Jesteś tu: Strona główna Kontrkultura Dlaczego diabeł ma ogon?

Dlaczego diabeł ma ogon?

23/01/2015

1. Zmysłowość jako grzech

W pewnym fragmencie znanego obrazu Memlinga "Sąd Ostateczny" nad potępieńcem pastwi się diabeł z okazałym ogonem. Czemu artysta tak go uposażył? Długa to historia. Kiedyś, bez żadnej przewrotności, pisałem w swym "Przewodniku po arcydziełach", że świat ludzkiej kultury zaczyna się od spożycia przez Adama i Ewę jabłka z Drzewa Poznania, za co zostali wygnani z raju. Drzewo to bowiem stanowi podstawowy budulec kultury. Stwórca zaś, strzegący zazdrośnie dostępu do niego, chciał widać, by zostali zwierzętami, które właśnie kultury nie wytwarzają. Do zjedzenia owocu zachęcał właśnie szatan, wprawdzie pod postacią węża, aliści gad ten symbolizuje przebiegłość i spryt, zgoła nie uchodzące za podstawowe cnoty zwierząt. Dlaczego jednak później stał się ogoniastym zwierzęciem i zaczął cuchnąć siarką?

Otóż: z czasem z Pana, władającego ludźmi, jak pasterz stadem baranów, niezbyt daleko sam zresztą od nich stojący, zmienił się on w idealną istotę, złożoną z dobra, miłości a przede wszystkim rozumu. Jego zaś światło od pewnego momentu zaczęło przenikać cały byt. Było substancją nadającą mu sens, ale też degradującą zwykłą zmysłowość.

Zmysłowość przeto, we wszelkich swych formach, stała się w pewnym momencie czymś niższym, od czego człowiek musiał się oddalać, dystansować, aby do Boga zbliżyć. Grzech, w przeciwieństwie do grzechu Adama i Ewy, nie był już spożyciem owocu z Drzewa Poznania. Stał się czymś przeciwnym: nurzaniem się w zmysłowości i oddalaniem od Stwórcy.

Kim więc w tej sytuacji mógłby być diabeł? Zwierzęciem właśnie uosabiającym zmysłowość! Wcielony w nią i wiodący na pokuszenie - mógł machać ogonem, bądź chytrze go ukrywać. Był jednak w lepszym położeniu od ludzi, bo oni mają - jak się powiada - "ciała mdłe", które zaślepiają ich w poniżeniu zmysłowym.

Dawne to jednak czasy. Kultura bowiem, kształtująca się od renesansu po chwilę obecną, nauczyła nas, że ona sama jest zaledwie zbiorem form, w które wcielamy się, spełniając różnorodne role życiowe i społeczne. I że nawet rozmaite postaci zmysłowości to też nic więcej jak jej formy. A kiedy nawet zapamiętujemy się w nich bez reszty - żadna nie przylega do nas tak trwale, jak komórki ciała do siebie.

Wiemy o tym. I ta wiedza pozwala na dystans zarówno wobec tego, co zmysłowe, jak i intelektualne. Dlatego diabeł stał się nam obojętny, albo, jak w "Doktorze Faustusie" T. Manna przeobraził się w chłodnego i wytwornego intelektualistę. Kozły, które niegdyś miały go przypominać, oskubują gałęzie przydrożnych drzew i krzewów. A w wyobraźni pojawiają się nam i rozwiewają przed nami kolejne zwidy rajów i piekieł. I tylko tyle. Nic więcej.

 

2. Miłosz diabłem podszyty

Jednakże nie wszystkie minione formy kulturowe jednakowo przemijają. Niektóre krystalizują się, zastygają i w sprzyjających okolicznościach zmuszają ludzi do podporządkowania się sobie. I tak właśnie jest z diabłem, jako zwierzęciem, które uosabia zmysłowość, głównie i przede wszystkim tę erotyczną. Trwa on bowiem w polskiej popkulturze parafialnej, macha ogonem i się panoszy w naszej zbiorowej mentalności, jakby dopiero co zszedł z obrazu Memlinga.

Może właśnie jego miał z tyłu głowy ponad osiemdziesięcioletni Cz. Miłosz, gdy przed laty pisał i drukował w prasie wiersz pt. "Uczciwe opisanie samego siebie nad szklanką whisky na lotnisku, dajmy na to w Minneapolis"? Uderza nim bowiem w tę popkulturę, opowiadając o uroku nóg w minispódniczkach, spodniach i w powiewnych tkaninach. A przed jego oczyma, w całej swej natarczywej osobności, pojawiają się też dziewczęce tyłeczki i uda.

Poeta daje się kołysać - jak powiada - "marzeniom porno" i sam do siebie mówi: "Stary lubieżny dziadu, pora tobie do grobu, nie gry i zabawy młodości". Natychmiast jednak odzywa się jego drugie ja, jakby go diabeł gilgotał ogonem, i szepce, że wcale mu tam nie śpieszno. "Robię to tylko, - czytamy - co zawsze robiłem, układając sceny / tej ziemi z rozkazu erotycznej wyobraźni. // Nie pożądam tych właśnie stworzeń, pożądam wszystkiego, / a one są jak znak ekstatycznego obcowania".

Jest w tym wyznaniu cudowny apetyt na piękne bytowanie w aureoli płonącej siarki z piekła!

 

3. Spętana wyobraźnia

Nic tedy dziwnego, że ta "uczciwość opisania samego siebie" zbulwersowała wielu czytelników Miłosza. Jakaś panienka z telewizyjnego okienka w wywiadzie z nim wprost mu wtedy wypomniała niestosowność utworu. Bo jak to: laureat Nobla, wieszcz nieomal, autorytet moralny, który niebawem, po szczęśliwym znalezieniu się w niebiosach, wejdzie na spiżowe postumenty, świntuszy "marzeniami porno"?! Kilka dni potem wtórował jej z zażenowaniem pewien moralizator z "Gazety Wyborczej". Już nie mówię, jak został wiersz odebrany przez ludzików z Radia Rydzyka.

Wszyscy nieomal zjednoczyli się wtedy w zgorszeniu. Nic dziwnego. Dzisiejsza polska erotyczna wyobraźnia zbiorowa została spętana przez zapyziałą parafialną mentalność. Biedna ona, wysuszona i zmartwiała w pobożności, upychana jest na wstydliwe zaplecza i rozcierana na szary proch.

Spętana jest zaś do tego stopnia, że np. kiedy dziś nauczyciele plastyki pokazują małolatom akty wśród arcydzieł malarstwa - uszy nawet im płoną z podniecenia, ale głośno wołają, że to pornografia. Ludzkie ciała mogą więc być obecne dla nich (i ciemnych ich mentorów) tylko tak, jak ciała zbawionych ze wspomnianego tu, średniowiecznego obrazu Memlinga: pozbawione jakichkolwiek seksualnych znamion. Reszta ma być schowana pod białym płótnem pozoru, aby nie budzić zmysłowości erotycznej.

Miłosz się na to nigdy nie godził. Pisał wszak w "Prywatnych obowiązkach", że: "Mężczyźni i kobiety noszą w swojej wyobraźni obraz i siebie, i innych jako istot seksualnych i często jedynie to ich uczłowiecza. Organy seksualne przypominają o nietrwałości, kruchości, niebezpieczeństwie istnienia, miłość i śmierć nie darmo zawsze były łączone. Gardłowe intonacje, chichoty, pożądliwość oczu niech więc mają naszą pochwałę. Aseksualna wyobraźnia to groza abstrakcji, mijanie się nakręconych lalek, zaproszenie do ludobójstwa. Ale możliwy i potrzebny jest moment, kiedy zbiorowisko mężczyzn i kobiet ukazuje się w swojej postaci dziecinnej, niedojrzałej, z całą chytrą nieporadnością ich wybiegów. Wtedy lęk wobec tego, co nazywa się demonizmem płci, czyli wobec Natury wyśmiewającej nasze wartości, zostaje złagodzony przez litość i humor, pojawia się braterstwo, przebłysk utraconego raju".

 

4. W rajskich pieleszach

Ponieważ żaden prawdziwy poeta nie ma wieku, więc i ten przebłysk mógł pojawić się w nim w każdym momencie. Nawet po osiemdziesiątce, gdy siedział sobie choćby nad szklanką whisky na lotnisku, dajmy na to w Minneapolis. I mówił: "Jeżeli po śmierci dostanę się do Nieba, musi tam być jak tutaj, / tyle że pozbędę się tępych zmysłów i ociężałych kości".

Dla niego bowiem erotyczność zmysłowa należy do czegoś znacznie rozleglejszego i głębszego, niż widzi to wyobraźnia parafialna. Tym czymś jest pełnia bytowania, która dzieje się sama dla siebie. Nie zna grzechu, wstydu, sakramentów. Bywa, że łączy się z miłością, ale i wybucha w chwilowym zauroczeniu, przypadkowym seksie, czy nieco dłuższym zakochaniu. I w każdym z tych przypadków "Organy seksualne przypominają o nietrwałości, kruchości, niebezpieczeństwie istnienia"...

Dlatego mówi w rozmarzeniu, że nawet w rajskich pieleszach: "Zamieniony w samo patrzenie, będę dalej pochłaniał proporcje / ludzkiego ciała, kolor irysów, paryską ulicę w czerwcu o świcie, / całą, niepojętą mnogość widzialnych rzeczy".

To bowiem wszystko jest dlań istotą trwania. Jest sprawdzianem witalności, zwycięstwa nad starością i śmiercią. Składa się na autonomiczne sacrum prywatności. A w tej mnogości widzialnych rzeczy - poprzez aurę erotyki - odsłania się ludzka, pojedyncza znikomość i zarazem nieskończoność.

Rzeczywista zaś obyczajność i moralność (także, choć nie tylko w zmysłowej erotyczności) nie ma dlań miejsca w Naturze. Nie zaczyna się (i nie kończy) od piersi w dół, lecz dzieje się w głowach, ukształtowanych społecznie i kulturowo. Tam też niestety rodzi się nie tylko wstyd i aseksualność, lecz i idea świata, jako zaproszenia do ludobójstwa, i - jak to mówi poeta - ładu, w którym mężczyźni i kobiety tylko mijają się jak nakręcone lalki.

Poeta zachęcał do dezercji z tego świata. W imię apetytu na bytowanie. Machał ręką na moralizatorską retorykę; na to co wypada i nie wypada wedle panienek z telewizyjnego okienka, pruderyjnych ministrantów z "Gazety Wyborczej" czy dewotów z Radia Rydzyka. Widział w tym bezsens. "Gardłowe intonacje, chichoty, pożądliwość oczu niech więc mają naszą pochwałę" - mówił. Po czym pociągał łyk whisky ze szklanki na lotnisku, dajmy na to w Minneapolis.

I wcale nie bał się ogoniastego diabła.

Komentarze

Zobacz także:

Szumlewicz nie tylko o mediach
10/07/2015 Najnowsza książka Piotra Szumlewicza „Wielkie pranie mózgów” to coś więcej niż „rzecz o polskich mediach”, jak sugeruje podtytuł. To napisany z dużą swadą i poczuciem... więcej
Kalkulator Miłosierdzia
Mirosław Karwat 23/11/2013 Miłosierdziem nazywany jest więc interes; opieką i pomocą – wyzysk; dotacja jest nie tyle wspomożeniem potrzebującego więcej

Zdjęcie tygodnia