Jesteś tu: Strona główna Kontrkultura Śmieszny ale nieweso...

Śmieszny ale niewesoły esej o śmierci...

Karolina Barbarska 25/11/2013

Śmierć jest czymś na tyle poważnym, że aż trzeba się zastanowić czy wypada zacząć tekst od słowa „śmierć”. Tą bowiem ozłocono tabu tak wykwitnie, iż sam fakt zajmowania się śmiercią jawi się jako coś wręcz masochistycznego. Gdy jeszcze niefortunnie dopowiemy jakobyśmy o tej nieszczęsnej śmierci filozofowali, to już ostateczna kaplica. Filozofia śmierci, jak sama nazwa wskazuje, zajmuje się niczym innym jak filozofowaniem o śmierci. Pytanie „O czym tu filozofować?” nie jest w sumie takie bezzasadne. Jak człowiek więcej poczyta okazuje się, że faktycznie nie za bardzo jest się tu nad czym namyślać.

 Pierwszym ku temu powodem jest niemała luka epistemologiczna. Tak niemała, że Epikur tego metaforycznego rowu by nie przeskoczył[1]. Już to powinno nas powstrzymać przed zastanawianiem się nad tym co to takiego ta śmierć. Umysł filozoficzny jest jednak na tyle plastyczny, że wyposażony jest w coś takiego jak myślenie teoretyczne, które służy niczemu innemu jak mnożeniu bytów ponad potrzebę (różowe kwadratowe koło to tylko czubek góry lodowej), powoływaniu do życia światów możliwych i wymyślaniu kolejnych logik, w których w gruncie rzeczy umiera się tak samo jak w klasycznej. Z takimi ambicjami umysłu teoretycznego, rozważanie własnej śmiertelności to w sumie nic poważnego.

Mimo to, nawet tak „wyniesiony ponad czas przez czas” instrument poznawczy jakim jest umysł teoretyczny obostrzony jest pewnymi dość restrykcyjnymi ograniczeniami. A najgorszym z nich jest tak zwane „obiektywne poznanie”. Bo o ile łatwo jest powiedzieć, że w chrześcijaństwie nieśmiertelna dusza po śmierci trafić musi do piekła/nieba/czyśćca, o tyle przeniesienie tych przeświadczeń na wyznawców islamu, to już dużo trudniejsza kwestia. Byli i są tacy, który próbują. W sumie bardziej chodzi im ostatnio o szerzenie ideałów demokracji, ale cóż taka widać idea przewodnia tej krucjaty.

A co począć z naszym poczciwym ateistą? Cóż ma on ze sobą zrobić w piekle? Można podążyć tropem żartu i powiedzieć, że w sumie może się cieszyć tym co mu się przytrafiło i tyle[2].  Sęk jednak w tym, że wszyscy umierają tak samo. Nie chodzi oczywiście o sam akt agonii, ale o fakt śmiertelności. Wobec tego chcąc odpowiedzieć na pytanie czym jest śmierć, trzeba określić ją czymś, co będzie obowiązujące nie tylko dla każdego człowieka, ale dla wszelkiego ożywionego stworzenia.

Dość świadomie określono tutaj śmierć mianem „czegoś” by przypadkiem nie dać się zapędzić w konieczność tłumaczenia czym ona faktycznie jest. Dla ordynarnego człowieka rozważania o tym jak to śmierć jest „niezaktualizowania możliwością” czy też „możliwą aktualizacją” znaczą tyle, że „Dzień dobry! Wszyscy umrzemy”. Swoją drogą, wypowiedź ta żyje już w kulturze swoim własnym życiem i jest doklejana do każdego kontekstu niczym aforyzmy Schopenhauera. Jedynie od nadawcy zależy czy umieści ją w historyjce radosnej czy smutnej. To w sumie całkiem niezły obiektywizm. Wrażliwi pozytywiści orzekną oczywiście, że jest to paskudny relatywizm. By obronić się przed tym zarzutem lepiej powiedzieć, że śmierć ma bardzo, bardzo wiele modi, zarówno w partycypacjach jak i ich recepcjach, ale tak czy siak ostatecznie nadejść musi. Prawda ta jest niezbywalna i tak oczywista, że nawet porównywanie jej do „2+2=4” wydaje się nie oddawać jej dogmatyczności.

Powszechność i niezbywalność śmierci (jako to co jej istotowe), wśród wszystkiego co ożywione, nie omija także człowieka. W wymiarze ludzkim zyskuje ona także głęboko egzystencjalny charakter. Dogmatyczny redukcjonizm, współcześnie sankcjonowany przez kognitywistykę, a wcześniej oparty na boskim przykazie czynienia sobie ziemi poddaną, zakłada bowiem uprzywilejowaną pozycją człowieka w kwestii świadomości własnej śmierci. Homo sapiens wie, że umrze. Now it’s personal!

A jak coś jest już osobiste, to trzeba sobie z tym jakoś poradzić. Nie chodzi jedynie o refleksję nad śmiercią, ale o jej oswojenie. Z tego powodu jest ona nawet trochę bardziej powszechna jako wszechobecna w kulturze. Tak więc ja umrę, ty umrzesz, ona umiera w filmie, a on w książce. My umieramy na co dzień, wy z głodu, a oni na wojnie. Ostateczną fiksację osiągnąć można czytając amerykańskich publicystów twierdzących, że to właśnie nic innego jak kultura masowa powoduje śmierć. Przykładem „masakra na premierze Batmana”. To pewnie wina Tarantino, tak przynajmniej twierdzą Natural born killers

Mądrzy panowie/panie uprawiający ars moriendi  zawodowo, twierdzą, że śmierć zdziczała. Kiedyś, jako oswojona, zabierała zmarłych spokojnie ułożonych w domowych pieleszach i czekających na to, co jest niczym innym jak egzemplifikacją prawa natury. Dziś śmierć tak zdziczała, że z jednej strony jest eskalowana jako część kultury przemocy, z drugiej zaś kompletnie stabuizowana. Śmierć naturalna się już nie zdarza. Ludzie umierają bo medycyna nie znalazła akurat/jeszcze rozwiązania albo wypadek/przypadek był śmiertelny. Głupio tak po prostu umrzeć. Jest to kolejny dyskurs, w którym można interpretować kult młodości. Im dłużej utrzymujesz swoje ciało dobrej formie, tym mniej prawdopodobnie, że tak po prostu, naturalnie umrzesz.

Nic więc dziwnego, że na co dzień wszyscy żyją tak jakby śmierci nie było. Nie jest to coś zaskakującego. Wręcz przeciwnie; z punktu widzenia komfortu psychicznego lepiej jest o tym nawet zapomnieć. Wyobraźmy tylko sobie siedmiolatka, który wstając rano maluje na swej twarzy nihilizm, oznajmiając matce, że nie tylko nie ma zamiaru iść do szkoły, ale nawet umycie zębów jest dla niego zbędne skoro i tak umrze. Życie w horyzoncie śmierci, to nie coś dla laika, a to dlatego, że po dłuższym i konsekwentnym rozważaniu okazuje się, że nic/wszystko nie ma sensu. Życie, śmierć, istnienie, trwanie, świat… ogólnie wszystko.

Byli oczywiście tacy (np. Ingarden), którzy twierdzili, że to właśnie świadomość własnej śmiertelności powinna motywować do twórczego działania i agitacji wartości, właśnie ze względu na to, że umrzemy i nie wiadomo, co będzie dalej. Ci trochę bardziej konsekwentni zapytali dalej; po co? Skoro i tak umrzemy…

Uświadamianie ludziom, że umrą to wyraz najwyższego sadyzmu. Spróbuj kiedyś powiedzieć komuś tak od niechcenia i bez większej emocji, że umrze. Reakcja zawsze jest taka sama; oburzenie, wyparcie, smutek. Jest to swoją drogą bardzo dobry argument w każdej dyskusji zakrapianej alkoholem. „I tak umrzesz” potrafi rozwiązać każdą sporną kwestię. Nie dziwi, że ludzie nie chcą o tym słyszeć, a to z tego prostego powodu, że zwyczajnie nie chcą umierać; przynajmniej ci, którzy mają to wewnętrzne przekonanie, że ich życie ma sens. Jak więc ostatecznie popsuć humor najlepszemu przyjacielowi? Wystarczy mu powiedzieć, że życia nie ma sensu, bo i tak umrze.

To właśnie zagadnienie sensu życia i śmierci jest tym, co naprawdę uwiera człowieka, który żyje sobie z dnia na dzień jakby jego życie miało się nigdy nie kończyć. Na slapa w postaci śmierci nie można sobie pozwolić, w końcu jeszcze tyle można było zrobić, a tu śmierć i klops. Mniej światli (a może i bardziej?) nie mają ochoty dać się zaskoczyć. Afroamerykanin tweetujący YOLO w trakcie prowadzenia auta, co ostatecznie doprowadza do jego śmierci, to już ironia życia, ale nie zmienia to faktu, że wyznawców spontanicznego hedonizmu jest całkiem niemało, szczególnie wśród młodego pokolenia.

Mówienie o śmierci jest cholernie nietaktowne i na nietakt taki można sobie pozwolić tylko jak przyjaźń lub nienawiść miedzy ludźmi są wystarczająco mocne.  Inaczej towarzyska apokalipsa. Tabu podlega więc nie tylko sama śmierć, ale i mówienie o niej. O zmarłych się nie mówi wcale albo mówi się dobrze, wspominając bynajmniej ich zgon, ale życie. Co gorsza, jak już wcześniej obśmiewał Carling, z jakiegoś powodu w języku i kulturze dość mocno utarło się przekonanie, że zmarli na pewno wspierają nas i obserwują „tam z góry”. Babciu nie patrz! Mam zamiar uprawiać seks. No chyba, że masz jakąś dobrą radę, to dawaj tylko szybko, bo zaraz się zacznie. Na Boga! (bo to przecież on jest gwarantem tegoż przesądu) Kto by chciał po śmierci zajmować się swoimi bliskimi? W końcu opuszczam ten ziemski padół i mam jeszcze patrzeć jak ukochana mi osoba stacza się ku śmierci i mimo to jej pomagać w życiu doczesnym?

Tu też pojawia się kolejny front walki jaką jest filozofowanie o śmierci. Nieszczęśnie jak tylko pojawia się słowo „śmierć” pojawiają się jeszcze dwa inne: „życie” i „nieśmiertelność”. Święta trójca! Dzięki ci boże, bo to też twoja zasługa. Zostawmy „życie”, niech sobie każdy z tym problemem radzi. „Nieśmiertelność” to dopiero jest wyzwanie. W skeczu „Is there?” kabaret Monty’ego Pythona pyta czy jest życie po śmierci. Do dyskusji zaproszono trzech nieboszczyków: kustosza muzeum, profesora i księdza. Każdy zapytany milczy w kwestii życia po śmierci. Odpowiedź jest więc prosta: 3 x nie.

Feuerbach raczył się trochę bardziej rozwinąć w tej kwestii. Lęk przed śmierci i wytrwała nadzieja, że coś jednak po śmierci być musi, jest tym co sprawia, że człowiek tworzy bogów i tego ostatecznego Boga, z wielkiej litery, jako gwaranta nieśmiertelności, czyli tej przypadłości, której człowiekowi najbardziej brakuje, i którą najbardziej chciałby mieć. 

Zostawmy jednak przesąd o jakimkolwiek życiu pośmiertnym, z tego prostego powodu, że jest to przesąd, będący równie niedowodliwym jak istnienie Boga, który najczęściej jest gwarantem pośmiertnego istnienia. Z Boga bowiem nie można się śmiać, tak samo jak ze śmierci. A ta o dziwo bywa całkiem zabawna i nie chodzi tylko o starą dobrą stypę.

Często pytają mnie czy w ogóle chce mi się jeszcze żyć, a co gorsza pisać o śmierci, jak tak się naczytam o tym od rana. Na szczęście nie dostaje od uniwersytetu ani grosza i muszę chodzić do pracy, więc czytam tylko wieczorami. Koszmary murowane, szczególnie jak przed snem obejrzę jeszcze film o zombie. Swoja drogą zombie i wampiry to najlepszy przykład tego, jak silny jest resentyment wobec śmierci we współczesnym społeczeństwie zachodnim. Niezależnie od tego czy wolisz Billa, Ericka, Edwarda czy Ricka wiesz, że śmierć czeka za zakrętem.  Śmierć, przed którą się ucieka, do której się strzela, którą można zakołkować, owinąć srebrną siatką lub zwyczajnie odstrzelić martwy łeb. Ta sama śmierć jest jednocześnie niezwykle pociągająca. W tym wymiarze współczesność dość wiernie oddaje obecny w kulturze od dawna romans Erosa z Tanatosem, z tą tylko różnicą, że obie postaci stając się nad wyraz groteskowymi olbrzymie śmieszą. Śmieszą więc szesnastolatki, które marzą by być nałożnicami wampira i dwudziestoparolatkowie przygotowujący zestawy na wypadek apokalipsy zombie. Bardziej bawiły chyba tylko dzieci Emo, które w swoich deklaracjach o marzeniu śmierci nie widziały nawet co to turpizm. Idźcie do lasu! Goethe znalazł rozwiązanie na wasze bolączki.

Z angielskim poczuciem humoru potraktował śmierć Monty Python w „Żywocie Briana”. Nie tylko bowiem wyśmiał najsławniejszą w historii zachodu śmierć, ale też symbol odkupienia naszych/waszych grzechów i gwarant niczego innego jak życia wiecznego; nadziei na to, że jednak coś po tej śmierci jest. Symbol ten jest jednak tylko częścią refleksji na temat śmierci. Właściwe podsumowanie stanowi tu finałowy utwór muzyczny. Życie jest absurdalne, a śmierć ma zawsze ostatnie słowo. Absurd ten jest fundamentalny, jakby z natury wpisany w życie, a tym samym równie niezbywalny jak sama śmierć. Z absurdem można dyskutować z poziomu ontologii czy nieśmiertelności, ale konsekwentne rozumowanie nieubłaganie prowadzi do wniosku, że życie przynajmniej rozumiane tak jak przeżywamy je w codzienności (w tym świecie, w tym ciele, zgodnie z własną samotożsamością) kończy się wraz ze śmiercią, a tym samym kurczowe się jego trzymanie jest wyraźnie absurdalne.

Nieco inaczej sprawa miała się w „Zgonie na pogrzebie”, gdzie bohaterowie nieubłaganie postawieni wobec konfrontacji ze śmiercią bliskiej im osoby czynią wszystko, byle by nad trumną ostatecznie nie stanąć. Nie chodzi jedynie o usilne próby uniknięcia smutku, żałoby czy autorefleksji nad śmiertelnością, ale o fakt, że wobec całej masy prześmiesznych gagów śmierć na siłę jest dewaluowana i spychana na drugi plan. Życie śmieje się śmierci w twarz, a ona spokojnie czeka na swój moment. To sprawia, że trudno rozumieć śmierć jako zasadę życia. Nie tylko zależeć to będzie od samej definicji życia. Chodzi raczej, o to, że umieranie jest samo w sobie absurdalne. Kompletnie absurdalny koniec, absurdalnego życia. Żeby nie było wątpliwości samobójstwo też jest absurdem. Nie ma bowiem żadnych bezwarunkowych przesłanek świadczących o tym, że lepiej się zabić niż przeczekać aż śmierć sama przyjdzie, w końcu śmierć to śmierć.

Nie chodzi jednak o to, że obśmiać można wszystkie tropy kulturowe, bo i sama kultura powołała do życia instytucję, która służy niczemu innemu niż drwieniu ze śmierci. „Księga rekordów Darwina” wydawana jest nieustannie od wielu lat i wciąż nie brakuje ludzi, którzy z własnej śmierci potrafią uczynić komedie. Przykładem niech będzie amerykański sędzia, który podczas procesu uległszy przemowie obrony, opierającej się na wątpliwości czy granat użyty podczas zbrodni jest autentyczny, postanowił go odbezpieczyć i wysadził się w powietrze.

Jaki jest wniosek z całego tego śmiechu? Śmiejemy się ze śmierci. Żyjemy jakby jej nie było, budujemy, tworzymy, zakładamy rodziny. Kwestia po co pozostaje otwarta i zależy od subiektywnego poczucia sensu, któremu wobec śmierci i tak nie idzie nadać obiektywności. Śmieje się więc z nas śmierć, śmieje się z nas życie, którego tak kurczowo się trzymamy jakbyśmy nie tylko mogli, ale i chcieli żyć wiecznie. Zgodnie z rozważaniami wielu filozofów nuda i tak szybko odebrała by sens życiu wiecznemu.

Cóż może być śmieszniejsze od śmierci w ogóle? Życie:

Life is a piece of shit when you look at it

Always look at the bright side of life.

Ciekawą kwestią jest, że sam kabaret Monty’ego Pythona podaje nam pod nos odpowiedź na to jaki może być sens życia; być dobrym i życzliwym dla drugiego człowieka oraz cieszyć się z czego się da. Iście to oświecone, iście niemieckie…

 



[1] Póki człowiek żyje nie może poznać śmierci z tego prostego powodu, że żyje. Po śmierci kompetencje poznawcze człowieka „umierają” razem z nim, przynajmniej w tym kształcie w jakim rozumiemy je w życiu doczesnym. Śmierć pozostaje więc poza granicami poznania.

[2] Ateista trafia do piekła i widząc wszelkie okrucieństwa, które przytrafiają się wierzącym, pyta szatana dlaczego jemu trafiły się tak komfortowe warunki życia wiecznego jak pokój pełen kobiet i gorzały. Diabeł wzrusza ramionami: „Wierzą, to mają”.

Komentarze

Zobacz także:

Tradycja kontra idee
Jerzy Kochan 09/02/2015 To już nie religia czy tradycja a naukowość nauk ścisłych i przyrodniczych zdaje się bowiem w nowej epoce, epoce dominacji nauki, dostarczać rozstrzygających argumentów, które... więcej
O pożytku ze zła wspólnego
17/02/2015 Kiedy w nowożytności wykluwał się kapitalizm, zjawili się jego apologeci. Jedni z nich mieli go za ustrój zgodny z rozumem, odpowiadający ludzkiej naturze, a przy tym lepszy od... więcej

Zdjęcie tygodnia