Jesteś tu: Strona główna Historia Przeciw Reakcji

Przeciw Reakcji

Wera Kostrzewa 06/12/2013

Niniejszy tekst Marii Koszutskiej "Wery Kostrzewy" jest komentarzem odnoszącym się do postawy stronnictw politycznych w dużej mierze wpływającej na rzeczywistość społeczno-polityczną pierwszych lat II RP. Wera Kostrzewa w dość wnikliwy sposób stara się dowieść, że jedynym faktycznym wysiłkiem tych stronnictw było swego rodzaju kupczenie pewnymi prawami wywalczonymi dotychczas przez robotników oraz biednych chłopów. Z tego rodzaju "wysiłku" stronnictw ugody (jak określa je Wera Kostrzewa) korzystali jej zdaniem tylko wielcy kapitaliści oraz obszarnicy (w tym także - reakcyjne nastawiony kler). Według niej to właśnie przez nierozsądną, kunktatorską politykę stronnictw tzw. klasowej ugody kapitał oraz wielcy właściciele ziemscy za pomocą swoich głównych popleczników z endecji szykowali się do już jawnego przejęcia władzy.

Paweł Kotras

 

 

Wera Kostrzewa (Maria Koszutska)

PRZECIW REAKCJI

 "Śpijcie spokojnie, robotnicy, 53 pułki wierne Piłsudskiemu czuwają nad Warszawą".

 

Tak odpowiedział na warszawskiej Radzie Delegatów Robotniczych radny fracki, Jaworowski, robotnikom, domagającym się po słynnym zamachu Sapiehy, by rząd Moraczewskiego uzbroił proletariat i dał mu w ten sposób możność walki i obrony przed nadciągającą reakcją. "Śpijcie spokojnie", pułki Piłsudskiego czuwają nad wami" - oto kwintesencja politycznej mądrości, wpajanej robotnikom w ciągu ubiegłych trzech lat przez PPS, kwintesencja nauk, które nie mogły pozostać bez wydatnego wpływu na układ stosunków politycznych w naszym kraju. Słaby wpływ mas proletariackich na życie polityczne, brak ich czynnej ingerencji i żywszego zainteresowania, bezwład i bezruch, wywołany terrorem władz, a jednocześnie podtrzymywany obietnicami, groźbą, zaklęciami ugodowych przywódców - oto najbardziej charakterystyczne cechy ubiegłego okresu.

Na tle tegoż bezwładu konstytucja, parlamentaryzm, demokracja, rządy przedstawicielskie, oddziaływanie opinii - wszystko to było fikcją. Mieliśmy faktycznie rządy zakulisowe, oparte na cichym porozumieniu wpływowych klik sejmowych i pozasejmowych, rodzaj jakiejś kamaryli, w której obok żywiołów najskrajniejszej prawicy niepoślednią rolę odgrywała zarówno pozasejmowa militarna klika belwederska, jak robotniczy jej ogon, reprezentowany przez PPS. I ciekawe jest, że podczas gdy niemieccy koledzy polskich scheidemanowców nieustannie biedzić się muszą nad tym, by uzyskiwać zgodę robotników przy każdym nowym zbliżeniu się do prawicy, przy przerzucaniu każdej nowej kładki, mającej partię Stinnesa doprowadzić z powrotem do rządów, polska odmiana robotniczej ugody mogła z łatwością obchodzić się bez tych kłopotów i zamaskować swój istotny stosunek do rządu. PPS mogła podtrzymywać najgorszą reakcję i współdziałać z nią, nie ponosząc za to odpowiedzialności przed masami, mogła jednocześnie być i nie być w rządzie, być i nie być opozycją wobec rządu, być i psem, i wydrą: w mętnym bagnie rządowego błota grzebać się do spółki z endecją, łowić posady, urzędy, stanowiska, dzielić łupy, zawierać układy wymierzone przeciw masom pracującym, rzucać je w otchłań wojny, knuć najgorsze przeciw nim spiski i jednocześnie udawać srogiego brytana, stojącego wiernie i niewzruszenie na straży socjalizmu i interesów klasy robotniczej. Było to możliwe po części dlatego, że PPS, związana silnymi nićmi z Belwederem, potrzebna mu jako najwierniejszy jego filar, mogła, dzięki jego mocnej protekcji, nie będąc w rządzie i uchylając się w ten sposób od odpowiedzialności przed masami, brać jednak wybitny udział w kierownictwie państwem i w organizowaniu życia publicznego.

Główną jednak przyczyną, która w minionym okresie zapewniła zarówno PPS, jak innym sejmowym grupom robotniczym i chłopskim taką bezkarność, swobodę ruchów i niezależność od ich mocodawców i która pozwoliła warstwom rządzącym podeptać w praktyce bez żadnych skrupułów wszelkie zasady bronionej w teorii demokracji, była to: śpiączka mas nie nawykłych do wywierania swego wpływu na życie polityczne, sterroryzowanych przez zbrojną przemoc rodzimej i międzynarodowej reakcji i utrzymywanych, w bezruchu przez ich ugodowych przywódców. Niech robotnicy śpią spokojnie, niech nie burzą się chłopi, niech jedni i drudzy nie wysilają zbytnio mózgów i nie próbują brać się do czynów. "Dziadek" czuwa, Piłsudski będzie myślał, pułki jego będą bić się za wolność i prawa mas robotniczych i chłopskich. To oświadczenie złożone robotnikom przez Jaworowskiego stało się dewizą i ewangelią głoszoną masom przez wszystkie grupy, na których opierał się Piłsudski w początkach istnienia niepodległej Polski. Dewiza ta właśnie utorowała mu drogę do władzy - jej zawdzięczał jednomyślną uchwałę Sejmu, wynoszącą go na stanowisko naczelnika państwa. Bowiem dla burżuazji, stwarzającej dopiero aparat swego klasowego panowania, najwyższe przykazanie polityczne, wobec którego ustępowały w tym okresie wszystkie inne względy, streszczało się w słowach: nie budzić licha śpiącego w masach robotniczych i chłopskich, za wszelką cenę opanować ich budzący się ruch. Piłsudski, były socjalista, później brygadier Franciszka Józefa i Ludendorffa, został wyniesiony na naczelne stanowisko w państwie za zgodą najbardziej reakcyjnych żywiołów i największych wrogów polskiego aktywizmu jako ten, którego imię miało być zaklęciem utrzymującym masy w martwocie. Obawa przed ulicą była łącznikiem zespalającym wszystkie partie od Związku Ludowego do PPS włącznie, obawa przed ulicą, przed walką mas, wprowadzała do ich współżycia nutę rzeczywistej harmonii. Zespolone wspólną troską o byt państwa burżuazyjnego, endecja i fracy uważali za potrzebne postępować przez czas długi w myśl zasady: gdzie dwóch się kłóci, tam trzeci korzysta. Siebie wzajemnie traktowali jako tych "dwóch", dla których najkorzystniejsze będzie zgodne współżycie, masy zaś robotnicze i chłopskie jako owego niebezpiecznego "trzeciego", który przypadkiem mógłby ich kłótnię na swoją korzyść wyzyskać. Rządzono więc na podstawie cichego porozumienia i zakulisowych konszachtów.

W krajach o starszych tradycjach życia konstytucyjnego, o silniejszym i bardziej wyszkolonym ruchu robotniczym każda zmiana w rządzie wywołuje żywe zainteresowanie wszystkich warstw społecznych, kwestia udziału socjalistów w bloku rządowym na takich czy innych warunkach, w takim czy innym składzie, pośrednio lub bezpośrednio, możliwość rozszerzenia tego bloku na prawo lub na lewo budzi nieustające ożywione spory, dyskusje, rozłamy w partiach ugodowych itp. Specjalnie w Niemczech możliwość wejścia scheidemanowców do bloku rządowego razem z partią wielkiego przemysłu (Deutsche Volkspartei) budzi wśród . scheidemanowskich robotników silny odpór, który udaremnia wszelkie próby czynione w tym kierunku od roku z górą przez przywódców partii.

U nas inaczej. Nasza PPS wchodziła i wychodziła z rządu, popierała go nieoficjalnie, tworzyła go sama lub oddawała dobrowolnie w ręce burżuazji, a wszystko to przechodziło bez silniejszego echa w masach robotniczych. Podobnie ze zmianą gabinetu. Gdzie indziej jest to wydarzenie polityczne, którego przyczyny, możliwość, następstwa, okoliczności towarzyszące mu szeroko są debatowane w prasie i w łonie stronnictw zarówno burżuazyjnych, jak robotniczych. Nasze przesilenia gabinetowe miały dotychczas charakter jakichś misteriów, jakichś tajemniczych obrządków, które arcykapłani odprawiali w "świętym świętych", niedostępnym dla oczu i uszu zwykłego śmiertelnika. Nowe gabinety zjawiały się nagle, nieraz zupełnie nieoczekiwanie, bez żadnych po temu ujawnionych politycznych racji, wyskakiwały jak Minerwa z głowy Jowisza, w pełnym rynsztunku dokonanych już uprzednio umów, porozumień i poza nieliczną grupą wtajemniczonych nieraz przez miesiące całe nikt nie wiedział, jaka była przyczyna zmian zachodzących w składzie osób stojących u steru państwa. Nie znano tych przyczyn i mało się nimi do ostatnich czasów interesowano. Panowało powszechne przeświadczenie, że w takim czy innym składzie, w tym czy innym sosie i podaniu będzie to zawsze ta sama potrawka, przyprawiona zbiorowymi siłami przez wszystkie grupy wchodzące jawnie lub skrycie w skład koalicji rządzącej. Wszakże za zgodą endecji doszedł do władzy zarówno Piłsudski, jak mianowany przezeń gabinet Moraczewskiego. Za zgodą gabinetu Moraczewskiego miejsce jego: zajął gabinet Paderewskiego. Wstąpienie do gabinetu i wystąpienie Daszyńskiego, ustąpienie Witosa, mianowanie Ponikowskiego - wszystko to przechodziło niemal niepostrzeżenie, nie wywołując ani większych wstrząśnień i ostrzejszych zatargów, ani też żywszego zainteresowania. Nawet gdy chodziło o sprawę tak kapitalnej wagi, jak wojna z Rosją w 1920 r., żywioły endeckie, ostrożniejsze i bardziej przezorne, a przeto przeciwne zbyt ryzykanckim próbom, ograniczyły się do> zakulisowej opozycji. I gdy Daszyński zwrócił się wtedy w Sejmie z błagalną prośbą do Paderewskiego, by bez oporu zrezygnował z godności premiera, gdy obiecywał mu za to ?rzucić pod stopy wszystkie kwiaty Rzeczypospolitej Polskiej", to endeckie Egerie "mistrza" zrozumiały w lot, że stary makler fracki przemawia ich własnym, najrodzeńszym językiem, że lęka się, by ujawnione niesnaski u góry nie wywołały poruszenia szerokich mas, że pragnie polubownego załatwienia sporu dlatego, by robotnicy i chłopi polscy nie dowiedzieli się, że krew ich i życie są przedmiotem targów. Były to oczywiście racje przemożne, skłaniające do milczenia. Toteż dopiero, gdy armaty grały już pod Kijowem, stało się dla szerszego ogółu jasne, że wyższość aptekarza nad wirtuozem 35, akcentowana z taką namiętnością przez Daszyńskiego, oznaczała po prostu poddanie się Skulskiego pod komendę Belwederu i jego zgodę na awanturę kijowską.

Za tą powodzią kwiatów rzucanych pod stopy endeckiego bożyszcza przez "socjalistycznego" przywódcę kryły się nie tylko stosy trupów robotników i chłopów, pchniętych do walki za obcą i wrogą im sprawę, ale, wbrew temu, czego usiłuje dziś dowieść endecja, kryło się jeszcze jedno ciche sprzysiężenie: prawica nie chciała wprawdzie brać na siebie oficjalnej odpowiedzialności za wyprawę kijowską, ale nie chciała też wówczas na tym ani na żadnym innym gruncie wypowiedzieć otwartej walki Piłsudskiemu. Tak było dawniej. Tak nie jest dzisiaj i tak nie będzie jutro. Błędem byłoby mniemać, że zażarta wojna, jaka w wigilię rozwiązania się Sejmu konstytucyjnego wybuchła między prawicą a Belwederem, była tylko i wyłącznie przygotowaniem do zbliżającej się walki wyborczej i że po tej próbie sił, jaką stanowią wybory, powróci dawniejszy stan rzeczy: endecja przywdzieje znów skórę potulnego baranka i z pobłażaniem pozwoli się wyręczać u steru nawy państwowej. Wręcz przeciwnie, wybory miały być tylko dla prawicy hasłem do walki z tym stanem rzeczy, miały być najdogodniejszym momentem dla stoczenia generalnej bitwy, do której żywioły prawicowe przygotowywały się od dawna.

Nie ulega wątpliwości, że obawa przed ruchem mas będzie i w dalszym ciągu łagodziła ostrość zatargów między wielkimi i małymi paskarzami sprzymierzonymi z ugodą robotniczą, będzie jednym i drugim dyktowała ostrożność, ujawnioną już wyraźnie podczas ostatniego zatargu przesileniowego, kiedy to każda ze stron cofała się przed zbyt głośnym skandalem, będzie ich pchała i nadal na drogi kompromisu. Ale, mimo wszystko, zasadniczym rysem okresu, w który wkroczyliśmy, stanie się walka wielkiej burżuazji o pełnię władzy, o dyktaturę. Będzie to jeden z epizodów ogólnej ofensywy politycznej, jaką wielka burżuazja prowadzi dziś z zaciekłością we wszystkich tych krajach, w których wstrząśnienia powojenne wywołały większe przeobrażenia polityczne, odsuwając junkierstwo i wielki kapitał od steru rządów. Endecja, podobnie jak niemieccy monarchiści, uważa, że partie reprezentujące drobnomieszczaństwo miejskie i wiejskie oraz ugodę robotniczą spełniły już swoją rolę: doprowadziły masy do letargu, pozwoliły klasom posiadającym zorganizować się i uzbroić i stanowią dziś już tylko niepotrzebną zawadę, którą należy co rychlej usunąć e drogi. Endecja, która na podobieństwo niemieckich monarchistów, znoszących "do czasu" Eberta, tolerowała dawniej Piłsudskiego., a dziś za wszelką cenę obalić go pragnie, zmieniła swe postępowanie nie dlatego, aby Piłsudski ulegał jej dawniej, a dziś przestał to czynić, tylko dlatego, że wydaje się on jej już niepotrzebny dla utrzymania mas na wodzy.

Targnięcie się na autorytet Piłsudskiego jest ze strony endecji dowodem poczucia siły, dowodem przeświadczenia, że wszelkie maski, tłumiki, parawany są już zbyteczne,  a ustępstwa i połowiczność mogą już być zlikwidowane na rzecz polityki gołego gwałtu i bezwzględnego wyzysku i że ta polityka musi być wykonana własnymi, a nie cudzymi rękoma, aby była dość twarda i nieubłagana, a co za tym idzie skuteczna.

Kapitalistyczna burżuazja wyszła już dawno z tego górnego i chmurnego okresu swej młodości, gdy była pionierką postępu, rewolucyjnym czynnikiem walki z przeżytkami feudalizmu. Nad dawnymi wolnohandlowymi, pokojowymi dążnościami w polityce zewnętrznej, nad potrzebą osiągnięcia pewnej miary demokracji, która by zapewniała pokojowe współżycie klas, warunkujące pomyślny rozwój kapitalizmu, już przed wojną coraz bardziej brały górę tendencje grabieżcze, militarne, imperialistyczne, idące w parze z dyktatorskimi zakusami wobec klasy robotniczej. Po wojnie, która zrujnowała machinę gospodarczą świata i zburzyła wszelką równowagę w produkcji, wymianie i podziale dóbr, na tle ogólnego chaosu i rozprzężenia gospodarczego burżuazja coraz mniej może odgrywać swą dawną rolę wielkiej organizatorki sił wytwórczych świata. I w miarę tego, jak usuwa jej się spod nóg naturalna podstawa jej potęgi i panowania, jak wypada jej z rąk ster rzeczywistego kierownictwa życiem gospodarczym, podminowanym w swych najgłębszych podstawach i wstrząsanym nieustannymi konwulsjami, kapitalistyczna burżuazja przechodzi coraz bardziej do metod właściwych pasożytniczym, obumierającym warstwom, staje się coraz bardziej przedstawicielką najskrajniejszej, czarnej reakcji. W sojuszu z obszarnictwem i klerem dąży ona do stworzenia rządów gołego gwałtu, do zdobycia takiego politycznego przywileju i przewagi, do zapędzenia mas pracujących w takie jarzmo, które by umożliwiło nie znany dotąd w dziejach wyzysk siły roboczej i przez dokonanie w gwałtownym tempie akumulacji kapitału uratowało zagrożony gmach kapitalizmu. Oto co oznacza zwycięstwo Dmowskich i Korfantych, co oznacza dewiza wyborcza Narodowej Demokracji - hasło odrodzenia gospodarczego. Oznacza ona zniesienie 8-godzinnego dnia pracy, prześladowanie strajków środkami, których przedsmak dał nam poznać strajk rolny w Poznańskiem, obalenie reformy rolnej i wszelkich praw zmierzających do uszczuplania obszarniczej ziemi, zaprowadzenie przepisów uniemożliwiających nawet ugodowo nastrojonym robotnikom organizowanie się na klasowej podstawie, zdwojone brzemię podatkowe, jeszcze dzikszą orgię spekulacji.

Oto wobec jakiego niebezpieczeństwa stanęła dzisiaj klasa robotnicza Polski. Niebezpieczeństwa tego nie usunie jednorazowy wysiłek, jedna demonstracja, a nawet zwycięstwo wyborcze "lewicy". Samymi tylko kartkami wyborczymi nie można wysadzić z siodła reakcji kapitalistycznej. Posiada ona swe twierdze poza Sejmem, w sile kapitału, w jego panowaniu nad życiem gospodarczym, w poparciu potężnych ententowskich grup kapitalistycznych, zainteresowanych bezpośrednio w duszeniu polskich robotników przez udział swój w kapitale polskim; może oddziaływać przez banki, przez stosunek do kredytu państwowego, przez zależność każdego rządu od potężnych grup gospodarczych, wreszcie przez organizację kleru w szkole, w życiu publicznym, w wojsku. Jak bojkot kapitalistów zmusił Moraczewskiego,  według jego własnych słów do ustąpienia, tak nacisk kapitału mógłby zmusić nawet PPS-owską większość Sejmu do kapitulacji, odparować jego ataki może tylko ulica, masa czujna, czynna, zwartym idąca frontem. Niezależnie od rezultatu wyborów burżuazja polska broni nie złoży, będzie broniła swych zagrożonych twierdz wszelkimi środkami, tak jak ich bronią burżuazja włoska i niemiecka, organizatorki faszystów, band Orgescha i Ehrhardta?. Już dziś widzimy na łamach "Gazety Warszawskiej" gloryfikację włoskiego faszyzmu, już dziś, jak o tym świadczy czarnosecinna agitacja endeckiej prasy, przygotowuje się grunt do mordów bratobójczych. Porażka endecji? Zwycięstwo wyborcze lewicy? ale któż stanowi jądro tej lewicy? Blok mniejszości narodowych i blok włościański, a w jednym, i drugim, obok żywiołów niezdecydowanych, chwiejnych, ugodowych, ileż podpór najgorszej reakcji! Któż wątpić może, że kapitaliści niemieccy, żydowscy, rusińscy, że paskarze Witosowi, którzy idą teraz przeciw endecji, pójdą w Sejmie z nią, ilekroć będzie chodziło o zgnębienie robotników.

Tak czy inaczej, groźny atak reakcji czeka klasę robotniczą. Zastaje ją nieprzygotowaną, zdezorganizowaną, rozbitą. I któż to doprowadził masy pracujące do takiej mety? Kto sprawił, że robotnik polski, któremu kazano wciąż obchodzić święto wolnej, ludowej Polski, stanął nagle oko w oko wobec takich niebezpieczeństw i co gorsze, dotąd jasno ich nie widzi? Sprawiły to te same partie lewicy sejmowej, które dotąd usypiały czujność proletariatu miejskiego i wiejskiego, a dziś wołają ratunku, widząc, że letarg mas może je uczynić zbędnymi u żłobu władzy państwowej. Sprawili to ci, którzy mówili robotnikom, że mogą spać spokojnie strzeżeni przez pułki Piłsudskiego. Sprawili to ci, którzy do spółki z prawicą deptali wszystkie zasady demokracji, skrępowali wolność sława, druku, zebrań i w tej zatęchłej, dusznej atmosferze pozwolili rozrastać się bujnie zarazkom najgorszego wstecznictwa, pozwolili im zatruwać bezkarnie umysły i dusze. Sprawiła to PPS, której członkowie, przyjaciele i zwolennicy zapełnili wszystkie biura defensyw i do spółki z dowborczykami katowali rewolucyjnych robotników. Sprawili to piastowcy, którzy razem z endecją kuli antyrobotnicze prawa i oszukiwali małorolnych chłopów. Sprawili to ci, którzy popierali awantury wojenne i związaną z nimi militaryzację kraju, a ciężary stąd płynące zwalali na barki najuboższych. Sprawili to ci wszyscy, którzy klasie robotniczej, potrzebującej dla obrony przed wrogami pełnego lotu i rozwinięcia wszystkich sił, kazali oddychać jak gdyby tylko jednym płucem, wtrącając do więzień i paraliżując wysiłki najbardziej rewolucyjnej i czynnej części proletariatu. Oni to doprowadzili do tego, że dziś, gdy reakcja wielkokapitalistyczna i obszarniczo-klerykalna szykują się do coraz gwałtowniejszych ataków, tysiące robotników woła: ,,A czymże, jeśli nie panowaniem najgorszej reakcji były rządy dotychczasowe??" I gdy mowa o obronie, z głębi swych umęczonych serc odpowiadają: my nic nie mamy do obronienia! Mordy za strajki, mordy w biurach defensywy, katowanie przez ochranników Snarskich i katowanie przez sędziów śledczych Luksemburgów, lata katorgi za przekonania polityczne, więc toi jeszcze nie jest zupełny triumf reakcji? Walczyć przeciw prawicy po to, by z powrotem iść pod komendę Belwederu, paskarzy chłopskich i ugody robotniczej, która utrzymawszy się u steru, znów pozycję za pozycją oddawać będzie w ręce tych, z którymi dziś wydziera sobie mandaty i władzę? Walczyć przeciw prawicy, a więc dać zwycięstwo lewicy, gdy z jednej strony stoją bankierzy, fabrykanci, obszarnicy i księża, a z drugiej paskarze chłopscy i klika belwederska, gdy jedni widzą w robotniku przede wszystkim bydlę robocze, a drudzy mięso armatnie? Czy może tu być mowa o "mniejszym złu"? I czy wobec tego nie jest jedynie wskazanym stać na boku wobec toczącej się walki? Oto do jakich wniosków doprowadziła liczne szeregi robotnicze polityka ugody, awanturnictwa wojennego i pokornego czołgania się wobec sfer wielkoburżuazyjnych. I właśnie naszym zadaniem, zadaniem rewolucyjnej części proletariatu, jest przełamać ten bezwład, zwyciężyć apatię. Robotnicy nie mogą zadowolić się bierną obserwacją rozgrywających się wydarzeń i sceptycznym oświadczeniem: to złe i tamto niedobre. Nie mogą jak księżniczka Heinego w sporze między mnichem i rabinem poprzestać na stwierdzeniu, że: ,,i ten, i tamten śmierdzi" (alle beide stinken), Robotnicy na szalę wypadków muszą rzucić swój czyn. W ten sposób tylko sprawić mogą, by wypadki te nie przeszły po nich, miażdżąc i druzgocząc im grzbiety.

Przyczyną dzisiejszego stanu rzeczy jest właśnie dotychczasowy letarg i bezwład mas, jedynym ratunkiem: wytężenie wszystkich sił, zmobilizowanie wszystkich szeregów dla zażartej, wytrwałej, nieustępliwej walki z reakcją. Głównym, najgroźniejszym przedstawicielem tej reakcji są przede wszystkim prawicowe stronnictwa - endecja i różne jej odmiany. Toteż gdy idzie o odparcie niebezpieczeństwa panowania Korfantych i Dmowskich, wszystkie odłamy klasy robotniczej muszą iść w zwartych szeregach, ale najbardziej rewolucyjna jej część musi masy poprowadzić dalej: do walki równie zażartej z reakcją utajoną, pielęgnowaną i protegowaną w łonie lewicowego bloku.

Polscy scheidemanowcy, podobnie jak ich niemieccy koledzy, nawet wtedy, gdy odwołują się do mas, usiłują z góry sparaliżować ich dalsze wystąpienia, wyprowadzić je raz na scenę, a potem pogrążyć znów w letarg. Zmuszeni do walki przez atakującą prawicę, idą przeciw niej z tymi samymi metodami, z jakimi szli do niej przedtem na wysługi, z tą samą troską o uśpienie i znieczulenie mas, z tym samym hasłem głoszącym, że słowo "Piłsudski" jest równoznaczne ze słowami "demokracja" i "sprawa robotnicza". Atak prawicy niczego pepesowców nie nauczył. Ale dalsza ofensywa burżuazji, mnożące się niebezpieczeństwa, których ewentualne zwycięstwo wyborcze lewicowego bloku nie usunie i nie zażegna, muszą pod groźbą najstraszliwszych klęsk wyrwać masy z bezruchu, zmobilizować i skupić wszystkie ich odłamy wokół żądań zabezpieczających im wolność polityczną tzn. znośny byt.

Zburzenie zgody między wielką burżuazją a przywódcami drobnomieszczaństwa i ugody robotniczej będzie coraz bardziej uzależniać blok belwederski od mas robotniczych i chłopskich i zmuszać do liczenia się z nimi. Zbudzić w nich wolę do narzucania swych żądań  - to najważniejszy dla nas sens polityczny wydarzeń obecnych. Dopóki ogólny bieg wypadków nie przygotuje gruntu dla przewrotu i dopóki hasła rewolucji socjalnej nie odniosą zwycięstwa w masach robotniczych i chłopskich, dopóty masowa ich wałka, skierowana przeciw prawicy, siłą rzeczy oddawać będzie zwycięstwo i władzę drobnomieszczaństwu i ugodzie robotniczej z ich belwederskim czy innym chochołem na czele. Ale stąd nie wynika bynajmniej, że walki tej należy poniechać lub nie dążyć do jej wzmożenia i zaostrzenia. Wniosek stąd całkiem inny. Wniosek stąd taki, że w tej walce rewolucyjna część klasy robotniczej nie na końcu, nie na przyprzążkę iść powinna, ale na czele, jako straż przednia, która wysiłku masy nie pozwoli zmarnować ugodowym przywódcom, skieruje go na właściwe tory, zwiąże z wyraźnie sformułowanymi żądaniami, dla przeprowadzenia ich wyzyska każdą kłótnię w obozie wrogów i potrafi, bijąc prawicę, zwrócić jednocześnie ostrze walki przeciw antydemokratycznym, antyrobotniczym czy militarnym dążeniom lewicowego bloku. Wniosek stąd taki, że cały proletariat miast i wsi, wszyscy robotnicy i biedni chłopi zrozumieć muszą, że nie osoba Piłsudskiego czy Witosa, jak głoszą fracy i ludowcy, ale tylko zbudzenie się do czynu, nieustanna czujność, solidarna masowa akcja zapewnić mogą im demokratyczne zdobycze niezbędne w burżuazyjnym państwie i mogą zapobiec temu, by zwycięska czy zwyciężona, ale tchórzliwa i zdradziecka lewica nie poszła w swej społecznej polityce całkowicie pod komendę potężnych i groźnych, niezależnie od wyniku wyborów  stronnictw prawicy. Odsłonić przed masami robotników i biednych chłopów cały ogrom grożącego im niebezpieczeństwa, wyrwać je z letargu sformułować ich żądania i poprowadzić zwartym frontem do walki o te żądania - oto zadania przednich szeregów klasy robotniczej.

 

Wera Kostrzewa

Pismo opublikowane w “Wyborze pism i przemówień” przez wydawnictwo Książka i Wiedza w 1961 roku.

 

Wera Kostrzewa (Maria Koszutska) -  ur. w 1876 roku, działaczka PPS (współtworzyła lewicowy nurt tej formacji) następnie PPS-Lewicy, KPRP, KPP. Uczestniczka rewolucji 1905 roku, więźniarka polityczna w II RP, przed represjami uciekła do ZSRR, następnie oskarżona pod fałszywymi, niesłuszynymi zarzutami w okresie stalinowskich czystek. Zmarła w więzieniu w 1939 r., pośmiertnie zrehabilitowana w 1956 r.

Komentarze

Zobacz także:

Co nie jest wolnością
Julian Bartosz 27/01/2014 Została zamordowana 15 stycznia 1919 roku w Berlinie. Kolbami zatłukli ją oficerowie kawalerii gwardii. Było to 95 lat temu. Wrzucone do Landwehrkanal ciało znaleziono dopiero po... więcej
O zbrodniach sądowych w czasie wojny 1920
Dawid Jakubowski 14/08/2014 Zbliża się kolejna rocznica wydarzeń, które są od czasu restauracji kapitalizmu w Polsce prezentowane jako „cud nad Wisłą”. Wizja owego „cudu”, zgodnie z którą siły... więcej

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia