Jesteś tu: Strona główna Kontrkultura O pożytku ze zła wsp...

O pożytku ze zła wspólnego

17/02/2015

Kiedy w nowożytności wykluwał się kapitalizm, zjawili się jego apologeci. Jedni z nich mieli go za ustrój zgodny z rozumem, odpowiadający ludzkiej naturze, a przy tym lepszy od feudalizmu, bo dobry i sprawiedliwy. Nauczali, że wszystko stoi w nim na pracy, przedsiębiorczości, skromności, oszczędności, pobożności etc. I oni dominowali.

Byli wszakże i inni. Bardziej bystrzy i wnikliwi. Głosili oni wprawdzie chwałę i konieczność kapitalizmu, ale nie z powodów pozornej moralnej przewagi nad poprzednim ustrojem, lecz korzyści, jakie przynosi całemu społeczeństwu. Sądzili także, że wszelkie dobro tego ustroju jest sposobem przejawiania się zła. Albo, inaczej mówiąc, że na podłożu zła wspólnego kwitnie dobro wspólne. I ci wprawdzie stanowili mniejszość, aliści pokazywali, jak w tym ustroju jest i być musi.

 

Przykład Bernarda Mandevillea

Oto był sobie w XVIII w. B. Mandeville, autor "Bajki o pszczołach" - ekonomista i filozof angielski. Należał on właśnie do apologetów drugiego rodzaju. Miał jednak za życia (i ma po dziś) zasłużenie złą sławę wśród prawie wszystkich moralistów i moralizatorów.

Głosił bowiem z dziecięcą szczerością i zachwytem, że "to, co nazywamy na tym świecie złem, zarówno naturalnym, jak moralnym, jest ową wielką przyczyną, która czyni z nas istoty towarzyskie (tzn. społeczne - J.K.); trwałą podstawą, czynnikiem ożywiającym i podporą wszystkich bez wyjątku gałęzi handlu i wytwórczości oraz wszystkich rodzajów zatrudnienia. W nim to należy upatrywać prawdziwe źródło wszystkich sztuk i nauk; z chwilą gdy zło przestaje istnieć, społeczeństwo niszczeje albo nawet całkowicie się rozpada".   

Powiada więc - dla przykładu - że za rzecz złą uważamy rozbój. Za grzech uznaje go kaznodzieja; za przestępstwo prawnik itd. Ale rozbój jest zjawiskiem ekonomicznie i społecznie pożytecznym. Wszak dokonująca go banda idzie z zagrabionym mieniem np. do karczmy. Tam część pieniędzy przepija, z części oskubują ją dziewczyny lekkich obyczajów. Obsługuje je zaś poczciwy karczmarz, który być może ma syna, kształcącego się na sędziego. Te dziewczyny natomiast, aby wpaść bandziorom w oko, muszą ubierać się u dobrych i znających modę krawcowych. Mieć kosmetyki, perfumy, jeść wykwintnie, jeździć karetami itp., itd.

Zagrabione więc bogactwa nie tylko służą rabusiom, którzy zaspokajają za nie swe alkoholowe i seksualne fanaberie, ale równocześnie uruchamiają i motywują powszechną działalność produkcyjną. Dają zatrudnienie przedstawicielom mnogich profesji i zawodów, niemającym nic wspólnego z tą czy inną bandą.

Na rozboju zatem zyskuje nie tylko karczmarz, handlujący pędzonym przez siebie ginem, lecz bezpośrednio i jego zacny syn, który kiedyś bandytów będzie skazywał. Zyskują też uczciwi, bogobojni i praworządni krawcy, wytwórcy i sprzedawcy kosmetyków, kucharze, rzemieślnicy, wytwarzający karety bądź części do nich. A także np. producenci i handlarze żywności, którzy mają zbyt na swe towary, kupowane przez mających zatrudnienie.

Wszystko to natomiast dokonuje się zgodnie z dewizą, którą znajdujemy w tych oto wersach jego poematu, otwierającego "Bajkę o pszczołach": "Zdrożności wzmogły wynalazczość / W przymierzu z czasem oraz pasją / Wysiłku - razem tak do szczytu / Podniosły komfort, poziom wygód, /  Że i ubodzy żyli lepiej, / Niźli bogacze przed tym wiekiem. / Nie mogło więcej być ulepszeń".

Gdyby więc zabrakło bandziorów, nietrudno sobie wyobrazić brak środków na kształcenie wielu młodych poczciwców, ciężki los bezrobotnych kucharzy i krawcowych, rzemieślników, kupców itd. nie mówiąc już o prawnikach i instytucjach sądowych. Nie udawajmy więc niewinności, skoro i ona wykwita dzięki złu, jak szlachetny kwiat na cuchnącym nawozie. I pamiętajmy o pożytkach, płynących ze zła wspólnego.

Ale rozbój, jak pokazuje Mandeville to tylko jeden z przykładów zła, które jest źródłem dobra. Autor opisuje też i pochwala inne, za którymi stoi: oszustwo, wiarołomstwo, defraudacje, fałsz, korupcję itp. itd., bo jak powiada bez nich nie kręciła by się cała maszyneria społeczna, bowiem - jak pisze w cytowanej tu wypowiedzi - "z chwilą gdy zło przestaje istnieć, społeczeństwo niszczeje albo nawet całkowicie się rozpada". 

 

Aktualizacje "Bajki o pszczołach"

Warto tu zauważyć, że dzisiejsza prasa (i nauki społeczne), nie przejmując się biadoleniem moralistów i moralizatorów, co jakiś czas przypominają i nagłaśniają te idee. Czynią to niby pół serio, pół żartem, aby, uprawiając apologię współczesnego kapitalizmu, dowodzić, że ci, co żyją z bandyckich często afer, przekrętów podatkowych i innych przestępstw, dbają o pomyślność społeczną. Dają wszak tak pożądane dobro, jak pracę: wytwórcom jachtów, luksusowych samochodów, właścicielom drogich hoteli i restauracji. A także -  poczciwym kuchtom, kelnerom, wykidajłom, robotnikom, nie mówiąc o policji gospodarczej i skarbowej, która nie miałaby racji bytu bez tego, co potocznie uchodzi za nadużycia.

Ale dziennikarze i uczeni zatrzymują się przed postawieniem kropki nad i.  Brak im odwagi Mandevillea, by uznać zło za sól ziemi kapitalizmu. I że źródłem dobra tego ustroju jest egoizm, bezwzględne wykorzystywanie sprzyjających okoliczności, chciwość, żądza zysku dla niego samego i władzy do ekonomicznego podporządkowywania robotników. Wzdragają się przed tym.

Degradują więc jego teorię. Podpierają się nią, aby to zło uznać za - w jednych okolicznościach - usprawiedliwione i konieczne, w innych nie. Bywa więc - powiadają - że zło nie stanowi źródła dobra. Znamy wszak kraje, - piszą -  gdzie kwitnie korupcja i afery, a panuje autarkia oraz społeczna i gospodarcza beznadzieja. Trzeba by więc Mandevillea nie tylko na nowo przemyśleć, lecz jego teorię przebudować, aby odpowiedzieć na pytanie: w jakich warunkach społecznych i ekonomicznych zło niesie społeczny pożytek?

Już jednak samo to pytanie spłaszcza treści jego "Bajki" do poziomu banalnego cynizmu i relatywizmu. Wszak nie mówił on, że same w sobie przewiny i przekręty właścicieli i funkcjonariuszy kapitału są raz pożyteczne, innym razem - nie. Przeciwnie: głosił, iż w ogóle bez zła nie ma społecznego życia. Dobrem zaś zastąpić się go nie da.

 

Marksowska pochwała Mandevillea

Jak wiadomo oburącz podpisywał się pod jego koncepcją Karol Marks. Ale nie tak jak dzisiejsi dziennikarze, ekonomiści czy socjologowie. Uważał bowiem, że autor "Bajki o pszczołach" był śmielszy i uczciwszy "od filisterskich apologetów społeczeństwa burżuazyjnego". Więcej: swoiście jego teorię rozwinął m.in. w krótkim eseju "Apologetyczna koncepcja produkcyjności wszystkich zawodów".

A zaczyna się on tak: "Filozof wytwarza idee, poeta - wiersze, pastor - kazania, profesor - kompendia itd. Przestępca wytwarza przestępstwo. Jeśli przyjrzymy się bliżej tej ostatniej gałęzi produkcji z całością społeczeństwa, uwolnimy się od wielu przesądów. Przestępca nie tylko wytwarza przestępstwo, ale również prawo karne, a tym samym i profesora wygłaszającego wykłady z prawa karnego, do czego nieuchronnie dochodzi kompendium, w formie którego tenże profesor rzuca swoje "towary" na ogólny rynek. Od tego zwiększa się bogactwo narodowe, nie mówiąc zgoła o osobistej przyjemności".

Solą ziemi w gospodarce rynkowej nie jest więc według Marksa kapitalista przemysłowy lub finansowy, ale - przynajmniej na równi z nimi – przestępca (uosobienie zła). Co więcej: sam rozwój społecznych sił wytwórczych wiele mu zawdzięcza. "Czyż zamki - czytamy -  doszły by do obecnej doskonałości, gdyby nie było złodziejów? (...) Czyż chemia praktyczna nie zawdzięcza równie wiele fałszowaniu towarów i dążności do jego ujawniania, co uczciwemu zapałowi produkcyjnemu".

I wreszcie w eseju tym konstatacje najważniejsze: "Poprzez wciąż nowe zamachy na własność prywatną przestępstwo powołuje do życia wciąż nowe środki jej obrony i na skutek tego oddziaływa równie produkcyjnie, jak strajki oddziałały na wynalazek maszyn. A jeśli pominąć sferę przestępstw prywatnych, czyż bez przestępstw narodowych powstałby rynek światowy? A same zresztą narody? A czyż od czasów Adama drzewo grzechu nie było jednocześnie grzechem poznania?"

Bardzo by to wszystko podobało się Mandevilleowi! A pewnie ssałby kciuk ze szczęścia, czytając, jak widzi Marks znaczenie przestępcy dla kultury. "Przestępca - pisze on - wytwarza wrażenie czy to umoralniające, czy tragiczne, zależnie od okoliczności, i wyświadcza w ten sposób pewne "usługi", pobudzając moralne i estetyczne uczucia publiczności. Wytwarza (...) sztukę, literaturę piękną, powieści a nawet tragedie, jak o tym świadczy nie tylko "Wina" Miilnera i "Zbójcy" Schillera, lecz nawet (...) szekspirowski "Ryszard III"".

Więcej! Wygasła by bez niego energia i chęć do życia, bo to on "zakłóca monotonie i poczucie bezpieczeństwa burżuazyjnego dnia powszedniego. Ochrania je w ten sposób przed zastojem, wywołując te niespokojne napięcie i ruch, bez których stępiałoby nawet żądło konkurencji. Dodaje w ten sposób bodźca siłom wytwórczym".

A z drugiej strony - walka z nim wymusza tworzenie policji jawnej i tajnej, więzień i ich funkcjonariuszy, służby ochrony mienia, itd., dzięki czemu przestępca "odciąga z rynku pracy część nadliczbowej ludności i zmniejsza dzięki temu konkurencję pomiędzy robotnikami, do pewnego stopnia przeszkadzając spadkowi płacy roboczej poniżej pewnego minimum". Gdyby więc była możliwa jego eliminacja, rynek pracy by się załamał. Zbędne okazały by się, najrozmaitsze, mniej lub bardziej, szacowne profesje i zawody: m.in. filozofa, poety, dziennikarza, kapłana, profesora, jak i instytucje, a także szacowne ministerstwa (np. sprawiedliwości czy spraw wewnętrznych).

 

Po przeciwnej stronie

Jednakże Marksowska pochwała koncepcji autora "Bajki o pszczołach" ma granice. Mandeville był bowiem niemoralizatorskim apologetą kapitalizmu. Uważał wszak, że zło w nim jest konieczne dla powstawania ogólnospołecznego dobra. I że tak musi być wiecznie.

Marks - przeciwnie. Widział historyczną przemijalność każdego ustroju. I kpił z aspiracji osiemnasto i dziewiętnastowiecznej burżuazji. Ona to bowiem, przy ideologicznym aplauzie filozofów i ekonomistów, chciała zająć dotychczasową pozycję arystokracji i szlachty. Czyny zaś ekonomiczne (i politycznie) właścicieli fabryk, bankierów, kupców, graczy giełdowych itp. miały być tworzywem dobra wspólnego, nadzieją nie tylko na skuteczne ograniczenie rozplenionego w społecznym życiu zła, lecz i na jego eliminację.

Oni właśnie ich apologetom zdawali się najbardziej produkcyjni. Od nich zależeć miała pomyślność, dobrobyt, ład. Gdy inne klasy okazywały się mniej pożyteczne z powodu skłonności do próżniactwa. Trzeba więc je było (zwłaszcza "ubogich) skłonić albo zmusić do roboty, by się urzeczywistniły ich wzniosłe cele. Jego więc ironiczna apologia produkcyjności wszystkich zawodów mierzy we wszelkie utopie i ideologie, które zakładają, że na drodze takich czy innych reform (lub rozniecania religijnego żaru), podejmowanych w interesie burżuazji, można eliminować czy ograniczyć złe momenty życia społecznego i maksymalizować dobre.

Źródłem bowiem tych momentów jest dlań własność prywatna. I to za jej sprawą wszystkie zawody są produkcyjne, a przestępca znajduje się na szczycie ich hierarchii. Trzeba więc ruszyć z posad ziemię świata: zmienić podstawy struktury społecznej, na której dotychczas wyrastały wszystkie klasowe ustroje wraz z kapitalizmem. Bez tego zawsze się będziemy kręcili dookoła Wojtek. Kpi więc w swym eseju z ideologicznego złudzenia, że kiedy zostanie ze społecznego świata wyplenione wspólne zło, zapanuje tylko wspólne dobro. Będziemy wtedy żyć szczęśliwie, opromienieni dobrem i pogrążeni w nim.

Na rychłe zmiany jednak się nie zanosi. I w świecie i w Polsce. Brak po temu dzisiaj w skali globalnej zorganizowanych i zdeterminowanych sił społecznych. Lokalne zaś bunty i rokosze, nawet gdy odnoszą chwilowe sukcesy, kończą się na razie nie tylko powrotem do kapitalistycznego status quo, lecz nawet (jak stało się z „realnym socjalizmem”) do wstecznych, barbarzyńskich jego postaci.

Ale myśleć o zmianach zawsze trzeba i można. Wykluczając ufność, że w ramach kapitalizmu cokolwiek dadzą wciąż podejmowane zabiegi, by okiełznać zło i upowszechnić dobro. Bo to dobro jest - zwłaszcza w panującej nad umysłami ideologii -  jak cukierek. Od jego słodyczy niestety często pojawiają się mdłości i  niekiedy śnią się robaki beznadziei.

Pewnie więc miałby Marks (ale i Mandeville) za złe np. polskim dziennikarzom i ekonomistom, czy socjologom, że mimo nieustannych afer i przekrętów; mimo codziennych nadużyć banków, władzy, księży, firm, polityków, policjantów itp., których liczba jest większa, niż dobrych uczynków wszystkich polskich katotalibów, nie docenia się w polskim kapitalizmie rangi oraz społecznego znaczenia przestępstw i przestępców.

A rozejrzyjmy się wokół: stanowią oni podstawę naszego ustrojowego bytu! Bez nich (i np. ich pierwszych ukradzionych milionów) nie byłoby panującej nad robolami klasy społecznej, kultu pieniądza, celebrytów, zamkniętych osiedli, zbytku itd. Tymczasem przestępców brak nawet w rankingach najpopularniejszych zawodów i profesji. Pewnie dlatego, że apologia kapitalizmu, jako "zdrowego" ustroju społecznego rzuciła większości z nas bielmo na oczy. I dopuszcza zastępowanie faktów bajkami.

Ale wśród nich nie ma ani "Bajki o pszczołach", ani „Apologetycznej koncepcji produkcyjności wszystkich zawodów”. Choć przestępcy należy się pomnik co najmniej taki, jak Statua Wolności. Nie będzie go jednak dopóty, dopóki nie zapanuje zrozumienie pożytków, które płyną ze zła wspólnego.

 

Piekło Marksowskiej teorii

Nie dziwota jednak, że wraz z powrotem do Polski kapitalizmu starano się pozacierać nawet ślady obecności Marksa. Jego zaś teksty (nie tylko więc "Apologetyczna koncepcja produkcyjności wszystkich zawodów") funkcjonują wciąż u nas jedynie jako podłoże trującej substancji (intelektualnego) muchomora. A ich autora oskarża się o deptanie i wyszydzanie wszelkich wartości.

Cóż jednak można na to poradzić, skoro sam uważał, że mottem dla wszystkich jego teoretycznych badań i dociekań mógłby być napis nad bramą piekieł z "Boskiej Komedii" Dantego: "Wy, którzy tu wejdziecie, zatraćcie wszelką nadzieję".

Jak wiadomo, różnie to było (i jest) interpretowane. Dla jednych oznaczało, że w świecie przezeń ukazanym ludzie nie mogą mieć nadziei na urzeczywistnienie dobra i sprawiedliwości. Dla innych, że za sprawą jego badań, zobaczą świat, w którym wszelkie jednostkowe nadzieje na zmiany muszą być płonne, bo rządzące nim społeczne i ekonomiczne prawa zawsze obracają je wniwecz. Jeśli więc on się zmieni, to dlatego, że załamie się pod ciężarem własnych sprzeczności. A co będzie, i jak będzie dalej? Odpowiedzą sobie może ci, co tego dożyją.

Punktem zaś wszelkich zmian musi być wedle niego przeobrażenie kapitalistycznych stosunków własności. A przedtem ich poznanie. Widział jednak, że dokonanie tego musi napotykać na opory istniejących prywatnych interesów, religii i nastawień religijnych, bo to poznanie musi obnażać źródła i konsekwencje wszelkiego prywatnego zawłaszczania.

"W dziedzinie ekonomii politycznej - czytamy dlatego w "Kapitale" - wolne badania naukowe natrafiają nie tylko na tego samego wroga, co w innych dziedzinach. Swoista natura materiału, jakim zajmuje się ta nauka, mobilizuje przeciw wolnym badaniom naukowym najbardziej gwałtowne, małostkowe i nikczemne namiętności duszy ludzkiej, mianowicie furie interesu prywatnego. Tak np. kościół anglikański łatwiej wybaczy napaść na 38 z 39 artykułów swej wiary niż na 1/39 część swych dochodów pieniężnych. Dziś sam ateizm jest uważany za lekki grzech w porównaniu z krytyką tradycyjnych stosunków własności".

Można jednak przytoczone wyżej motto, właśnie w świetle "Kapitału", rozumieć i tak, że ten, kto go czyta, odkryje rzeczywistość (z sobą samym w jej granicach), tak radykalnie odczarowaną, że mu ciarki przebiegną po plecach. Nie znajdzie tam bowiem miejsca na żadne ideologiczne mrzonki, usprawiedliwienie swych takich czy innych intencji, ideologiczną poprawność czy "dobre strony" świata, które należy odkryć i zachować, a wyeliminować "złe strony".

I w tym właśnie sensie w piekle "Kapitału" zatracić trzeba wszelką nadzieję.

 

Marksowskie zasady

Za całą natomiast jego twórczością kryje się niesłychanie konsekwentna postawa metodologiczna i metodyczna, wyrażająca się w kilku, charakterystycznych zasadach, które miał on na uwadze:

Po pierwsze - zasada swoistego antynaturalizmu, który skłaniał go nie tylko do tego, by w człowieku widzieć przede wszystkim substancję społeczną. Także, by wszystko, co społeczne postrzegać jako historycznie uwarunkowane i zmienne. Pozbawione jakiejkolwiek naturalnej "normalności". Ta zasada była dlań ważna, gdy polemizował z klasykami mieszczańskiej ekonomii politycznej i tworzył właściwą sobie teorię historii. Jak sądzę, nie traci ona na znaczeniu współcześnie, kiedy to za anomalię wobec odwiecznej naturalności kapitalizmu uważa się wszelkie próby wykroczenia poza jego stosunki produkcji. Historię zaś sprowadza się (jak to czyni np. Fukuyama) tylko do rozciągniętych w czasie usiłowań, by przywrócić ich (nie)ład.

Po drugie - zasada bezwzględności w wiwisekcji poznawczej, przed którą nic nie powinno badacza powstrzymywać. Owa bezwzględność wyrażała się dlań w "obiektywnym poznaniu naukowym", które ma za nic wszystko, co przysłania "rzecz". Za jej respektowanie właśnie w "Teoriach wartości dodatkowej" chwalił ekonomistów klasycznych. Widział bowiem w nich uczonych, którzy rozpatrują produkcję ze względu na nią samą, a nie na idee etyczne czy interesy klas panujących, jak czyniła to np. ekonomia wulgarna.

Po trzecie - zasada radykalnego antydydaktyzmu. Wymagała ona odrzucenia obrazu nauki, jako dydaktycznej ambony, z której perspektywy można by głosić, że np. dobro zwycięża, bo musi, a prawda, jak oliwa, zawsze na wierzch wypływa. Wolał mówić za Dantem: "Wy, którzy tu wejdziecie, zatraćcie wszelką nadzieję". I może stąd właśnie pochodzi owo wrażenie,  że kto go czyta, staje się swoiście "zatruty", bo tak radykalnie odczarowany, że ciarki biegną po plecach.

Ale też w przeciwieństwie do wielu uczonych i myślicieli swych czasów, Marks nie wzdragał się przed przedstawianiem nawet najbardziej drastycznych i moralnie okrutnych stron rzeczywistości społecznej, wynikających z panujących stosunków własności, dlatego, żeby nie rodziły one w czytelnikach wątpliwości wobec ich wyobrażeń o wartościach i nie prowadziły one do "niewłaściwych postaw" społecznych.

Tym bardziej, że przyświecała mu też kolejna, czwarta, zasada: aby widzieć, że z perspektywy procesu rewolucji proletariackich, nie istniało i nie istnieje nic trwałego i świętego. Dlatego podkreślał, że „rewolucje dziewiętnastego wieku same siebie krytykują, wciąż przerywają swój własny bieg, wracają do tego, co już na pozór zostało dokonane, by to samo rozpocząć od nowa, z okrutną dokładnością szydzą z połowiczności, słabości i niedołęstwa swych pierwszych poczynań, zdają się obalać przeciwnika po to tylko, by zaczerpnął świeżych sił z ziemi i urósłszy w potęgę znowu powstać przeciw nim, wciąż się cofają przerażone bezgranicznym ogromem własnych celów, póki nie wytworzy się sytuacja uniemożliwiająca wszelki odwrót”.

Oznacza to, że wraz z procesem tych rewolucji kształtuje się także otwarta, rewolucyjna perspektywa duchowa, nigdy zaś zamknięty system myślowy czy ideologia. Jej zaś powstawanie nie wiąże się z prostym sumowaniem doświadczeń i wiedzy, które potocznie uważa się za źródło mądrości. Gdyby tak miało być, nie można by wyjaśnić potrzeby wracania do początku, jakby się przez cały czas tylko błądziło; cofania się przed ogromem własnych zadań, szydzenie z połowiczności osiągnięć itp.

Przeciwnie: perspektywa ta wyraża się w znajdywaniu i gubieniu tożsamości teoretycznej i klasowej. Potem w bezlitosnym demaskowaniu powodów owego zgubienia. Dochodzi też ona do głosu w krytycznej ocenie własnych możliwości działania w istniejącym układzie sił, zawieranych sojuszy, zysków i strat płynących z nich.

Urzeczywistnianie tej otwartej perspektywy przez Marksa sprawiło, że jego twórczość jawiła się (i jawi się też obecnie) jako coś, co nie ma kształtu wyraźnej doktryny lecz postać nieco chybotliwego i zmieniającego się pola teoretycznego. Dlatego nie tylko swym córkom mawiał, iż najważniejszą dlań zasadą jest dewiza sceptyków: "o wszystkim wątpić". Tedy wątpiąc - budował, zmieniał, odrzucał, ale i naukowo wykorzystywał w trakcie swej intelektualnej praktyki rozmaite perspektywy teoretyczne.

Były one dlań mniej lub bardziej bliskie tej, którą uznał w końcu za sobie właściwą. Ale, czy uznając, zawsze w niej sie mieścił? Czy nie czuł jej ograniczeń, konieczności przekształcania, zmian, uzupełnień? I, wciąż to czyniąc, czyż nie zdarzało sie mu gubić swej własnej specyfiki? A jeśli tak, to Marks bywał nie-Marksem, jak czytując niektórych marksistów mawiał, że marksistą nie jest.

Nigdzie więc nie wyłożył swego "systemu". Nawet nie sformułował w pełni swej filozofii. Zostały po niej tylko "fragmenty". Choć z drugiej strony stanowią one coś więcej, niż ptasie pióra zgubione w teoretycznym locie, i swobodnie unoszone przez wiatry historii.

Komentarze

Zobacz także:

Szumlewicz nie tylko o mediach
10/07/2015 Najnowsza książka Piotra Szumlewicza „Wielkie pranie mózgów” to coś więcej niż „rzecz o polskich mediach”, jak sugeruje podtytuł. To napisany z dużą swadą i poczuciem... więcej
Lewicowa muzyka
Mateusz Chudzicki 07/05/2016 Dzisiaj postaram się przedstawić muzykę, której tematyką jest myśl socjalistyczna, komunistyczna, antykapitalistyczna czy antyfaszystowska, czyli muzykę z szeroko pojętej lewicy.... więcej

Zdjęcie tygodnia