskluzywna. Niezależnie bowiem od organizacji, sposobu sprawowania władzy i składu osobowego każda grupa ludzi to jednoczesna hierarchia umiejętności, kompetencji, zdolności i ekskluzja na poziomie możliwości, efektów i samych działań. Idealistyczny anarchizm Sowy nie idzie jednak aż tak daleko i skupia się po prostu na walce ze wszystkim co istniejące – przede wszystkim ze wszelkimi formami socjalizmu, który jest dla niego obrzydliwy, ponieważ cele społeczne stawia ponad jednostkowe. W tym też sensie zdecydowanie bliższy Sowie jest więc pseudodemokratyczny kapitalizm, gdzie każdemu wmawiany jest przynajmniej indywidualizm i nikt nie musi brać też udziału w żadnych zbiorowych projektach, za którymi nierozerwalnie idzie przecież zarówno demoniczna hierarchizacja jak i przerażająca ekskluzywność.

Osobną częścią książki Jana Sowy jest jego interpretacja Bloku Radzieckiego jako „kolejnego epizodu kolonialno-imperialnej historii Rosji”[12]. Fragment ten być może dałby się w jakieś chociaż mierze bronić, gdyby nie fakt, że Sowa kompletnie nie rozumie na czym polega kolonializm i imperializm. Wydaje mu się, że każda forma politycznej zależności w skali globalnej tworzy tego rodzaju powiązania. Sowy nie interesuje przy tym specjalnie amerykańska hegemonia, imperializm kapitalistyczny. Szerokim łukiem omija on też listę sukcesów realnego socjalizmu w Polsce – cytując jedynie krótki fragment z Jacka Kuronia, który z osiągnięć Polski Ludowej głównie jednak szydzi. Nie wiemy czy autor marzy o powrocie II RP i czy zdaje sobie sprawę ze skali postępu, jaki dokonał się w Polsce w czasach socjalistycznych, wiemy jednak, że zasadniczo z uznaniem lubi on cytować Jana Pawła II:

„Gdy papież w 1979 roku mówił do Polaków „Nie lękajcie się”, wyrażał tylko to, co działo się niezależnie od czyichkolwiek wysiłków podkopania systemu: powodów do lęku było coraz mniej i bez wątpienia najmniej w całej historii demoludów.” [13]

Skazując Związek Radziecki na bankructwo (zdaniem autora książki Blok Wschodni był ekonomicznym bankrutem i była to jedna z głównych przyczyn jego upadku) i wprost pisząc o desperacji działaczy „Solidarności” i polskich robotników Sowa kompletnie milczy przy tym o tym, że w wielu branżach w Polsce po dziś dzień warunki pracy i życia pogarszają się w stosunku do warunków sprzed transformacji. No i jeśli faktycznie nie było nic do stracenia, to po co krytykować transformację i kapitalistyczną demolkę państwa-bankruta?

Tu dochodzimy do kolejnej i najbardziej absurdalnej części książki Jana Sowy, jaką jest jego autorska interpretacja działań „Solidarności” jako „ruchu komunistycznego”.

Sowa wprost twierdzi, że „Solidarność” była ruchem komunistycznym, rzekomo dążącym do uspołecznienia środków produkcji i komunistycznego społeczeństwa. Sowa opiera swoje przypuszczenia głównie na sierpniowych postulatach – wykorzystywanych obecnie przez Kukiza (również komunistę?) – i na „idei przedsiębiorstwa społecznego” i „Samorządnej Rzeczpospolitej”.

Zdaniem autora „Solidarność” nie była więc ruchem antykomunistycznym, ruchem dążącym do ukonstytuowania kapitalistycznej III RP, czy ogólnie pozbawionym świadomości swoich celów, lecz „masowym, oddolnym ruchem na rzecz dobra wspólnego[14]. Problem z tak miękkim i lekkomyślnym podejściem teoretycznym polega na tym, że nie bierze ono pod uwagę tego, że za „masowe, oddolne ruchy na rzecz dobra wspólnego” można w istocie wziąć także ruch nazistowski w Niemczech, czy działania brytyjskich kolonizatorów, którzy również „masowo” i również „oddolnie” walczyli o swoje „dobro wspólne”. Oczywiście Sowa ignoruje przy tym zarówno antykomunistyczne hasła stosowane powszechnie przez działaczy „S” (w tym przez Karola Modzelewskiego i innych pseudolewicowych liderów „Solidarności”)  i zupełnie zafałszowuje obraz historii Polski.

W swej treści „Solidarność” nigdy nie była ani ruchem socjalistycznym, ani tym bardziej komunistycznym. Świadczy o tym m.in. brak pojęcia socjalizmu i komunizmu w najważniejszych hasłach, programach i publikacjach. Świadczy o tym także sam fakt, że „Solidarność” nie występowała przeciwko kapitalizmowi, czego chciał Marks, lecz przeciwko realnie socjalistycznej władzy.

Absurdalna i w olbrzymiej mierze nie do zrealizowania była już sama skala postulatów „Solidarności” (np. postulat podwyżki o 2000 zł od razu dla wszystkich pracujących), działającej przecież w kraju pogrążonym w kryzysie gospodarczym, jakim była wówczas Polska Ludowa. Po drugie – od samego początku „Solidarność” łasiła się do zewnętrznych potęg i neoliberałów. Reagan, Thatcher,  i zwalczający komunizm na całym świecie Jan Paweł II od samego początku byli bohaterami dla większości działaczy „Solidarności”, którym marzył się zachodni dobrobyt i milion dla każdego. „Solidarność” nie posiadała również ani komunistycznego programu, ani komunistycznego przywództwa, ani w żaden sposób nie opowiadała się przeciwko kapitalizmowi – co więcej, bardzo wcześnie weszła w finansową kooperację m.in. z kapitalistycznymi, amerykańskimi związkami zawodowymi, od których dostawała środki na swą działalność. Sowa, skupiając się na fałszywych argumentach na rzecz ‘komunistyczności’ „Solidarności”, przemilcza też zupełnie fakt szybkiej ewolucji „Solidarności” od formuły stawiającej na częściową konfrontację z władzą i zwolennikami Polski Ludowej do formuły całkowicie odrzucającej socjalizm.

Na kolejnych stronach „Innej Rzeczpospolitej…” dowiadujemy się również, że robotnicy działający w „Solidarności” łączyli i godzili komunizm z katolicyzmem! W wyobrażonym świecie Sowy – który w czasach opisywanych przez siebie wydarzeń miał lat pięć - robotnicy z „Solidarności” czytali na tajnych kompletach Marksa, fascynowali się ideami anarchizmu, byli uświadomionymi „towarzyszami” i zwolennikami teologii wyzwolenia, Lech Wałęsa był zaś polskim odpowiednikiem Karola Marksa i przywódcą światowego ruchu komunistycznego!

Opamiętanie nie nachodzi Sowy nawet gdy to, co sam pisze wymyka się mu spod kontroli i w sposób ewidentny zadaje mu kłam. Nie zauważa on bowiem niczego dziwnego w tym, że kościół katolicki, który bardzo aktywnie wspierał wówczas dążenia „Solidarności”, na pozostałych częściach globu zajmował się głównie zwalczaniem socjalistów, komunistów i teologii wyzwolenia. Sowa stwierdza zamiast tego, że „Solidarność” ‘wykiwała’ kościół katolicki, który to później, nauczony na błędach i po nieświadomym wspieraniu „ruchu komunistycznego” w Polsce opamiętał się i zaczął później zwalczać ruchy katolicko-komunistyczne działające w Ameryce Łacińskiej[15]. Jest błąd ewidentny, ponieważ już w 1979 roku Jan Paweł II aktywnie i wprost krytykuje teologię wyzwolenia słowami: „ta koncepcja Chrystusa jako polityka, rewolucjonisty, jako wywrotowca z Nazaretu, nie zgadza się z nauczaniem Kościoła”!

Ogólnie rzecz biorąc, historyczna interpretacja losów „Solidarności” autora „Innej Rzeczpospolitej…” jest zaskakująco zbieżna z PiSowską wersją historii. Sowa tak samo jak Kaczyński wierzy, że „okrągły stół” był zdradą i że Polacy zostali oszukani. Wrogiem numer jeden Sowy jest też ta sama osoba – Wojciech Jaruzelski. Tego typu zgodność i zbieżność poglądów mogą jednak nie wystarczyć by PiSowcy politycy uznali Sowę za „towarzysza”, gdy po najbliższych wyborach dojdą już do władzy. Interpretacja Sowy dotycząca rzekomej „zdrady elit” w sposób zasadniczy i fundamentalny koliduje przy tym z jego wizją „Solidarności” jako świadomego siebie ruchu komunistycznego w sensie marksowskim.

W swojej autonomistyczno-anarchistycznej interpretacji polskiej historii najnowszej nie dostrzega on jednak żadnych sprzeczności. Nie rozumie, że świadomy, komunistyczny ruch ludowy nie dałby się w 1,5 roku spacyfikować i nie przestałby tak szybko istnieć[16]. Sowa nie rozumie, że ludzie pokroju Macierewicza, Wujca i Kaczyńskich oraz Wałęsy nie mieliby też żadnych szans stanąć na czele autentycznie komunistycznego ruchu ludowego (świadomego też podobno swojego marksistowskiego charakteru). Nie dociera do niego też to, że w każdym ruchu społecznym istnieje awangarda i kierownictwo społeczne, oraz, że w odróżnieniu od kapitalizmu zarówno socjalizm, jak i komunizm są planowymi i świadomie wdrażanymi systemami politycznymi, które bez specjalistów od gospodarki, planowania i teorii socjalistycznej nigdy nie zaistnieją. Nie jest on też w stanie pojąć tego, że sam fakt żądania podwyżek i polepszenia już istniejących warunków, a więc wołanie o jeszcze więcej, wcale nie świadczą o jakiejkolwiek komunistycznej tendencji politycznej. Ta kuriozalna naiwność Sowy szczególnie mocno zaznacza się w  fragmentach, w których Sowa  krytykuje („niespodzianka!”) leninizm:

„Podejście to, zgodnie z logiką leninowską, zupełnie ignoruje zasadniczą sprawczość oddolnego działania samoorganizującego się w struktury typowe dla ruchu robotniczego. W realiach leninowskiego państwa było to założenie błędne, ponieważ polem, na którym należało rzucić wyzwanie władzy – co ostatecznie zrobili robotnicy – była właśnie sama przestrzeń samoorganizacji oddolnej i wolnej od kontroli jakichkolwiek elit.” [podkreślenie – T.K]

Wolność od kontroli jakichkolwiek elit? A cóż to są „jakiekolwiek elity”? Czy zgodnie z tym rozumowaniem każdy związek zawodowy i każda brygada robotników, która kiedykolwiek funkcjonowała w fabryce nie spełniały kryteriów „oddolnego działania samoorganizującego się ruchu robotniczego”? Fantazje autora nie mają też żadnego pokrycia, gdy chodzi o rzeczywistą „Solidarność”, która cały czas posiadała zarówno wyłanianych przedstawicieli i koordynatorów działań, jak i elity, które nieomalże samodzielnie decydowały często o następnych posunięciach całego ruchu.

Zamiast pochylać się nad pogardzanymi przez siebie socjalizmami autor woli zajmować się tym, co ładne i piękne oraz bezpieczne (i nieistniejące) – „sukcesami” Arabskiej Wiosny, ruchu Occupy i – po dokonanym przez siebie zasadniczym obaleniu teorii klas społecznych – wyznawać wiarę w spontaniczną rewolucję, jaką jego zdaniem zaserwuje nam coś, co za Negrim, nazywa  „rzeszą”, czy też „wielością”.

Ostatnia część książki, poświęcona „dobru wspólnemu” i przekonaniom Sowy co do przyszłości świata jest już głównie dość komediową fantastyką naukową i mistyczną – z coraz wyraźniejszą przewagą tej drugiej.

Sowa usiłuje definiować „dobro wspólne” jako „rodzaj kapitału[17]. To specyficzny miks teorii Pierre’a Bourdieu z tezami pseudomarksisty Negriego i autorską koncepcją Sowy. Mieszając koncepcję odpowiedzialnej gospodarki ze swoimi przekonaniami autor podaje też przykłady „dobra wspólnego”, którymi są dla niego: „pastwiska w Turcji czy Szwajcarii, sieci irygacji pastwisk w Hiszpanii i na Filipinach, łowiska ryb w Japonii czy Stanach Zjednoczonych.”[18]

Istotnie, skromne to przykłady, zwłaszcza jak na autora, który w duchu „dobra wspólnego” planuje zbawiać świat lub co najmniej Polskę.

Kolejne fragmenty tekstu pełne są kolejnych infantylnych formuł, takich jak „biopolityka […] rozumiana jako wspólna, kolektywna podmiotowość człowieka jako istoty kooperującej z innymi”[19] , które autor podsumowuje swoją poradą od serca, stwierdzając, że zasadniczo robić powinno się „to, co ludzie przekonani, że coś zrobić trzeba, zdecydują po skonfrontowaniu wzajemnie swoich opinii i przedyskutowaniu racji stojących za różnymi sposobami działania.”

Dowiadujemy się też znowuż o kolejnym błędzie Lenina, który „nie odrobił lekcji z Marksa”, tym razem z tego, że „każdy sposób organizacji społeczeństwa musi mieć materialne podstawy swojego funkcjonowania”[20].

Przeplatając podobną „krytykę Lenina” ze swoimi niezwykle „twórczymi pomysłami” na ratowanie świata, Sowa dochodzi jednak do pewnych konkretów. Jednym z fundamentów planowanego przez niego społeczeństwa komunistycznego ma być bowiem (już realnie istniejąca) drukarka 3D, która jego zdaniem, tak jak i „język”, „wiedza” i „kod” stanowi zapowiedź przyszłego, komunistycznego ładu. 

Aby zobrazować skalę przedsięwzięcia komunistycznego planowanego przez Sowę warto przytoczyć w tym miejscu kilka cytatów:

„[…] język jest podstawowym dobrem wspólnym, z którym nie tylko każdy i każda z nas ma do czynienia od początku swojego życia, ale które w ogóle czyni z nas ludzi […] Ujęcie takie uwidacznia, dlaczego nie ma i nie może być czegoś takiego jak „prywatny język”. Tego rodzaju konstrukcja to wewnętrzna sprzeczność. […] język tym bardziej istnieje, im bardziej jest używany.”[21]

„Wiedza jest drugim po języku paradygmatycznym przykładem biopolitycznego dobra wspólnego […] wiedza pomnaża się wyłącznie wtedy, kiedy może krążyć […] Naukowcy nie tworzą ex nihilo, ale działają raczej w sposób bardzo podobny do didżejów: „samplują” istniejącą wiedzę […] a następnie ją „remiksują” […]”[22]

/Dalej następuje dość obszerny fragment, gdzie autor udowadnia, że teoria Einsteina to po prostu „remiks” teorii Newtona/

„Nigdzie pragmatyczna przewaga otwartego, wspólnego i uspołecznionego modelu produkcji nad modelem prywatno-zamkniętym nie jest widoczna tak wyraźnie jak w sektorze wysokich technologii, w tym szczególnie w tworzeniu kodu, czyli oprogramowania. […] Chodzi mi o tak zwane otwarte czy też wolne licencje […]”[23]

„Przewagi kooperatywno-społecznego, otwartego modelu tworzenia kodu odzwierciedlają tylko pożytki z cyrkulacji wiedzy i języka, które nie są same z siebie cyfrowe. Jednak domena cyfrowa nie stawia takich barier dla dzielenia się i kooperacji, jakie stawia świat materialny. Z tego właśnie powodu kwitną w niej przedsięwzięcia o charakterze kooperatywnym.”[24]

Kończąc swój wywód o „dobrach wspólnych”, których poszukiwać przyjdzie nam na przełowionych łowiskach u brzegu Japonii i pomiędzy drukarką 3D a „nieprywatnym językiem”, Sowa ostatecznie też rozstaje się z Marksem, na którym przez dotychczasowe kilkaset stron aktywnie pasożytował:

„U Marksa znajdujemy dwa różne opisy proletariatu: pierwszy, czysto retoryczny, jest to „wyklęty lud ziemi”, a więc ci, którzy nie mają nic do stracenia oprócz swych kajdan. Taka grupa oczywiście istnieje i tworzy ją około miliarda mieszkańców „planety slumsów”. Członkowie tej grupy są jednak bliżsi Heglowskiemu motłochowi, a więc temu, co Marks nazywał „lumpenproletariatem”. […] Drugie z Marksowskich podejść do kwestii proletariatu akcentuje relację wobec środków produkcji. […] Zasadniczy problem polega jednak na tym, że w ciągu ostatnich stu pięćdziesięciu lat grupa ta przeżyła radykalną transformację, jeśli chodzi o jej społeczną kompozycję. Proletariuszem w powyższym rozumieniu jest dzisiaj właściwie każdy z nas, w tym również kadra zarządzająca wielkim kapitałem, bo kapitalizm korporacyjny opiera się na rozłączeniu własności i zarządzania. Czy jest to klasa społeczna, która może w sensowny sposób dążyć do swojego zniesienia? Wątpię. Sprawę dodatkowo komplikuje wyłanianie się nowej grupy społecznej prekariatu.”[25]

Autor dość prostacko i błędnie określa w tym miejscu trzecioświatowych proletariuszy zdesperowanych ze względu na koszmar kapitalistycznej egzystencji mieszkańcami „planety slumsów” i „lumpenproletariatem” oraz „motłochem”, porzuca też klasy społeczne, ponieważ teoria klas społecznych jest dla niego zbyt trudna i nie rozumie, że proletariuszami są wszyscy właściciele swojej siły roboczej i pracownicy najemni utrzymujący się ze swej pracy (a więc menadżment korporacyjny, który posiada kapitał na kontach i wszyscy ci, których wypłaty są wystarczająco wysokie, aby być kapitałem nie należą do proletariatu). To stosunkowo dawne i powszechnie znane w kręgach marksistowskich odkrycie jest szczegółowo opisywane m.in. przez poznańską szkołę socjologii marksistowskiej, której prac Sowa najwyraźniej nie zdążył jednak poznać.

Koncepcję klas społecznych Karola Marksa, która opiera się na założeniu proletariackiej rewolucji przeciwko burżuazji i bez której akceptacji niemożliwym jest bycie marksistą, czy komunistą porzuca Sowa na rzecz swojej wiary w rzekomy „byt”, który określa mianem „wielości”. Czytelnik, do którego rąk dostanie się książka „Inna Rzeczpospolita jest możliwa!”,  będzie zapewne miał kłopot ze zrozumieniem tego, czym dla autora książki jest „wielość” – pocieszam jednak, że na dobrą sprawę nie wie tego również sam autor książki, który rezygnując z klasowego poznania rzeczywistości wcale nie zyskuje przy tym żadnych nowych narzędzi, skazuje się za to na dalece posuniętą śmieszność teoretyczną i wiarę w „spontaniczne niewiadomoco”.

Skrócony opis powstawania swojej wymarzonej Rzeczypospolitej przy pomocy „wielości” autor zamieszcza kilka stron później:

„Człowiek i maszyna zostaną raczej zniesione, w sensie dialektycznego Aufhebung, ustępując miejsca nowej, zarówno posthumanistycznej, jak i postmaszynowej syntezie. Ta synteza powstaje na naszych oczach. Jest ważne, że nie mamy tu do czynienia z pojedynczymi maszynami, tylko z ich systemem, bo drukarki przestrzenne są technologicznie powiązane w taki właśnie system […] Ta własnie zintegrowana sieć, swoista wspólnota-ludzi-i-nieludzi, złożona z baz danych, przechowujących je komputerów i innych komputerów połączonych z drukarkami i skanerami przestrzennymi oraz z ludzi, będących członkami tego cyborgicznego ciała wielości, powoli, ale skutecznie drukuje materialne podstawy nowej wspólnoty, Rzeczy-pospolitej, która nadchodzi.”[26]

Wydrukowana na drukarkach 3D posthumanistyczna i postmaszynowa, cyborgiczna „wielość” jest więc głównym – zamiast proletariatu – czynnikiem zmiany społecznej, na który liczy autor. Tej odważnej koncepcji towarzyszy też rozliczna, ocierająca się o grafomanię radosna twórczość, w trakcie której autor stwierdza m.in., że XX-wieczny kapitalizm przeszedł od wprowadzenia procesu produkcji w fabryce do objęcia produkcją całej tkanki życia społecznego[27]. Tego typu lirycznych stwierdzeń jest w całej książce więcej, autor – krzyżowiec „Rzeczy-pospolitej biopolitycznych dóbr wspólnych” – ostatecznie jednak stwierdza, że … pewna forma politycznej władzy jest potrzebna i z poziomu cyborgicznej Rzeczy-pospolitej przechodzi następnie do analizy ruchów społecznych, które jego zdaniem budzą nadzieję na światowy komunizm.

Usiłując kokietować kluby myśli katolickiej i krakowskich konserwatystów Sowa sięga też – znowu – po religię, ulegając fascynacji obecnością (opisywanego przez Slavoja Zizka) „ducha świętego” pośród uczestników (głównie martwego już) ruchu Occupy[28]. Zasadniczo jednak to właśnie nadęta wiara w Arabską Wiosnę, która dobiegła już końca i skończyła się głównie masakrą Bliskiego Wschodu i kolejnymi amerykańskimi interwencjami wojskowymi[29], i wiara w inne „spontaniczne” ruchy miejskie oraz grupy społeczne pozbawione własnej organizacji i świadomości politycznej jest tym, na czym Sowa się koncentruje. Ostatecznie, uświadamiając już sobie w sposób mglisty właśnie dokonane przez siebie uśmiercenie marksowskiej teorii i wszelkich nauk społecznych zaistniałych w historii powszechnej po XVII wieku, Sowa z radością pożytecznego dla systemu idioty stwierdza:

„Brak rozbudowanej teorii wielości, ujmującej polityczne konsekwencje jej istnienia i działania, również otwiera ogromne możliwości. Jesteśmy jakby w XVII stuleciu i musimy wypracować system pojęć, które pozwolą nam pomyśleć ustrój tak różny od demokracji parlamentarnej, jak ona sama była różna od monarchii. Jakże wspaniały to wyzwanie! Ale również jak wielka praca przed nami!”[30]

A więc słabość teorii „wielości” i jej zasadniczy brak to siła? Tylko dla kogo? Dla proletariatu? Dla uciskanych? Dla głodnych? Dla „motłochu”? Raczej nie. Dla burżuazji? Zapewne. Dla żądnych „oryginalnych” tekstów naukowych na punkty pseudomarksistów? Pewnie też.

Przeciwstawiający się każdej formie prezentacji politycznej autor  kończy swą książkę odpieraniem zarzutów o utopijność swojego systemu i hurraoptymistycznym powoływaniem się na Marthina Luthera Kinga. Całość teorii ruchów społecznych Sowy przedstawia się więc stosunkowo mizernie – wielość, pozbawiona swojej teorii i teoretycy pozbawieni możliwości prognozowania jej działań oraz  „Rzeczpospolita” ,  mglisty byt oparty na „dobru wspólnym”, którego przykłady nie są specjalnie przekonujące. Pełni obrazu dopełnia zaś  sprzeciw wobec wszelkiej władzy przedstawicielskiej i przeciwko państwu w zasadniczo każdej jego – a zwłaszcza socjalistycznej – formie.

Czym naprawdę jest książka Sowy i jaki światopogląd reprezentuje? Aby to odkryć możemy posłużyć się rzeczywistą teorią Marksa.

Drobnomieszczańskie i eurocentryczne przekonanie co do wyjątkowości Europy przekłada się na dość konkretną wycinkowość teoretyczną. Dla Sowy, żyjącego przekonaniem co do wyjątkowości Zachodu, jest więc oczywistym, że cały Marks dotyczy tylko i wyłącznie krajów najbardziej zaawansowanych w kapitalistycznej globalnej hierarchii. Łatwo godzi on swoją inteligencką orientację i sprzeciw wobec partii i reprezentacji politycznej proletariatu, ponieważ zalecane przez niego środki czynią ruch robotniczy kompletnie bezradnym i niestwarzającym zagrożenia dla porządku kapitalistycznego. Jedyną szansą na zaistnienie w centralnym obiegu establishmentowej nauki jest też dla Sowy przyczepienie się i dołączenie do obozu solidarnościowego. Prawicowy i zasadniczo neoliberalny obóz postsolidarnościowy zapewne nie zdzierżyłby jednak obecności w swym gronie kogoś o wyraźnie komunistycznych poglądach – swoich głównych odbiorców Sowa uspokaja więc rozległą i agresywną krytyką wszystkich historycznie istniejących socjalizmów, ze szczególnym uwzględnieniem Polski Ludowej. Teoretycznie antyklasowy i zasadniczo anulujący podział na proletariat i burżuazję Sowa staje się w ten sposób pożytecznym narzędziem systemu, kwiatkiem u kożucha panującej, postsolidarnościowej władzy, która dzięki jego obecności popisywać się może swoim pluralizmem i obnosić z „tolerancją” dla („słowiańskiego”) „komunizmu”. W praktyce „niepokorny” i antypaństwowy oraz antyhierarchiczny anarchizm i utopijny idealizm Sowy służą mu też za wygodną i ‘dialektyczną’ zasłonę faktycznej pozycji społecznej – doktora habilitowanego na państwowej, zbiurokratyzowanej uczelni. W warunkach generalnego panowania „punktozy” i ilościowego traktowania nauki stworzenie sobie zupełnie niemarksistowskiego poletka do naukowej twórczości akademickiej, gdzie wszystko byłoby zasadniczo „nowe” i tworzyłoby możliwość zapełniania cyfrowym atramentem tysięcy nowych stron jest też w swej istocie genialną strategią przystosowawczą. Rola aktywnie piszącego teksty naukowe „interpretatora” „Solidarności” i rzekoma wiara w to, że sam lud nie potrzebuje teoretyków ani teorii nie kolidują więc tu - wbrew oczywistym pozorom– w żaden sposób ze sobą. Stworzenie przy okazji sprytnego paradygmatu, który czasy Rewolucji Październikowej i Bloku Socjalistycznego sprowadza do „etapu imperialnej Rosji” otwiera też bardzo atrakcyjną furtkę na badania i twórczość związaną z kontynuacją imperializmu rosyjskiego przez Putina. Biorąc pod uwagę klasowe położenie autora i najbliższą przyszłość polityczną Polski istotne stają się też prokatolickie i proreligijne fragmenty książki, które zapewniają mu spokój ze strony katolickiej prawicy. Klientyzm inteligencji względem panującego systemu urasta tu więc do rangi głównego motywu naukowego, a „komunizm” i „Marks” stają się marksologicznym wytrychem i szansą na krótkoterminowe zaistnienie. Jedyną przeszkodą, która stoi na drodze Sowy do faktycznego i trwałego zaistnienia w establishmencie jest stosowana przez niego krytyka neoliberalizmu i konserwatyzmu – z poziomu akademickiej inteligencji tego typu „niepokorności” są jednak od dawien dawna tolerowane i mogą stanowić ciekawą, akademicką egzotykę.

W praktyce „Inna Rzeczpospolita jest możliwa!” to nic innego jako wielki kamuflaż dla wybitnie antysocjalistycznego i antykomunistycznego dzieła, które pragnie na trwałe zafałszować obraz rzeczywistości i pozbawić klasy pracujące ich organizacyjnego oręża politycznego i teoretycznego w walce o rewolucję. Praca Sowy jest też szerokimi fragmentami dość silnie szkalująca tradycję naukową i teoretyczną marksizmu i może w związku z tym pełnić rolę skutecznej broni odstraszającej od komunizmu. Z drugiej strony marksologiczne kuszenie „komunizmem” i Marksem celem zafałszowania marksistowskiej teorii posiada już długą historię.

Ale w przypadku „Innej Rzeczpospolitej”, która NIE jest i nie będzie możliwa, mamy po prostu do czynienia przede wszystkim ze specyficznym, autorskim dziełem, mierzonym i szytym na miarę XXI-wiecznej Polski, gdzie jedyny „istniejący” w przestrzeni publicznej marksizm jaki ma prawo „istnieć” to marksizm o służebnej względem systemu i jego historii roli, marksizm wykastrowany i marksizm głupich.

Kim teoretycznie jest natomiast sam Jan Sowa i czy jego program stanowi jakąś nową jakość?

Szukanie odpowiedzi na to pytanie zajęło mi dobre kilka minut, skierowałem się jednak ku wspominanemu przez autora książki średniowieczu. W XVI wieku (a więc na niecałe sto lat przed czasami, do których chce nas odesłać Jan Sowa) w ramach reformacji funkcjonował bowiem radykalny ruch „anabaptystów”, chiliastów wierzących w rychłe nadejście Jezusa Chrystusa (tak jak Sowa wierzy w komunizm „Solidarności”) i domagających się zniesienia wszelkiej hierarchii, władzy i podziałów. Anabaptyści wzorem Sowy odrzucali elity, kapłanów i zasadniczo wszystkie formy prezentacji politycznej, jakie tylko przychodziły im wówczas do głowy, gorliwie pragnęli też zniesienia wszelkiej własności i obecności Ducha Świętego. Różni ich od autora „Innej Rzeczpospolitej…” jednak jedna istotna cecha, o ile anabaptyzm dążył do prostoty i skromności, o tyle Jan Sowa pragnie uznawany być za odkrywcę nowych teoretycznych kontynentów.



[1] J.Sowa, Inna Rzeczpospolita jest możliwa! Widma przeszłości, wizje przyszłościW.A.B, Warszawa 2015, s.32

[2] ibidem, s.83

[3] Myślenie idealistyczne u Sowy przejawia się zresztą dwojako: po pierwsze wierzy on gorąco w to, że lud i wymarzona przez niego wielość spontanicznie i bez zapośredniczenia politycznego i teoretycznego mogą dokonać rewolucji i po drugie w jego stałej maksymalistycznej tendencji do konstruowania ładu idealnego i nierealnego, niemożliwego.

[4] O wspominanej w tytule „Manifestu…” partii jako formie organizacyjnej proletariatu Jan Sowa również nie pisze ani jednego pozytywnego słowa. Sowa najpewniej nie dotarł też do marksowskiego dziesięciopunktowego programu działań zawartego w „Manifeście…”, gdzie pojęcie „państwa” i to w pozytywnej konotacji pojawia się aż pięciokrotnie.

[5] K. Marks, F. Engels, Manifest Partii Komunistycznej, w: K. Marks, F. Engels, Dzieła wybrane, t. I, Książka i Wiedza, Warszawa 1949, s.44

[6] J. Sowa, Inna Rzeczpospolita jest możliwa! Widma przeszłości, wizje przyszłości, W.A.B, Warszawa 2015, s.105

[7] ibidem, s.104

[8] ibidem, s.104

[9] ibidem, s.109

[10] ibidem, s.115

[11] ibidem, s.206

[12] ibidem, s.119

[13] ibidem, s.131

[14] ibidem, s.100

[15] ibidem, s.150

[16] Dodajmy do tego też kwestię zasadniczą – poparcie dla działań Solidarności i dla stanu wojennego. W swojej książce Sowa kompletnie ignoruje zasadniczo większościowe poparcie dla wprowadzenia stanu wojennego, jakie społeczeństwo wyrażało już na kilka miesięcy po jego wprowadzeniu. Nie bierze też pod uwagę międzynarodowej sytuacji Polski, czy zasadniczego paraliżu państwa, który przez swą działalność spowodowała „Solidarność”.

[17] J. Sowa, Inna Rzeczpospolita jest możliwa! Widma przeszłości, wizje przyszłości, W.A.B, Warszawa 2015, s.189

[18] ibidem, s.192

[19] ibidem, s.193

[20] ibidem, s.196

[21] ibidem, s.208

[22] ibidem, s.210

[23] ibidem, s.215

[24] ibidem, s.221

[25] ibidem, s.228

[26] ibidem, s.231

[27] Każdemu kto myśli podobnie z całego serca polecam już dziś sięgnąć po jeden z dość trafnie obrazujących życie w epoce XIX-wiecznego kapitalizmu filmów – „Germinal”, „Ziemia Obiecana” lub musical „Nędznicy”, które dość wyraźnie ukazują jak dalece objęte produkcją było ówczesne życie proletariuszy we wszystkich sferach ich egzystencji.

[28] ibidem, s.264

[29] Jan Sowa w sposób istotnie komiczny stara się w swej książce w króciutkim fragmencie udowodnić, że CIA, USA i UE w żaden sposób nie inspirowały wydarzeń Arabskiej Wiosny, a dowodem na to ma być „ogólne zaskoczenie i zdumienie wywołane przez Arabską Wiosnę”, jakie autor miał zapewne okazję obserwować na twarzach dziennikarzy w TVN24. 

[30] J. Sowa, Inna Rzeczpospolita jest możliwa! Widma przeszłości, wizje przyszłości, W.A.B, Warszawa 2015, s.251

Komentarze

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia