Jesteś tu: Strona główna Historia Przed stuleciem "wielk...

Przed stuleciem "wielkiej wojny białych ludzi"

Julian Bartosz 30/12/2013

I. Zaczęło się przypominanie czasów wyprzedzających wybuch I Wojny Światowej w 1914. roku. W Polsce zainaugurował to Adam Krzemiński wyśmienitym esejem „Wspaniały rok 1913” (Polityka, Nr 44) Chciałbym się do tych refleksji włączyć.

Autor „Polityki”, znany z tego, że analizuje i opisuje historię oraz politykę Niemiec w szerszym wielowątkowym kontekście Europy, świadomie obrał narrację w  „wianuszku” fin de siecle’u. Oczywiście, to, co zwykle nazywamy polityką, nie mogło być przez niego pominięte. Wręcz przeciwnie: poprzez interesujące  „uwspółcześnienie” wślizguje się na kruchy lód historii alternatywnej, ale – jak ja to odczytałem – skupia się na „atmosferze”, na  swoistej „garden party”, na kulturze w różnorakich przejawach jej awangardy. Sięgając po niemiecką i polską współczesną prozę (Florian Illies i Piotr Szarota) a przede wszystkim po prace naukowe (Charles Emmerson, Christopher Clark, Nial Ferguson i Timothy Snyder), ukazuje, jak z perspektywy sprzecznie widzianych polityk ówczesnych mocarstw Europa od lat 80-tych XIX stulecia wchodziła na drogę wiodącą do – jak pisał w powieściowym cyklu Arnold Zweig – „wielkiej wojny białych ludzi”. To nie była tylko belle epoque, kiedy rozbawione wyższe sfery błąkając się w somnambulicznym śnie po kraterze dyszącego wulkanu czuły się szczęśliwie lub tak udawały.

 

II. Czasy dekadencji, bo to określenie też dla tego okresu jest  używane, miały też inną nazwę. W tym miejscu dygresja pierwsza:

W owym wspaniałym roku 1913 pewien niskiego wzrostu i łysawy jegomość z Simbirska nad Wołgą  uczęszczał do Staatsbibliothek w Zurychu i czytał różnojęzyczne książki. To, o czym uprzednio dowiadywał się z gazet udostępnianych bywalcom w lokalach bohemy Wiednia, Genewy czy Monachium i co dla bacznych obserwatorów współczesności było widoczne, już mu nie wystarczało. Odnotowano w tej bibliotece, że korzystał z 148 książek z zakresu ekonomii i prawa oraz blisko 230 rozpraw z 50 periodyków. Z przemyśleń na podstawie tej lektury powstała praca pt. Imperializm jako najwyższe stadium kapitalizmu. Sam autor tego określenia nie stworzył. Użył je po raz pierwszy w 1902 roku brytyjski liberał i pacyfista John A. Hobson w książce „Imperialism”. Z początkiem lat 50-tych poprzedniego wieku na Wydziale Dziennikarstwa UW uczyłem się o „pięciu cechach imperializmu”. Pytany o dzieło Lenina student miał cytować: „imperializm to kapitalizm w tym stadium rozwoju, w którym ukształtowało się panowanie monopoli i kapitału finansowego, gdy rozpoczął się podział świata przez międzynarodowe trusty i gdy podział całego światowego terytorium przez największe kapitalistyczne kraje był na ukończeniu”

.

III. Dygresja druga: Było, rzecz jasna, wiele innych jeszcze definicji określających charakter „tych pięknych czasów”. Arno J. Mayer, amerykański historyk urodzony w Niemczech w pracy na temat zakończenia „Drugiej wojny 30-letniej w Europie” (to określenie dla okresu 1914-1945 funkcjonuje wśród wielu historyków amerykańskich) pisał tak: „Sformułowania z arsenału darwinizmu społecznego i filozofii Nietzschego tworzyły między 1890 i 1914 całościowy światopogląd wyższych sfer polityki i społeczeństwa. Z racji ich antydemokratycznych, elitarystycznych i wojowniczych przekonań nadawał się ten światopogląd doskonale  do tego, by jako ideologiczny środek pomocniczy tkwiące niezłomnie w przeszłości konserwatywne siły klas panujących i rządzących mogły temu nadać rangę intelektualną”.

Tak się działo m.in. za sprawą Houstona Stewarda Chamberlaina. W swych „Grundlagen des 19 Jahrhunderts” opublikowanych w 1899 roku „ubogacił” istniejące już od połowy wieku „społeczno-darwinowskie” teorie o pojęcia „panującej rasy” i „narodu panów”.  Głosił, że w „walce o miejsce dla siebie (narody panów – JB) muszą myśleć w pierwszej linii o sobie”. Natchnął on sporą część ówczesnych elit maksymą, że „sam rozum mało znaczy jeśli nie idzie on w parze z entuzjazmem dla własnej sprawy”.

I ten entuzjazm był, wręcz kwitł, stanowiąc górną warstwę w glebie fin de siecle’u vel imperializmu. Jeśli dodać do tego pleniące się w tamtym przedwojniu na salonach ówczesnej Europy okultyzm, spirytualizm i wszelakie pozostałe teozoficzne zamroczenia, o których pisał Umberto Eco w „Cmentarzu w Pradze”, to otwiera się szeroka panorama zjawisk somnambulicznych. Przez to wzbierającą dwoma wojnami na Bałkanach burzę rozbawiona Europa prześlepła. Że niektórzy tej stojącej ante portas katastrofy niby dostrzegali? Pytanie raczej retoryczne, skoro szpiedzy i agenci wszystkich mocarstw – o czym także pisze nie tylko Eco – wzajemnie się „obwąchując” handlowali między sobą wiadomościami prawdziwymi i zmyślonymi, co jeszcze bardziej mąciło obraz rzeczywistości...

 

IV. Przestudiowałem w niemieckim przekładzie jedną z książek przywołanych w eseju Adama Krzemińskiego. To wydana w 2013 roku w niemieckim przekładzie Christophera Clarka „Die Schlafwandler. Wie Europa in den Ersten Weltkrieg zog”. Wydawca, monachijska Deutsche Verlagsanstalt (DVA), zachwalał rzecz wielokrotnie nagradzanego australijskiego historyka wykładającego w Cambridge jako dzieło, które „kwestionuje to, co dotychczas uchodziło za consensus wśród historyków, mianowicie, że główna wina za wybuch wojny obciąża Niemcy”.

Jak zaznacza w swym eseju Adam Krzemiński, Niemcy nie godzili się z orzeczonym na Konferencji Wersalskiej wyrokiem zwycięzców, że to oni ponoszą odpowiedzialność za wywołanie wojny. „Dopiero w latach sześćdziesiątych, po debacie wokół książki hamburskiego historyka Fritza Fischera „Sięgnięcie po władzę nad światem” zachodnioniemiecka opinia pogodziła się z tym werdyktem…”

Moim zdaniem to trochę nie tak. Dlatego, jak sądzę, niemiecki wydawca przywiązuje do ksiązki Clarka dużą wagę. Australijski autor rozdziela winę na wszystkich uczestników ówczesnego „koncertu mocarstw”. Taka relatywizacja wyłącznej niemieckiej winy nie jest niesłuszna. Psychologizując dochodzi autor do wniosku: „Wybuch wojny w 1914 roku to tragedia, nie zbrodnia. Przyjmując taki pogląd, nie należy pomniejszać wojowniczej i imperialistycznej paranoi austriackich i niemieckich polityków, która przyciągnęła uwagę Fritza Fischera i jego szkoły historycznej. Ale Niemcy nie byli jedynymi imperialistami, już nie mówiąc o tym, że nie byli jedynymi, którzy cierpieli pod tą paranoją. Kryzys, który w 1914 roku doprowadził  do wojny była owocem wspólnej politycznej kultury. I to czyni z niej najbardziej kompleksowe wydarzenie moderny. To sprawia, że nawet sto lat po śmiertelnych strzałach Gavriły Principia dyskusja o przyczynach tamtej wojny trwa”.

Jak piszą autorzy na „Portal fuer kritische Journalisten – das Dossier” ta dyskusja dla wielu ludzi ma charakter zastępczy. Odbijają się w niej przenikające się wzajemnie interesy w relacjach między historiografią i polityką. Kontrowersja wokół „Griff zur Weltmach” Fischera w latach 60-tych i wokół późniejszego „Historikerstreit: lat 80-tych, choć zdaje się wygasła, ożywa od czasu do czasu w nacjonalistycznych kręgach. To w nich pohukuje echo tezy o „wrogim osaczaniu Niemiec”  (Einkreisung), o potrzebie aktywnej defensywy – jak przed I wojną. Bliziutko to już do utrzymujących się nie tylko pokątnie twierdzeń, że Niemcy zostały zmuszone także do II wojny światowej.

Wróćmy jednak do właściwego tematu…

 

V. Nim, ograniczając się do elementarnych faktów na temat ogłoszonego przez cesarza Wilhelma II w 1896 roku statusu mocarstwa światowego, spróbuję ukazać, jak narastała rzeczona paranoja wśród rządzących cesarskimi Niemcami kręgów gospodarczych, sił politycznych i kół wojskowych jeszcze jedna dygresja:

We wspomnianej wyżej pracy o „najwyższym stadium kapitalizmu” Lenin, co charakterystyczne, skupia się w swej analizie – jak sobie przypominam – na danych dotyczących Wielkiej Brytanii, Francji i Rosji, Niemcom poświęcając mniej uwagi. Były ku temu powody.

Proklamowana 17 stycznia 1871 roku przez Bismarcka w Wersalu, zatem na terenie pokonanej Francji, Rzesza scalająca pod egidą Prus jeszcze 3 inne królestwa, 6 wielkich księstw. 12 księstw, 3 wolne miasta i wchłaniając Alzację-Lotaryngię, naruszała istniejący geopolityczny porządek ówczesnej Europy, pojawiła się jako „spóźnione mocarstwo”. Jeszcze przed zjednoczeniem Niemcy, zwłaszcza zachodnie prowincje Prus i Saksonia, przeżywały bujny rozwój przemysłowy. Kołem zamachowym było budownictwo kolei (20 tysięcy km torów) oparte o węgiel (wydobycie w 1970 36 mln ton) i stal ( 1,2 mln ton w tym czasie) i napędzające przemysł maszynowy (Borsig, Henschel). Nowa dynamika (tzw. lat grynderskich), na krótko przerwana kryzysem, od lat 80-tych związana była z elektrycznością (Siemens) i chemią (Bayer). Generowało to kolejne odkrycia naukowe i postęp technologiczny. W ciągu kilku dekad Niemcy sześciokrotnie zwiększyły produkcję przemysłową, i czterokrotnie eksport. Zajęciu jeszcze przed przełomem dwóch stuleci trzeciej pozycji wśród państw o najbardziej rozwiniętym przemyśle (jedna czwarta światowej produkcji stali) towarzyszyło coraz powszechniejsze wołanie o „Platz an der Sonne”. Niemcom u siebie zrobiło się za ciasno. Po prostu Rzeszę rozpierało.

Bardzo spóźniona pod względem zawładnięcia „miejsca pod słońcem” poza Europą Rzesza zaczęła wraz z utworzeniem w 1882 roku Deutscher Kolonialverein zdobywać – zrazu pod pozorem eksploracji badawczych, często drogą finansowanego przez Deutsche Bank „kupna” – własne terytoria zamorskie. W roku 1884 objęła teren w południowo-zachodniej oraz wschodniej Afryce (Namibia, Togo, Kamerun), nabyła obszary „mandatowe” w archipelagu wysp Bismarcka i wysp mariańskich na Pacyfiku oraz usadowiła się w dalekich Chinach (zatoka Kiautschou z portem Tsingtau) Na celowniku niemieckiej finansjery znalazł się Bliski Wschód, stąd podjęta budowa kolei bagdadzkiej. Wchodziła tym w drogę Albionowi i zbliżyła się do rewirów Rosji. W porównaniu z posiadłościami Wielkiej Brytanii czy Francji Rzesza czuła się jednak „dyskryminowana”. Zrzucenie „jarzma” dotychczasowych potęg kolonialnych, które Niemcom swego miejsca w Afryce i Azji, wcale ustąpić nie chciały, uznano za narodowe zadanie. Wymagało to silnej armii. Uchwalono kolejne, coraz większe budżety wojskowe zwiększające w latach 1880 -1913 armię z 300 tysięcy do 700 tysięcy żołnierzy, a przyjmowane od roku 1897 przez Reichstag Flottenvorlagen wszczęły wyścig zbrojeń z Wielką Brytanią. Zamierzano osiągnąć dwie trzecie sił morskich wyspiarskiej potęgi, co się nie udało: dwa lata przed wybuchem wojny Brytyjczycy mieli w sumie pięciokrotną przewagę w okrętach liniowych i ciężkich krążownikach.

Program zbrojeń morskich realizowany w wielkich należących do spółki Krupp/Thyssen stoczniach Hamburga i Bremy a popularyzowany w społeczeństwie przez założony w 1899 i finansowy przez Kruppa Flottenverein wzbudzał  wprost entuzjazm. Towarzyszył on m.in. otwarciu przez Wilhelma II kanału północnego łączącego Bałtyk z Morzem Północnym. Ów Kaiser-Wilhelm-Kanal miał umożliwić wyjście całej floty niemieckiej bez wpłynięcia do cieśnin duńskich.

Narastała fala patriotycznego – to znaczy szowinistycznego, jak podkreśla Imanuel Geiss – uniesienia.   Wprawdzie liczne były też inne głosy, ale to, co wyprawiały cesarskie korpusy ekspedycyjne w  ziemiach kolonialnych i mandatowych spotykało się z poparciem. Wymordowanie całych szczepów afrykańskich (Herrerów), krwawe tłumienie buntów tzw. Hottentottów i w Chinach powstania bokserów znalazło w słowach  Wilhelma II uznanie. Jego tzw. „Hunnenrede”, by nie brać jeńców i wytępić w pień nieposłusznych, da się porównać tylko z mowami, które były wygłaszane w następnej Rzeszy pół wieku później.

Szowinizm szerokich kręgów niemieckiego społeczeństwa karmił się głoszoną przez najwyższych dostojników teorią „Einkreisung”. Faktycznie, od 1904 roku istniała francusko-brytyjska entende cordial, do której trzy lata później dołączyła Rosja. Niemcy oraz Austria-Węgry w funkcjonującym od lat 80-tych sojuszu wojskowym (ze zmiennymi satelitami) mogły się poczuć „osaczone”. Ukształtowane przez pisma Clausewitza („Vom Kriege”) niemieckie elity polityczne i wojskowe przekonane były, że wojna jest najwyższą formą „der Selbstbehauptung eines Volkes” (samookreślenia się narodu), ale – jak podkreślał strateg – wojna zaczyna się dopiero poprzez obronę przed napaścią. Nim do takiej konieczności dojdzie – pisał – trzeba dla odstraszenia agresora budować jak najlepszą armię. Jednocześnie przywoływano na własny użytek maksymę francuskiego filozofa Victora Cousina „każdy prawdziwie historyczny naród ma do wypełnienia pewną ideę, i po wystarczającym urzeczywistnieniu jej u siebie eksportuje ją następnie poprzez wojnę”.

Oto, co tłumiło, przetłaczało wielkie, wręcz wspaniałe dzieła niemieckich pisarzy, malarzy, naukowców i muzyków, co też charakteryzowało czasy imperializmu vel belle epoque. To był ten sam czas. Pominięcie przez Clarka i innych cytowanych przez Adama Krzemińskiego autorów rozwoju imperializmu właśnie tworzy niezupełnie prawdziwy obraz „wspaniałego roku 1913”. Słusznie tedy pisze profesor Uniwersytetu Humboldta Kurt Paetzold, że prace te „demonstrują, dokąd prowadzi analiza historyczna bez ekonomii”.

 

VI. Wspomniane na wstępie wcale interesujące ciągoty autora „Polityki” ku historii alternatywnej (unia wilhelmińska czy unia habsburska w tamtym przedwojniu jako przedświt Unii Europejskiej?) skłoniły go też do uwag o Polakach zamieszkujących na różnych odcinkach biegu Wisły. Inaczej się mieli na górnym pod tolerancyjnym Franciszkiem II, inaczej w środkowym pod reżimem Mikołaja II , i także inaczej na dolnym odcinku jako poddani Wilhelma II.

We „wspaniałym roku 1913” każdy z tych władców miał pomysł, co z „tymi Polakami” w przyszłości zrobić. Niemieckie cele wojenne zakładające utrwalenie hegemonii w kontynentalnej Europie były opracowywane w różnych wariantach na długo przed wybuchem zbrojnego zderzenia, i  aktualizowane w  latach wojny zależnie od sytuacji frontowej. Jak w wydanej także w 1964 roku w Polsce książce „Der polnische Grenzstreifen” (Tzw. polski pas graniczny) pisał Imanuel Geiss, Polski miało w ogóle nie być. Obszary zaborów pruskiego i austriackiego miały po prostu pozostać wcielone jako części współistniejących cesarstw, a ziemie „wyrwane Rosji” widziano w Berlinie jako bastion (Bollwerk) chroniący przed wschodnim barbarzyństwem. Planowano tam utworzenie kilku gubernatorstw z dystryktami, a poddani otrzymać mieli niższy niż w Rzeszy status prawny – projekcja urzeczywistniona prawie czterdzieści lat później.

To są sprawy również godne przypomnienia przed setną rocznicą I wojny światowej.

Komentarze

Zobacz także:

Czy Dzierżyński zasługuje, by stanąć...
Dawid Jakubowski 04/02/2014 Książka dziennikarki „Tygodnika Powszechnego” i „Nowej Polszy” Sylwii Frołow o Feliksie Dzierżyńskim już w pierwszych dniach od swej premiery wydawniczej zdążyła... więcej
Przeciw Reakcji
Wera Kostrzewa 06/12/2013 Na tle tegoż bezwładu konstytucja, parlamentaryzm, demokracja, rządy przedstawicielskie, oddziaływanie opinii - wszystko to było fikcją. Mieliśmy faktycznie rządy zakulisowe,... więcej

Zdjęcie tygodnia

Film tygodnia